piątek, 20 marca 2015

Rozdział 14



  -Czego chcesz, parówko? - warknęłam do Akiego, który nastąpił mi na nogę.

  -Niczego, marchewko. O co ci chodzi? - odparował, wywalając język na wierzch. Już miałam zamiar pokazać mu środkowy palec, ale przeszkodził mi w tym jakiś łysy mięśniak, który do nas podszedł. Pokazał, żebym poszła za nim, więc tak zrobiłam i tym sposobem znów wylądowałam na końcu kolejki. Westchnęłam ciężko. Co to ma być? Szczerze mówiąc nie podobała mi się ta 'wycieczka', która polegała tylko i wyłącznie na biciu się nawzajem po ryjach.

  -Tym razem zaczniemy od drugiej strony. Cherry, ty pierwszy - powiedział generał. Łysol stojący obok mnie zasalutował i wyszedł na środek sali. Podążyłam za nim jak cień. Nie wydałam z siebie żadnego dźwięku, kiedy znienacka odwrócił się, kopiąc mnie z całej siły w brzuch. Prawdę mówiąc, nawet nie poczułam tej siły, którą reprezentował. Lekko się zachwiałam, ale zdążyłam uskoczyć, kiedy chciał mnie podciąć. I znów zaczęłam uciekać. Unikałam wszystkich ciosów, które na mnie spadały, ale nie było nawet mowy o ataku. Żeby zaatakować, musiałam zniknąć.. Musiałam zniknąć, więc uwolniłam odrobinę mocy i rozpłynęłam się w powietrzu, nagle zjawiając się za mężczyzną. Kiedy tylko mnie zauważył, uciekłam w drugą stronę. Biegałam naokoło co raz szybciej i szybciej, co chwilę zmieniając kierunek i odległość. Zdezorientowałam go na tyle, na ile dałam rady. Wyskoczyłam w górę i nogami przytrzymałam jego szyję, okręcając się wokół własnej osi. Zwaliłam łysego z nóg, sama stając obok niego lekko zdyszana. Musiałabym poćwiczyć jeszcze ten obrót, bo to nie miało go powalić, tylko skręcić kark, ale nieważne. Ważniejsze teraz było to, że ten cały Cherry wstał. Cóż się dziwić, skoro trenowali go tu od trzech lat albo i dłużej? Dostałam prawym prostym, a na dokładkę lewym sierpowym. Głowa odleciała mi w bok, ale to była idealna pozycja. Kopnęłam go w twarz z półobrotu, a on ruszył na mnie z byka. Pochyliłam się lekko do przodu. Trafił mnie prosto w żebra. Zaparło mi dech w piersiach. Nie czas teraz na zadyszki. Złapałam ramię łysego i wykręciłam je do tyłu. Przytrzymałam je jedną ręką, a drugą owinęłam wokół jego szyi. Podciął mnie zanim zdążyłam zacieśnić uścisk. razem polecieliśmy na ziemię, jednak to ja zostałam przygnieciona ogromnym cielskiem. Po chwili ciężar zelżał. Otworzyłam oczy, w ostatniej chwili przekręcając się w bok i unikając łokcia wycelowanego w środek mojego brzucha. Podniosłam się i prawie natychmiast wbiłam pięść tuż pod mostkiem łysego, po czym powaliłam go na ziemię. Przycisnęłam jego ręce po bokach, powoli wciskając kolano w jego brzuch. I nagle to ja leżałam na podłodze. Zamknęłam oczy, zacisnęłam ręby i czekałam na ostateczny cios.. Ale się nie doczekałam. Łysy wyciągnął do mnie rękę, nachylając się z szerokim uśmiechem. Chwyciłam jego dłoń i wstałam, lekko zażenowana.

  -Już dawno nikt mi tak twarzy nie obił, dziewczyno! - zaśmiał się, klepiąc mnie w plecy. Zakaszlałam, dusząc się powietrzem w świśniętych nagle płucach. Nie byłam zadowolona z przegranej. To, że Cherry mnie pochwalił, to jedno. Sama siebie zdrowo bym opierdzieliła za to co tu odwaliłam.

