-Czego chcesz, parówko? - warknęłam do Akiego, który
nastąpił mi na nogę.
-Niczego, marchewko. O co ci
chodzi? - odparował, wywalając język na wierzch. Już miałam zamiar pokazać mu
środkowy palec, ale przeszkodził mi w tym jakiś łysy mięśniak, który do nas
podszedł. Pokazał, żebym poszła za nim, więc tak zrobiłam i tym sposobem znów
wylądowałam na końcu kolejki. Westchnęłam ciężko. Co to ma być? Szczerze mówiąc
nie podobała mi się ta 'wycieczka', która polegała tylko i wyłącznie na biciu
się nawzajem po ryjach.
-Tym razem zaczniemy od drugiej
strony. Cherry, ty pierwszy - powiedział generał. Łysol stojący obok mnie
zasalutował i wyszedł na środek sali. Podążyłam za nim jak cień. Nie wydałam z
siebie żadnego dźwięku, kiedy znienacka odwrócił się, kopiąc mnie z całej siły
w brzuch. Prawdę mówiąc, nawet nie poczułam tej siły, którą reprezentował.
Lekko się zachwiałam, ale zdążyłam uskoczyć, kiedy chciał mnie podciąć. I znów
zaczęłam uciekać. Unikałam wszystkich ciosów, które na mnie spadały, ale nie
było nawet mowy o ataku. Żeby zaatakować, musiałam zniknąć.. Musiałam zniknąć,
więc uwolniłam odrobinę mocy i rozpłynęłam się w powietrzu, nagle zjawiając się
za mężczyzną. Kiedy tylko mnie zauważył, uciekłam w drugą stronę. Biegałam
naokoło co raz szybciej i szybciej, co chwilę zmieniając kierunek i odległość.
Zdezorientowałam go na tyle, na ile dałam rady. Wyskoczyłam w górę i nogami
przytrzymałam jego szyję, okręcając się wokół własnej osi. Zwaliłam łysego z
nóg, sama stając obok niego lekko zdyszana. Musiałabym poćwiczyć jeszcze ten
obrót, bo to nie miało go powalić, tylko skręcić kark, ale nieważne. Ważniejsze
teraz było to, że ten cały Cherry wstał. Cóż się dziwić, skoro trenowali go tu
od trzech lat albo i dłużej? Dostałam prawym prostym, a na dokładkę lewym
sierpowym. Głowa odleciała mi w bok, ale to była idealna pozycja. Kopnęłam go w
twarz z półobrotu, a on ruszył na mnie z byka. Pochyliłam się lekko do przodu.
Trafił mnie prosto w żebra. Zaparło mi dech w piersiach. Nie czas teraz na
zadyszki. Złapałam ramię łysego i wykręciłam je do tyłu. Przytrzymałam je jedną
ręką, a drugą owinęłam wokół jego szyi. Podciął mnie zanim zdążyłam zacieśnić
uścisk. razem polecieliśmy na ziemię, jednak to ja zostałam przygnieciona
ogromnym cielskiem. Po chwili ciężar zelżał. Otworzyłam oczy, w ostatniej
chwili przekręcając się w bok i unikając łokcia wycelowanego w środek mojego
brzucha. Podniosłam się i prawie natychmiast wbiłam pięść tuż pod mostkiem
łysego, po czym powaliłam go na ziemię. Przycisnęłam jego ręce po bokach,
powoli wciskając kolano w jego brzuch. I nagle to ja leżałam na podłodze. Zamknęłam
oczy, zacisnęłam ręby i czekałam na ostateczny cios.. Ale się nie doczekałam.
Łysy wyciągnął do mnie rękę, nachylając się z szerokim uśmiechem. Chwyciłam
jego dłoń i wstałam, lekko zażenowana.
-Już dawno nikt mi tak twarzy nie
obił, dziewczyno! - zaśmiał się, klepiąc mnie w plecy. Zakaszlałam, dusząc się
powietrzem w świśniętych nagle płucach. Nie byłam zadowolona z przegranej. To,
że Cherry mnie pochwalił, to jedno. Sama siebie zdrowo bym opierdzieliła za to
co tu odwaliłam.
-Idźcie po lód, bo zaraz będziecie
spuchnięci jak bańki - powiedział generał. Cherry zasalutował sztywno, a ja
wyszłam od razu na korytarz. W milczeniu weszliśmy do gabinetu sanitarnego.
Cherry rzucił mi woreczek z lodem, który złapałam w locie i przyłożyłam do
policzka. Wpatrzyłam się w krajobraz za oknem. Drzewa. Wszędzie drzewa. Miałam
ogromną ochotę wejść między nie i nie wychodzić. Zrobić domek na drzewie i spać
tam. Polować. Wspinać się. Biegać. Czuć wiatr we włosach. I nie tylko wiatr.
Liście pewnie też. Próbować przeżyć. Chciałam teraz pójść do lasu i próbować
przetrwać. Sama.
-No dobra, młoda - zagaił Łysy, zakręcając butelkę wody.
Niechętnie skierowałam na niego wzrok. - Póki tu siedzimy.. Opowiedz mi trochę
o sobie. Ile masz lat, czym się interesujesz.. Cokolwiek.
Zerknęłam na faceta zdziwiona, ale
po chwili zamyśliłam się, analizując wszystko, każdy jego ruch, każde drgnięcie
mięśni na twarzy, które mogłaby świadczyć o jego fałszywych intencjach. Chciał
mnie zdezorientować, sprawdzić albo rozluźnić atmosferę. Jedna z tych trzech
odpowiedzi była prawidłowa.. Tylko która? Dobra tam, raz dziecku lizak.
-Mam 15 lat, rocznikowo 16. Słucham
rocka, hard rocka, metalu.. Zależy od nastroju. Uwielbiam grać w kosza, w
karty, w gry komputerowe, czytać książki, oglądać krwawe filmy akcji, kryminały
i horrory. Dużo czasu spędzam z moją paczką, a wtedy razem wymyślamy tak zryte
rzeczy, że łeb urywa - wyliczyłam na jednym wdechu. Cherry łypnął na mnie
zdziwiony, a ja odpowiedziałam mu szerokim uśmiechem. Po kilku minutach wyszliśmy
z gabinetu i podążyliśmy dalej korytarzem. Weszliśmy przez ogromne drzwi na
ogromną halę, a przez nią wyszliśmy na ogromny plac ćwiczeń, gdzie był ogromny
tor przeszkód. Spojrzałam w górę. Nadciągały ogromne, czarne chmury. Czy mi się
tylko wydaje, czy tu wszystko było ogromne?
-No dobra, młoda - Chyba nie muszę
ci mówić co masz robić? - uśmiechnął się Cherry. Pokręciłam głową. Wiedziałam
aż za dobrze. Łysol wyciągnął stoper i wyzerował go. Ustawiłam się na starcie.
Facet popchnął mnie lekko włączając czasomierz, a ja popędziłam pierwsze proste
100 metrów, wyzywając nadciągające chmury na pojedynek. Po pierwszej prostej
była idealnie okrągła kłoda, po której przebiegłam bez najmniejszych problemów.
Wspięłam się na wysoką siatkę i zjechałam po linie. Popędziłam przez błoto i
kłującą trawę wprost do ścianki wspinaczkowej. Żadnych zabezpieczeń. Tylko ja,
moje ręce i nogi. Prawie od razu odnalazłam swój rytm i po chwili stałam już na
wieży. Spojrzałam w dół i nie zastanawiając się długo, skoczyłam w przestrzeń.
Obróciłam się plecami do ziemi. Włosy rozwiane naokoło mojej głowy, oddalający
się szczyt wieży.. Uśmiechnęłam się, rozkładając ręce na boki. Uderzyłam w
materac i korzystając z siły odbicia, zeskoczyłam z niego. Zagrzmiało i z nieba
spadły pierwsze krople deszczu. Przebiegłam po mokrych już kamieniach i
spojrzałam przed siebie, a potem w górę. Nie przestawałam biec. Deszcz
przysłaniał mi widok. Widziałam tylko to, co znajdowało się najwyżej dwa metry
ode mnie. Ostatnia przeszkoda. Zawsze nienawidziłam czegoś takiego. Skakanie z
jednej opony do drugiej za bardzo przypominało mi grę w klasy. No, ale co
zrobisz? Nic nie zrobisz. Chcąc, nie chcąc, przyspieszyłam. Prawa, lewa, prawa,
lewa.. I tak kilkanaście razy. Wreszcie opony się skończyły. Wreszcie ostatnia
prosta. Wreszcie mogłam przyspieszyć. Ostatnie 90 metrów. 50 metrów. 20 metrów.