  -Idźcie po lód, bo zaraz będziecie spuchnięci jak bańki - powiedział generał. Cherry zasalutował sztywno, a ja wyszłam od razu na korytarz. W milczeniu weszliśmy do gabinetu sanitarnego. Cherry rzucił mi woreczek z lodem, który złapałam w locie i przyłożyłam do policzka. Wpatrzyłam się w krajobraz za oknem. Drzewa. Wszędzie drzewa. Miałam ogromną ochotę wejść między nie i nie wychodzić. Zrobić domek na drzewie i spać tam. Polować. Wspinać się. Biegać. Czuć wiatr we włosach. I nie tylko wiatr. Liście pewnie też. Próbować przeżyć. Chciałam teraz pójść do lasu i próbować przetrwać. Sama.

  -No dobra, młoda - zagaił Łysy, zakręcając butelkę wody. Niechętnie skierowałam na niego wzrok. - Póki tu siedzimy.. Opowiedz mi trochę o sobie. Ile masz lat, czym się interesujesz.. Cokolwiek.

  Zerknęłam na faceta zdziwiona, ale po chwili zamyśliłam się, analizując wszystko, każdy jego ruch, każde drgnięcie mięśni na twarzy, które mogłaby świadczyć o jego fałszywych intencjach. Chciał mnie zdezorientować, sprawdzić albo rozluźnić atmosferę. Jedna z tych trzech odpowiedzi była prawidłowa.. Tylko która? Dobra tam, raz dziecku lizak.

  -Mam 15 lat, rocznikowo 16. Słucham rocka, hard rocka, metalu.. Zależy od nastroju. Uwielbiam grać w kosza, w karty, w gry komputerowe, czytać książki, oglądać krwawe filmy akcji, kryminały i horrory. Dużo czasu spędzam z moją paczką, a wtedy razem wymyślamy tak zryte rzeczy, że łeb urywa - wyliczyłam na jednym wdechu. Cherry łypnął na mnie zdziwiony, a ja odpowiedziałam mu szerokim uśmiechem. Po kilku minutach wyszliśmy z gabinetu i podążyliśmy dalej korytarzem. Weszliśmy przez ogromne drzwi na ogromną halę, a przez nią wyszliśmy na ogromny plac ćwiczeń, gdzie był ogromny tor przeszkód. Spojrzałam w górę. Nadciągały ogromne, czarne chmury. Czy mi się tylko wydaje, czy tu wszystko było ogromne?

  -No dobra, młoda - Chyba nie muszę ci mówić co masz robić? - uśmiechnął się Cherry. Pokręciłam głową. Wiedziałam aż za dobrze. Łysol wyciągnął stoper i wyzerował go. Ustawiłam się na starcie. Facet popchnął mnie lekko włączając czasomierz, a ja popędziłam pierwsze proste 100 metrów, wyzywając nadciągające chmury na pojedynek. Po pierwszej prostej była idealnie okrągła kłoda, po której przebiegłam bez najmniejszych problemów. Wspięłam się na wysoką siatkę i zjechałam po linie. Popędziłam przez błoto i kłującą trawę wprost do ścianki wspinaczkowej. Żadnych zabezpieczeń. Tylko ja, moje ręce i nogi. Prawie od razu odnalazłam swój rytm i po chwili stałam już na wieży. Spojrzałam w dół i nie zastanawiając się długo, skoczyłam w przestrzeń. Obróciłam się plecami do ziemi. Włosy rozwiane naokoło mojej głowy, oddalający się szczyt wieży.. Uśmiechnęłam się, rozkładając ręce na boki. Uderzyłam w materac i korzystając z siły odbicia, zeskoczyłam z niego. Zagrzmiało i z nieba spadły pierwsze krople deszczu. Przebiegłam po mokrych już kamieniach i spojrzałam przed siebie, a potem w górę. Nie przestawałam biec. Deszcz przysłaniał mi widok. Widziałam tylko to, co znajdowało się najwyżej dwa metry ode mnie. Ostatnia przeszkoda. Zawsze nienawidziłam czegoś takiego. Skakanie z jednej opony do drugiej za bardzo przypominało mi grę w klasy. No, ale co zrobisz? Nic nie zrobisz. Chcąc, nie chcąc, przyspieszyłam. Prawa, lewa, prawa, lewa.. I tak kilkanaście razy. Wreszcie opony się skończyły. Wreszcie ostatnia prosta. Wreszcie mogłam przyspieszyć. Ostatnie 90 metrów. 50 metrów. 20 metrów. 10 metrów. Stanęłam tuż za linią mety. Spojrzałam w niebo, ale zaraz potem musiałam opuścić głowę. Krople wody spływały mi po twarzy, koszulka kleiła się do ciała, a polarowe dresy nieprzyjemnie drapały w nogi. Włosy zwisały mokrymi strąkami naokoło mojej głowy, jakbym własnie wyszła spod prysznica. Podniosłam wzrok na Cherry'ego, który schował stoper do kieszeni. Szum deszczu zagłuszył jego słowa, ale kiedy ruchem głowy wskazał drzwi do hali, zrozumiałam co chciał mi przekazać. Puściliśmy się biegiem na salę, gdzie stała reszta mojej klasy i koledzy Cherry'ego. Nikt się nie odzywał. Ktoś z tyłu prychnął, a zaraz potem uderzyła we mnie salwa śmiechu.

  -Panowie.. Zamiast rżeć nie wiadomo z czego, może przynieślibyście koleżance ręcznik i jakieś suche ubrania? - powiedział spokojnie generał Generalinio. Nikt go nie słuchał, wszyscy nadal naśmiewali się z wody kapiącej z mojego stroju i z mokrej łysiny Łysola. Z oczu Generalinio posypały się iskry. Przezornie odsunęłam się kilka kroków w bok. Generał stanął w rozkroku, splótł dłonie na plecach, wziął głęboki wdech i... - BACZNOŚĆ! - ryknął tubalnym głosem. Wszystko ucichło, a ponad dwudziestu mężczyzn zgodnie tupnęło, salutując przełożonemu, który otaksował ich wzrokiem. - Jeśli zaraz ktoś nie ruszy dupy po ręcznik i ciuchy dla dziewczyny, to gwarantuję wszystkim warzywną dietę przez dwa tygodnie!

  Nagle jakby zerwał się huragan. dwudziestu przerażonych mężczyzn rzuciło się do wyjścia. Moja klasa stała zdezorientowana całą sytuacją. Spojrzałam na Cherry'ego, z miną, która musiała wyrażać co najmniej 'co, czemu, jak'.

  -Tak.. Nienawidzimy warzywnych diet generała. Nie chodzi o zwiększenie ilości warzyw w posiłkach. Do żarcia mamy same warzywa. Śniadanie, obiad, kolacja, przekąski.. Nawet shake'i. Ani herbaty, ani kawy, ani słodyczy. A co najgorsze.. Zero mięsa - wzdrygnął się Łysol. Skrzywiłam się, współczująco. Biedaczyska. Musieli już to kiedyś przechodzić skoro tak się tego boją.

  Kiedy dostałam już ręcznik i czyste ciuchy, pokierowano mnie do toalety. Wysuszyłam się, ubrałam i owinęłam włosy ręcznikiem. Nie miałam szczotki.. O nie.. Wrócę z szopą na głowie i pan Xenzetsu, będzie śmiał się ze mnie jeszcze bardziej niż zazwyczaj.. No trudno. Trzeba będzie ukraść Evie gumkę do włosów. Przejrzałam się w lustrze. Czarna, polarowa bluza nakładana przez głowę sięgała mi do kolan, a krótkich, białych spodenek nie było spod niej widać. Nie byłam wcale taka mała. Moje 179 cm robiło swoje, ale to nie zmieniało faktu, że bluza i tak była na mnie okropnie za duża. Ciekawiło mnie skąd oni wytrzasnęli tak ogromny ciuch. Po chwili już wiedziałam. Na przeciwko drzwi łazienki, opierając się o ścianę, stał ogromny, ponad dwumetrowy facet. W dłoniach trzymał dwa kubki. Chciałam przejść obok obojętnie, ale zagrodził mi drogę ręką. W dłoni trzymał kubek z parującym napojem. Delikatnie wzięłam szklankę w ręce i spojrzałam na wielkoluda odrobinę zmieszana. Kiwnął głową z lekkim uśmiechem na ustach, a ja upiłam łyk gorącej czekolady. Poszliśmy z powrotem na halę. O mało nie wyplułam napoju, który miałam w ustach. Moja klasa była rozproszona po całej sali. Każdy wykonywał inne ćwiczenie, przy akompaniamencie poganiających ich wrzasków przyszłych żołnierzy. Usiadłam pod ścianą, rozkoszując się widokiem ludzików wykonujących mordercze ćwiczenia.