10 metrów. Stanęłam tuż za linią mety. Spojrzałam w niebo, ale zaraz potem
musiałam opuścić głowę. Krople wody spływały mi po twarzy, koszulka kleiła się
do ciała, a polarowe dresy nieprzyjemnie drapały w nogi. Włosy zwisały mokrymi
strąkami naokoło mojej głowy, jakbym własnie wyszła spod prysznica. Podniosłam
wzrok na Cherry'ego, który schował stoper do kieszeni. Szum deszczu zagłuszył
jego słowa, ale kiedy ruchem głowy wskazał drzwi do hali, zrozumiałam co chciał
mi przekazać. Puściliśmy się biegiem na salę, gdzie stała reszta mojej klasy i
koledzy Cherry'ego. Nikt się nie odzywał. Ktoś z tyłu prychnął, a zaraz potem
uderzyła we mnie salwa śmiechu.
-Panowie.. Zamiast rżeć nie wiadomo
z czego, może przynieślibyście koleżance ręcznik i jakieś suche ubrania? -
powiedział spokojnie generał Generalinio. Nikt go nie słuchał, wszyscy nadal
naśmiewali się z wody kapiącej z mojego stroju i z mokrej łysiny Łysola. Z oczu
Generalinio posypały się iskry. Przezornie odsunęłam się kilka kroków w bok.
Generał stanął w rozkroku, splótł dłonie na plecach, wziął głęboki wdech i... -
BACZNOŚĆ! - ryknął tubalnym głosem. Wszystko ucichło, a ponad dwudziestu
mężczyzn zgodnie tupnęło, salutując przełożonemu, który otaksował ich wzrokiem.
- Jeśli zaraz ktoś nie ruszy dupy po ręcznik i ciuchy dla dziewczyny, to
gwarantuję wszystkim warzywną dietę przez dwa tygodnie!
Nagle jakby zerwał się huragan.
dwudziestu przerażonych mężczyzn rzuciło się do wyjścia. Moja klasa stała
zdezorientowana całą sytuacją. Spojrzałam na Cherry'ego, z miną, która musiała
wyrażać co najmniej 'co, czemu, jak'.
-Tak.. Nienawidzimy warzywnych diet
generała. Nie chodzi o zwiększenie ilości warzyw w posiłkach. Do żarcia mamy
same warzywa. Śniadanie, obiad, kolacja, przekąski.. Nawet shake'i. Ani
herbaty, ani kawy, ani słodyczy. A co najgorsze.. Zero mięsa - wzdrygnął się
Łysol. Skrzywiłam się, współczująco. Biedaczyska. Musieli już to kiedyś
przechodzić skoro tak się tego boją.
Kiedy dostałam już ręcznik i czyste
ciuchy, pokierowano mnie do toalety. Wysuszyłam się, ubrałam i owinęłam włosy
ręcznikiem. Nie miałam szczotki.. O nie.. Wrócę z szopą na głowie i pan
Xenzetsu, będzie śmiał się ze mnie jeszcze bardziej niż zazwyczaj.. No trudno.
Trzeba będzie ukraść Evie gumkę do włosów. Przejrzałam się w lustrze. Czarna,
polarowa bluza nakładana przez głowę sięgała mi do kolan, a krótkich, białych
spodenek nie było spod niej widać. Nie byłam wcale taka mała. Moje 179 cm
robiło swoje, ale to nie zmieniało faktu, że bluza i tak była na mnie okropnie
za duża. Ciekawiło mnie skąd oni wytrzasnęli tak ogromny ciuch. Po chwili już
wiedziałam. Na przeciwko drzwi łazienki, opierając się o ścianę, stał ogromny,
ponad dwumetrowy facet. W dłoniach trzymał dwa kubki. Chciałam przejść obok
obojętnie, ale zagrodził mi drogę ręką. W dłoni trzymał kubek z parującym
napojem. Delikatnie wzięłam szklankę w ręce i spojrzałam na wielkoluda odrobinę
zmieszana. Kiwnął głową z lekkim uśmiechem na ustach, a ja upiłam łyk gorącej
czekolady. Poszliśmy z powrotem na halę. O mało nie wyplułam napoju, który
miałam w ustach. Moja klasa była rozproszona po całej sali. Każdy wykonywał
inne ćwiczenie, przy akompaniamencie poganiających ich wrzasków przyszłych
żołnierzy. Usiadłam pod ścianą, rozkoszując się widokiem ludzików wykonujących
mordercze ćwiczenia.