  -Jak ci się tu podoba? - spytał olbrzym, siadając obok mnie. Zdjęłam ręcznik z włosów i przeczesałam je palcami.

  -Jest naprawdę fajnie. Na początku nie podobały mi się te walki, ale kiedy pan Cherry zaprowadził mnie na tor.. Ten tor na podwórku był mega. Chcę taki - mruknęłam.

  -Byłaś na tym na podwórku? - zdziwił się wielkolud. - Cholerny Cherry. Jak zwykle nie słucha rozkazów. Miał cię zaprowadzić tutaj i czekać, a ten debil...

  -Mierzył mi czas - powiedziałam, wskazując drzwi. Cherry już do nas szedł. Ignorując karcące spojrzenie wielkoluda, kucnął przede mną.

  -Prawie pobiłaś rekord Akademii! Jak to zrobiłaś? - powiedział rozemocjonowany. Wzruszyłam ramionami, odpowiadając, że po prostu mi się podobało, a jak coś mi się podoba, to próbuję być w tym jak najlepsza. Ta odpowiedź chyba go nie usatysfakcjonowała, ale po kilku minutach dał za wygraną.

  -Dzieciaki! do mnie! - wrzasnął koleś z czarnymi dredami. Oddałam kubek wielkoludowi i potruchtałam do przyjaciół. Mężczyzna, który nas zawołał, żuł końcówkę patyczka od lizaka. Kiedy jego wzrok padł na mnie, uśmiechnęłam się szeroko. Przyglądał mi się chwilę, ale w końcu kiwnął na Cherry'ego, który podszedł do niego niechętnie. - Teraz trochę sobie pobiegacie. Cherry. Jesteś już przemoczony, więc zobacz czy jeszcze pada.

  Łysol poczłapał na zewnątrz. Po chwili wyszliśmy na podwórko. Nie padało, ale błoto na torze wyglądało gorzej niż ciemne chmury, które właśnie odpływały w siną dal. Koleś z dredami, Mike, stanął na tej samej wieży, z której skakałam pół godziny wcześniej.

  -Słuchajcie! - zawołał mocnym głosem. - Cherry, o tamten facet, pobiegnie przed wami w nagrodę za niesłuchanie rozkazów! Wy biegniecie za nim! Możecie go wyprzedzić, biec obok albo za, możecie go wywalić, podeptać, skopać.. Jednym zdaniem: róbcie co chcecie, obyście dotarli do mety!

  Zasalutowałam, śmiejąc się głośno. Na dźwięk gwizdka ruszyliśmy pędem przed siebie. Nie mam pojęcia jakim cudem, ale po kilku sekundach znalazłam się z przodu, obok Łyska. Przed kłodą musieliśmy zdecydować kto wbiega pierwszy. Wybrałam siebie, przyspieszając i głośno wskakując na okorowane drzewo. Wyprzedziłam wszystkich i ramię w ramię z Cherry'm pokonywałam wszystkie przeszkody. Siatka, lina, błoto, trawa, ścianka wspinaczkowa. Wybiłam się z ostatniej podpory na ściance i wskoczyłam na wieże. Skinęłam głową do dredowego kolesia i z rozbiegu wyskoczyłam z wieżyczki, która znajdowała się na wysokości 8 metrów, zanim ktokolwiek zdążył mnie zatrzymać. Obróciłam się plecami do ziemi i pomachałam do Mike'a i Cherry'ego, którzy trochę zszokowani patrzyli jak zlatuję na materac. Odbiłam się od niego i stanęłam na ziemi. Znów kamienie i opony i ostatnia prosta. Na mecie zaczepiłam się o własne nogi i zaryłam twarzą w błoto. No, nie tylko twarzą, ale ona jako pierwsza poszła na odstrzał. Byłam już troszeczkę zmęczona, więc tylko usiadłam, przecierając rękami oczy. Zgarnęłam nadmiar mazi z czoła, policzków i ust, po czym spojrzałam za siebie. Na przedzie biegł Olivier, zaraz za nim Gin i Matthias z Evą, a potem Gabriell, Rebecca, Ashley, David, Risky, Dave, marcia i Aki. Za nimi nadciągała reszta klasy. Moi przyjaciele zaczęli się zataczać ze śmiechu, kiedy zobaczyli moją twarz. Mat śmiał się najgłośniej, ale podał mi rękę. Z jego niewielką pomocą wstałam, otrzepując brudną bluzę. Syknęłam cicho, kiedy dotknęłam obdartych kolan, ale dobry humor nie zniknął. też zaczęłam się głośno śmiać. Wróciliśmy na salę w świetnych nastrojach. Przeprosiłam wielkoluda za pobrudzenie bluzy.