-Jak ci się tu podoba? - spytał
olbrzym, siadając obok mnie. Zdjęłam ręcznik z włosów i przeczesałam je
palcami.
-Jest naprawdę fajnie. Na początku
nie podobały mi się te walki, ale kiedy pan Cherry zaprowadził mnie na tor..
Ten tor na podwórku był mega. Chcę taki - mruknęłam.
-Byłaś na tym na podwórku? -
zdziwił się wielkolud. - Cholerny Cherry. Jak zwykle nie słucha rozkazów. Miał
cię zaprowadzić tutaj i czekać, a ten debil...
-Mierzył mi czas - powiedziałam,
wskazując drzwi. Cherry już do nas szedł. Ignorując karcące spojrzenie
wielkoluda, kucnął przede mną.
-Prawie pobiłaś rekord Akademii!
Jak to zrobiłaś? - powiedział rozemocjonowany. Wzruszyłam ramionami,
odpowiadając, że po prostu mi się podobało, a jak coś mi się podoba, to próbuję
być w tym jak najlepsza. Ta odpowiedź chyba go nie usatysfakcjonowała, ale po
kilku minutach dał za wygraną.
-Dzieciaki! do mnie! - wrzasnął
koleś z czarnymi dredami. Oddałam kubek wielkoludowi i potruchtałam do
przyjaciół. Mężczyzna, który nas zawołał, żuł końcówkę patyczka od lizaka.
Kiedy jego wzrok padł na mnie, uśmiechnęłam się szeroko. Przyglądał mi się
chwilę, ale w końcu kiwnął na Cherry'ego, który podszedł do niego niechętnie. -
Teraz trochę sobie pobiegacie. Cherry. Jesteś już przemoczony, więc zobacz czy
jeszcze pada.
Łysol poczłapał na zewnątrz. Po
chwili wyszliśmy na podwórko. Nie padało, ale błoto na torze wyglądało gorzej
niż ciemne chmury, które właśnie odpływały w siną dal. Koleś z dredami, Mike,
stanął na tej samej wieży, z której skakałam pół godziny wcześniej.
-Słuchajcie! - zawołał mocnym
głosem. - Cherry, o tamten facet, pobiegnie przed wami w nagrodę za
niesłuchanie rozkazów! Wy biegniecie za nim! Możecie go wyprzedzić, biec obok
albo za, możecie go wywalić, podeptać, skopać.. Jednym zdaniem: róbcie co
chcecie, obyście dotarli do mety!
Zasalutowałam, śmiejąc się głośno.
Na dźwięk gwizdka ruszyliśmy pędem przed siebie. Nie mam pojęcia jakim cudem, ale
po kilku sekundach znalazłam się z przodu, obok Łyska. Przed kłodą musieliśmy
zdecydować kto wbiega pierwszy. Wybrałam siebie, przyspieszając i głośno
wskakując na okorowane drzewo. Wyprzedziłam wszystkich i ramię w ramię z
Cherry'm pokonywałam wszystkie przeszkody. Siatka, lina, błoto, trawa, ścianka
wspinaczkowa. Wybiłam się z ostatniej podpory na ściance i wskoczyłam na wieże.
Skinęłam głową do dredowego kolesia i z rozbiegu wyskoczyłam z wieżyczki, która
znajdowała się na wysokości 8 metrów, zanim ktokolwiek zdążył mnie zatrzymać.