  -Spoko, zabierz ją. Przynajmniej będziesz miała pretekst do wrócenia tu - mrugnął do mnie porozumiewawczo, czochrając moją czuprynę. Naburmuszyłam się lekko, ale podziękowałam za bluzę. Mama zabrała dziewczyny do szatni, a mnie wysłała z ciuchami do toalety, usprawiedliwiając swoją decyzję moim nie najświeższym wyglądem. Wreszcie, przebrani, zmęczeni i szczęśliwi znaleźliśmy się przed budynkiem. Przyszli żołnierze żegnali się z nami ciepło, żartując lub przytulając nas, co bardziej podchodziło pod duszenie. Niemniej był to miło gest. Cherry podał mi rękę i uścisnął ją mocno.

  -Popracuj trochę nad swoimi nogami. Nie mówię, że wyglądają źle, ale do formy obezwładniającej przeciwnika jeszcze im daleko - uśmiechnął się szeroko, a ja prychnęłam z udawanym oburzeniem. Obok Cherry'ego pojawił się wielkolud.

  -Jak zdecydujesz się przyjechać i oddać bluzę, to pytaj o Daddy'ego z pokoju 312. Powinni cię wpuścić - powiedział przyklepując moje włosy.

  -Dobra, zrobię tak zrobię, że zostaw moje siano - powiedziałam szybko, wyrywając się spod jego ręki i roztrzepując kudły na wszystkie możliwe strony. Obaj mężczyźni wybuchli śmiechem. Spojrzałam nad ramieniem Cherry;ego i pomachałam mamie idącej w naszą stronę.

  -Dobry wieczór, panowie - skłoniła lekko głowę, a oni na sam dźwięk jej głosu wyprostowali się jak włosy w prostownicy. - Widzę, że jesteście w dobrych stosunkach z uczniami naszej szkoły. Aż ciepło się na sercu robi. widzę też, że poznaliście moją córkę - uśmiechnęła się trochę sztucznie. Westchnęłam, załamując ręce. Wiedziałam, że tak będzie. Cherry'ego wbiło w ziemię, ale po Daddy'm nie spodziewałam się aż tak widocznego szoku. - Mam nadzieję, że kiedyś przyjedziecie nas odwiedzić.

  -Oh, na pewno, jaśniepani! - zawołał generał odciągając mamę na bok i żywo jej coś tłumacząc. Obaj mężczyźni wyraźnie odczuli ulgę, gdy Revi opuściła nasze towarzystwo, jednak zaraz potem zreflektowali się, patrząc na mnie.

  -Przepraszamy, księżniczko. Nie zorientowaliśmy się wcześniej kim jesteś. Wybacz nam - powiedział przerażony Cherry, kłaniając się nisko wraz z Daddy'm. Cmoknęłam niezadowolona.

  -Jeszcze raz ktoś nazwie mnie księżniczką, a przebiorę go w różową kieckę, dam diadem, uwalę mu ryj pudrem i każę tak chodzić przez tydzień - warknęłam. Cherry zerknął na mnie niepewnie, a po chwili podniósł się do pionu. Daddy spytał jeszcze kontrolnie czy na pewno chcę być nazywana tylko imieniem, a kiedy potwierdziłam, uśmiechnął się. Pożegnaliśmy się ciepło i skierowaliśmy swoje kroki każdy w inną stronę. Pomachałam jeszcze do trójki ludzi czekających aż odjedziemy. Cherry zaczął machać energicznie, Daddy uniósł tylko dłoń, a Mike nie zdążył zrobić nawet tego, bo zauważył mnie zbyt późno. Za zakrętem straciłam ich z oczu, więc usiadłam normalnie i zaczęłam rozmawiać z Matthiasem siedzącym przede mną. Nikt już się niczym nie przejmował. Mama była zbyt zmęczona, więc też nie miała ochoty karać nas za cokolwiek. Kiedy zatrzymaliśmy się pod szkołą, siedziałam akurat z Gabriellem, który próbował wygrać ze mną w 'papier, kamień, nożyce'. Czułam się taka dziwnie lekka i wolna.. póki nie przypomniałam sobie co mam jeszcze do zrobienia.

  -Dave! - zawołałam za chłopakiem, kiedy wysiadaliśmy z samochodu. - Słuchaj mam sprawę. Mógłbyś zająć pana Xenzetsu przez 15 minut? Popytaj go o nowinki jakieś techniczne czy zbrojeniowe.. Proszę, cokolwiek - wyszeptałam składając błagalnie ręce. Brwi Dave'a powędrowały w górę, ale po chwili chłopak zgodził się bez żądania wynagrodzenia. Wiedziałam, że Dave to dobry wybór. Ukryta za swoimi przyjaciółmi wtajemniczonymi w cały plan, dostałam się do apartamentowca. Rozejrzałam się po holu. Nigdzie go nie było. Nieobecność Xenzetsu to to, co Shion lubi najbardziej. Odetchnęłam z ulgą, ale kilka sekund po naciśnięciu przez Gina guzika windy, z metalowej puszki wysiadł nie kto inny, jak pan Xenzetsu. Zaklęłam cicho, kuląc si z powrotem za bratem i jego chłopakiem, w stu procentach licząc na Dave'a. Nie zawiodłam się. Już po kilku sekundach obaj stali zajęci rozmową o maszynerii różnego rodzaju. Nasza dziewiątka bezpiecznie wsiadła do windy. Żegnaliśmy się ze sobą wszyscy po kolei. Na końcu zostałam tylko ja i Gin. Kiedy i on musiał mnie opuścić, położył rękę na moim ramieniu.

  -Masz jeszcze tydzień, żeby odpocząć. Daj z siebie wszystko - powiedział poważnie, ściskając lekko mój bark. Pokiwałam głową. Chwilę potem wylądowałam w swoim mieszkaniu. popędziłam do łazienki, wrzuciłam brudne ciuchy do wanny i przyrzekając sobie, że pranie zrobię jutro z samego rana, pobiegłam do pokoju. Wyciągnęłam zeszyt i na pierwszej napotkanej czystej stronie napisałam drukowanymi literami 'Co mogę zrobić, kiedy jakiś imbecyl nie wykonuje moich rozkazów". Nabazgrałam szybko odpowiedź w kilku podpunktach zawierając wszystko, co przyszło mi na myśl. Wyrwałam kartkę z zeszytu, złożyłam ją i popędziłam z powrotem do windy. Po chwili znalazłam się w mieszkaniu rodziców. Na palcach zakradłam się do gabinetu taty i położyłam na jego biurku swoją pracę domową. Zjechałam piętro niżej i już byłam w paszczy lwa. Gdy tylko drzwi windy się rozsunęły, zobaczyłam błyskające niebezpieczną jaskrawą zielenią oczy. Xenzetsu się nie odezwał, tylko wskazał kciukiem salon. Pomaszerowałam sztywno do pomieszczenia, zapisując w pamięci kolejny punkt do nadrobienia w najbliższym czasie, a mianowicie pogodzenie mojej mamy z Xenzetsu. Miałam to zrobić dziś, ale jak widać jedyne co mi wyszło dzisiejszego dnia, to obicie twarzy łysemu żołnierzowi i zarycie głową w ziemię po drugim z rzędu ukończeniu toru przeszkód.

  Niepewnie przestępowałam z nogi na nogę. Nie usiadłam, nie chcąc wkurzyć pana Xenzetsu pobrudzeniem jego rzeczy. Jeszcze trochę życia było przede mną, więc nie chciało mi się zbytnio teraz umierać. Tak  w ogóle zaczęłam się zastanawiać co robił tyle czasu w łazience? Zatwardzenie czy co? Po chwili jednak moje podejrzenia zostały rozwiane przez szum wody wlewanej do wanny. Pan Xenzetsu przymaszerował do mnie z ubraniami z ręku, wcisnął mi je i popchnął w stronę łazienki. Przekraczając jej próg poczułam słodki zapach kwiatów. W wannie było pełno wody i piany. Spojrzałam na mężczyznę zdezorientowana.