Obróciłam się plecami do ziemi i pomachałam do Mike'a i Cherry'ego, którzy
trochę zszokowani patrzyli jak zlatuję na materac. Odbiłam się od niego i
stanęłam na ziemi. Znów kamienie i opony i ostatnia prosta. Na mecie zaczepiłam
się o własne nogi i zaryłam twarzą w błoto. No, nie tylko twarzą, ale ona jako
pierwsza poszła na odstrzał. Byłam już troszeczkę zmęczona, więc tylko
usiadłam, przecierając rękami oczy. Zgarnęłam nadmiar mazi z czoła, policzków i
ust, po czym spojrzałam za siebie. Na przedzie biegł Olivier, zaraz za nim Gin
i Matthias z Evą, a potem Gabriell, Rebecca, Ashley, David, Risky, Dave, marcia
i Aki. Za nimi nadciągała reszta klasy. Moi przyjaciele zaczęli się zataczać ze
śmiechu, kiedy zobaczyli moją twarz. Mat śmiał się najgłośniej, ale podał mi
rękę. Z jego niewielką pomocą wstałam, otrzepując brudną bluzę. Syknęłam cicho,
kiedy dotknęłam obdartych kolan, ale dobry humor nie zniknął. też zaczęłam się
głośno śmiać. Wróciliśmy na salę w świetnych nastrojach. Przeprosiłam
wielkoluda za pobrudzenie bluzy.
-Spoko, zabierz ją. Przynajmniej
będziesz miała pretekst do wrócenia tu - mrugnął do mnie porozumiewawczo,
czochrając moją czuprynę. Naburmuszyłam się lekko, ale podziękowałam za bluzę.
Mama zabrała dziewczyny do szatni, a mnie wysłała z ciuchami do toalety,
usprawiedliwiając swoją decyzję moim nie najświeższym wyglądem. Wreszcie,
przebrani, zmęczeni i szczęśliwi znaleźliśmy się przed budynkiem. Przyszli
żołnierze żegnali się z nami ciepło, żartując lub przytulając nas, co bardziej
podchodziło pod duszenie. Niemniej był to miło gest. Cherry podał mi rękę i
uścisnął ją mocno.
-Popracuj trochę nad swoimi nogami.
Nie mówię, że wyglądają źle, ale do formy obezwładniającej przeciwnika jeszcze
im daleko - uśmiechnął się szeroko, a ja prychnęłam z udawanym oburzeniem. Obok
Cherry'ego pojawił się wielkolud.
-Jak zdecydujesz się przyjechać i
oddać bluzę, to pytaj o Daddy'ego z pokoju 312. Powinni cię wpuścić -
powiedział przyklepując moje włosy.
-Dobra, zrobię tak zrobię, że
zostaw moje siano - powiedziałam szybko, wyrywając się spod jego ręki i
roztrzepując kudły na wszystkie możliwe strony. Obaj mężczyźni wybuchli
śmiechem. Spojrzałam nad ramieniem Cherry;ego i pomachałam mamie idącej w naszą
stronę.
-Dobry wieczór, panowie - skłoniła
lekko głowę, a oni na sam dźwięk jej głosu wyprostowali się jak włosy w
prostownicy. - Widzę, że jesteście w dobrych stosunkach z uczniami naszej
szkoły. Aż ciepło się na sercu robi. widzę też, że poznaliście moją córkę -
uśmiechnęła się trochę sztucznie. Westchnęłam, załamując ręce. Wiedziałam, że
tak będzie. Cherry'ego wbiło w ziemię, ale po Daddy'm nie spodziewałam się aż
tak widocznego szoku. - Mam nadzieję, że kiedyś przyjedziecie nas odwiedzić.
-Oh, na pewno, jaśniepani! - zawołał
generał odciągając mamę na bok i żywo jej coś tłumacząc. Obaj mężczyźni
wyraźnie odczuli ulgę, gdy Revi opuściła nasze towarzystwo, jednak zaraz potem
zreflektowali się, patrząc na mnie.
-Przepraszamy, księżniczko. Nie
zorientowaliśmy się wcześniej kim jesteś. Wybacz nam - powiedział przerażony
Cherry, kłaniając się nisko wraz z Daddy'm. Cmoknęłam niezadowolona.
-Jeszcze raz ktoś nazwie mnie
księżniczką, a przebiorę go w różową kieckę, dam diadem, uwalę mu ryj pudrem i
każę tak chodzić przez tydzień - warknęłam. Cherry zerknął na mnie niepewnie, a
po chwili podniósł się do pionu. Daddy spytał jeszcze kontrolnie czy na pewno
chcę być nazywana tylko imieniem, a kiedy potwierdziłam, uśmiechnął się.
Pożegnaliśmy się ciepło i skierowaliśmy swoje kroki każdy w inną stronę.
Pomachałam jeszcze do trójki ludzi czekających aż odjedziemy. Cherry zaczął
machać energicznie, Daddy uniósł tylko dłoń, a Mike nie zdążył zrobić nawet
tego, bo zauważył mnie zbyt późno. Za zakrętem straciłam ich z oczu, więc
usiadłam normalnie i zaczęłam rozmawiać z Matthiasem siedzącym przede mną. Nikt
już się niczym nie przejmował. Mama była zbyt zmęczona, więc też nie miała
ochoty karać nas za cokolwiek. Kiedy zatrzymaliśmy się pod szkołą, siedziałam
akurat z Gabriellem, który próbował wygrać ze mną w 'papier, kamień, nożyce'.
Czułam się taka dziwnie lekka i wolna.. póki nie przypomniałam sobie co mam
jeszcze do zrobienia.
-Dave! - zawołałam za chłopakiem,
kiedy wysiadaliśmy z samochodu. - Słuchaj mam sprawę. Mógłbyś zająć pana
Xenzetsu przez 15 minut? Popytaj go o nowinki jakieś techniczne czy
zbrojeniowe.. Proszę, cokolwiek - wyszeptałam składając błagalnie ręce. Brwi
Dave'a powędrowały w górę, ale po chwili chłopak zgodził się bez żądania
wynagrodzenia. Wiedziałam, że Dave to dobry wybór. Ukryta za swoimi
przyjaciółmi wtajemniczonymi w cały plan, dostałam się do apartamentowca.
Rozejrzałam się po holu. Nigdzie go nie było. Nieobecność Xenzetsu to to, co
Shion lubi najbardziej. Odetchnęłam z ulgą, ale kilka sekund po naciśnięciu
przez Gina guzika windy, z metalowej puszki wysiadł nie kto inny, jak pan
Xenzetsu. Zaklęłam cicho, kuląc si z powrotem za bratem i jego chłopakiem, w
stu procentach licząc na Dave'a. Nie zawiodłam się. Już po kilku sekundach obaj
stali zajęci rozmową o maszynerii różnego rodzaju. Nasza dziewiątka bezpiecznie
wsiadła do windy. Żegnaliśmy się ze sobą wszyscy po kolei. Na końcu zostałam
tylko ja i Gin. Kiedy i on musiał mnie opuścić, położył rękę na moim ramieniu.
-Masz jeszcze tydzień, żeby
odpocząć. Daj z siebie wszystko - powiedział poważnie, ściskając lekko mój
bark. Pokiwałam głową. Chwilę potem wylądowałam w swoim mieszkaniu. popędziłam
do łazienki, wrzuciłam brudne ciuchy do wanny i przyrzekając sobie, że pranie
zrobię jutro z samego rana, pobiegłam do pokoju. Wyciągnęłam zeszyt i na
pierwszej napotkanej czystej stronie napisałam drukowanymi literami 'Co mogę
zrobić, kiedy jakiś imbecyl nie wykonuje moich rozkazów". Nabazgrałam
szybko odpowiedź w kilku podpunktach zawierając wszystko, co przyszło mi na
myśl. Wyrwałam kartkę z zeszytu, złożyłam ją i popędziłam z powrotem do windy.
Po chwili znalazłam się w mieszkaniu rodziców. Na palcach zakradłam się do
gabinetu taty i położyłam na jego biurku swoją pracę domową. Zjechałam piętro
niżej i już byłam w paszczy lwa. Gdy tylko drzwi windy się rozsunęły,
zobaczyłam błyskające niebezpieczną jaskrawą zielenią oczy. Xenzetsu się nie
odezwał, tylko wskazał kciukiem salon. Pomaszerowałam sztywno do pomieszczenia,
zapisując w pamięci kolejny punkt do nadrobienia w najbliższym czasie, a
mianowicie pogodzenie mojej mamy z Xenzetsu. Miałam to zrobić dziś, ale jak
widać jedyne co mi wyszło dzisiejszego dnia, to obicie twarzy łysemu
żołnierzowi i zarycie głową w ziemię po drugim z rzędu ukończeniu toru
przeszkód.
Niepewnie przestępowałam z nogi na
nogę. Nie usiadłam, nie chcąc wkurzyć pana Xenzetsu pobrudzeniem jego rzeczy.