  -Ja też potrafię być czasem miły. Umyj się i chodź do kuchni - powiedział, odchodząc. Zamknęłam drzwi i dla pewności przekręciłam kluczyk w zamku. Rozebrałam się w trymiga i weszłam ostrożnie do wanny. Ogarnęło mnie miłe, odprężające uczucie, którego nie potrafiłam wyrazić słowami. Zaśmiałam się cicho. Że też panu Xenzetsu chciało się to wszystko robić. Ciekawiło mnie tylko jakie tortury szykuje potem.

  Umyta i ubrana, z włosami zawiniętymi w ręcznik, wyszłam z łazienki i skierowałam się do kuchni. Przy stole siedział Xenzetsu. Wskazał miejsce naprzeciwko siebie, więc zajęłam je. Wtedy mężczyzna podał kolację. Była pyszna. Jeszcze nigdy nie jadłam tak dobrych naleśników zrobionych przez faceta. Zjadłam wszystko co mi podał, wypiłam herbatę i poszłam ogarnąć swoje włosy. Rozwiesiłam ręcznik, pochyliłam się w przód i zaczęłam majtać głową na boki jakby coś mnie opętało. Po chwili odrzuciłam włosy w tył, prostując się.

  -Ekspresowe czekanie - zaśmiałam się, widząc minę pana Xenzetsu. Chwilę potem wylądowaliśmy przed telewizorem z salonie z kubkami pełnymi gorącej herbaty.

  -Zagramy w coś? - spytał, delikatnie szturchając moje czoło palcem. Pokręciłam głową, tłumacząc się zmęczeniem. Wypiłam herbatę, odstawiłam kubek na podłogę i otuliłam się szczelniej bluzą pana Xenzetsu. Film był zajmujący i nie usiedziałabym w miejscu, gdyby nie to, że powieki same mi się zamykały. W końcu podwinęłam nogi pod siebie i przylgnęłam do mężczyzny siedzącego obok. Zamknęłam oczy, opierając głowę o jego ramię. Ciepło i wygodnie. Mogłabym tak już zawsze. Nagle poczułam na swojej głowie coś ciężkiego, co rytmicznie przesuwało się po niej z góry na dół. Po chwili zrozumiałam, że pan Xenzetsu mnie głaszcze, a ja już nie siedzę o niego oparta, tylko leżę na jego udach. Po chwili zastanowienia postanowiłam mieć to w głębokim poważaniu i kuląc się jak kot, zasnęłam. Podsumowując: pan Xenzetsu urządził mi relaksującą kąpiel, przygotował pyszną kolację i teraz głaszcze mnie po włosach, a ja śpię sobie w najlepsze w jego mieszkaniu, w jego salonie, na jego kanapie, na jego kolanach z jego ręką na głowie. Tylko pogratulować mi ostrożności, serio. Cóż... Gdyby chciał mi coś zrobić, a wątpię, żeby chciał, to zrobiłby to już dawno. Poza tym.. Tuż nad nami znajdowała się sypialnia moich rodziców. Bezpieczeństwo przede wszystkim.

  W półśnie zarejestrowałam, że ktoś mnie niesie. Złapałam tego kogoś za szyję i przykleiłam się do niego. Po chwili poczułam pod sobą miękki materac, więc puściłam duszonego nieszczęśnika. Sprężyny skrzypnęły cicho i poczułam ciało znajdujące się obok mnie. Przykleiłam się do źródła ciepła, które zaśmiało się cicho i pogłaskało mnie po plecach, co bardzo mi się spodobało. Tym bardziej, że pomogło mi to ponownie usnąć. Ciemność była ciepła, kojąca i miękka. Ja się pytam - jak można nie spać w nocy?




***

Więc..
Shion jest.
Nowi ludzie są.
Dzikie przygody też.
Wszystko odhaczone, zaznaczone, lecę pisać Peace, Love and Basket.
Miłego weekendu. ♥