Jeszcze trochę życia było przede mną, więc nie chciało mi się zbytnio teraz
umierać. Tak w ogóle zaczęłam się zastanawiać co robił tyle czasu w
łazience? Zatwardzenie czy co? Po chwili jednak moje podejrzenia zostały
rozwiane przez szum wody wlewanej do wanny. Pan Xenzetsu przymaszerował do mnie
z ubraniami z ręku, wcisnął mi je i popchnął w stronę łazienki. Przekraczając
jej próg poczułam słodki zapach kwiatów. W wannie było pełno wody i piany.
Spojrzałam na mężczyznę zdezorientowana.
-Ja też potrafię być czasem miły.
Umyj się i chodź do kuchni - powiedział, odchodząc. Zamknęłam drzwi i dla
pewności przekręciłam kluczyk w zamku. Rozebrałam się w trymiga i weszłam
ostrożnie do wanny. Ogarnęło mnie miłe, odprężające uczucie, którego nie
potrafiłam wyrazić słowami. Zaśmiałam się cicho. Że też panu Xenzetsu chciało
się to wszystko robić. Ciekawiło mnie tylko jakie tortury szykuje potem.
Umyta i ubrana, z włosami
zawiniętymi w ręcznik, wyszłam z łazienki i skierowałam się do kuchni. Przy
stole siedział Xenzetsu. Wskazał miejsce naprzeciwko siebie, więc zajęłam je.
Wtedy mężczyzna podał kolację. Była pyszna. Jeszcze nigdy nie jadłam tak
dobrych naleśników zrobionych przez faceta. Zjadłam wszystko co mi podał,
wypiłam herbatę i poszłam ogarnąć swoje włosy. Rozwiesiłam ręcznik, pochyliłam
się w przód i zaczęłam majtać głową na boki jakby coś mnie opętało. Po chwili
odrzuciłam włosy w tył, prostując się.
-Ekspresowe czekanie - zaśmiałam
się, widząc minę pana Xenzetsu. Chwilę potem wylądowaliśmy przed telewizorem z
salonie z kubkami pełnymi gorącej herbaty.
-Zagramy w coś? - spytał,
delikatnie szturchając moje czoło palcem. Pokręciłam głową, tłumacząc się
zmęczeniem. Wypiłam herbatę, odstawiłam kubek na podłogę i otuliłam się
szczelniej bluzą pana Xenzetsu. Film był zajmujący i nie usiedziałabym w
miejscu, gdyby nie to, że powieki same mi się zamykały. W końcu podwinęłam nogi
pod siebie i przylgnęłam do mężczyzny siedzącego obok. Zamknęłam oczy,
opierając głowę o jego ramię. Ciepło i wygodnie. Mogłabym tak już zawsze. Nagle
poczułam na swojej głowie coś ciężkiego, co rytmicznie przesuwało się po niej z
góry na dół. Po chwili zrozumiałam, że pan Xenzetsu mnie głaszcze, a ja już nie
siedzę o niego oparta, tylko leżę na jego udach. Po chwili zastanowienia
postanowiłam mieć to w głębokim poważaniu i kuląc się jak kot, zasnęłam.
Podsumowując: pan Xenzetsu urządził mi relaksującą kąpiel, przygotował pyszną
kolację i teraz głaszcze mnie po włosach, a ja śpię sobie w najlepsze w jego
mieszkaniu, w jego salonie, na jego kanapie, na jego kolanach z jego ręką na
głowie. Tylko pogratulować mi ostrożności, serio. Cóż... Gdyby chciał mi coś
zrobić, a wątpię, żeby chciał, to zrobiłby to już dawno. Poza tym.. Tuż nad
nami znajdowała się sypialnia moich rodziców. Bezpieczeństwo przede wszystkim.
W półśnie zarejestrowałam, że ktoś
mnie niesie. Złapałam tego kogoś za szyję i przykleiłam się do niego. Po chwili
poczułam pod sobą miękki materac, więc puściłam duszonego nieszczęśnika.
Sprężyny skrzypnęły cicho i poczułam ciało znajdujące się obok mnie.
Przykleiłam się do źródła ciepła, które zaśmiało się cicho i pogłaskało mnie po
plecach, co bardzo mi się spodobało. Tym bardziej, że pomogło mi to ponownie
usnąć. Ciemność była ciepła, kojąca i miękka. Ja się pytam - jak można nie spać
w nocy?
***
Więc..
Shion jest.
Nowi ludzie są.
Dzikie przygody też.
Wszystko odhaczone, zaznaczone, lecę pisać Peace, Love and Basket.
Miłego weekendu. ♥