Tak jak obiecałam, rozdział 15 przyniesie coś nowego.
W 16 będzie coś jeszcze nowszego, ale to w 16.
Teraz jest jak jest, a jest fajnie. :3
***
***
Tym razem wstawiam rozdział dzień wcześniej.
Pierwszy poniedziałek wakacji będę miała bardzo zawalony.
Dlatego zdecydowałam się wstawić to dzień wcześniej.
Za tydzień - dwa pojawi się rozdział Peace, Love and Basket.
Pozdrawiam i do następnego. :3
***
Stałam na szczycie wieżowca i patrzyłam przed siebie.
Zdawałam sobie sprawę z tego, że to tylko sen, mimo to widok zapierał dech w
piersiach. Była noc, a światła z okien i latarni zahipnotyzowałyby każdego, kto
siedziałby teraz ze mną. Powoli wstałam i rozpościerając ramiona, weszłam na
barierkę. Przechadzałam się w tę i z powrotem balansując niebezpiecznie na
krawędzi. Nagle zapragnęłam polecieć. Stanęłam przodem do ciemnej pustki i
przechyliłam się lekko do przodu. Bujałam się raz w stronę przepaści, raz w
stronę dachu budynku. W końcu grawitacja zwyciężyła, a ja poleciałam w dół. Pęd
powietrza zapierał mi dech w piersiach. Popatrzyłam przed siebie. Światła
migały leniwie. Zobaczyłam pięknie oświetlone miasto i twarz Toma oraz Ren.
Tęskniłam za nimi. Zaraz potem mignęły mi postaci wszystkich moich żyjących
przyjaciół i obojga rodziców. Na końcu ujrzałam twarz Xenzetsu. Zdziwiłam
się. Wszystkie do tej pory były uśmiechnięte i szczęśliwe, ale nie on. On
krzyczał coś, był przerażony i wyciągał do mnie ręce. Uświadomiłam sobie, że
jest mi tak zimno, jak wtedy, kiedy miałam gorączkę przed wizją. Wyciągnęłam
ramiona na boki, a razem z nimi rozpostarłam skrzydła, które wydawały mi się
większe niż zazwyczaj. Zatrzymałam się w powietrzu i powoli otworzyłam oczy, budząc
się. Spojrzałam przed siebie. Coś było nie tak. Zdrętwiałam. Byłam na podwórku,
wisiałam w powietrzu, a z dołu dochodziły do mnie krzyki. Spojrzałam w dół i
strach już na dobre sparaliżował moje ciało. Wisiałam na wysokości dziesiątego
piętra, a pode mną znajdował się tylko twardy chodnik i grupka demonów.
Przerażona powoli rozejrzałam się na boki i trochę się uspokoiłam. Moje
skrzydła były rzeczywiście rozpostarte na całą szerokość i co raz to unosiły
się, to opadały. Mimo to nie przestawałam drżeć. Bałam się.
- Shion! - usłyszałam krzyk.
Spojrzałam ponownie w dół. Ku mnie leciał pan Xenzetsu.Nie ruszyłam się ani o
milimetr, póki mężczyzna do mnie nie dotarł. - Złóż skrzydła. Schowaj je -
szepnął powoli. Pokręciłam głową energicznie, wbijając palce w drżące ramiona.
Co on? Na łeb upadł? Jeśli się ruszę, zginę. - Złapię cię. Zaufaj mi -
powiedział, wyciągając ręce przed siebie tak, żeby znajdowały się pode mną.
Spojrzałam na niego niepewnie. Uśmiechnął się, ale oczy nadal miał zmartwione.
Powoli złożyłam skrzydła i opadłam w ramiona pana Xenzetsu. Przyczepiłam się do
niego jak rzep, oplatając go nogami w talii. Wczepiłam palce w jego plecy, a
twarz ukryłam w jego koszulce. Strach mnie opuszczał. Pan Xensetsu objął mnie
mocno. Przylgnęłam do niego jeszcze mocniej, próbując uspokoić swój ciężki
oddech i przerażone serce. Mężczyzna głaskał mnie po głowie, póki nie stał już
na pewnym gruncie. Wtedy ześliznęłam się na ziemie, niepewnie stawiając jedną i
drugą stopę na podłożu. Tata chwycił mnie w ramiona i przytulił mocno. Mama
miała łzy w oczach, a Matthias i Aki wydali z siebie westchnienie ulgi. Wszyscy
razem weszliśmy z powrotem do budynku, choć ja miałam z tym niewielki problem,
bo nogi nadal miałam jak z waty. Rozeszliśmy się do swoich mieszkań. Mat i Aki
do mojego brata, a ja, moi rodzice i Xenzetsu do mieszkania mamy i taty.
Opatulili mnie kocem, dali ciepłej herbaty i głaskali po głowie, czekając aż
się uspokoję.
- Co się właściwie stało? Czemu to
zrobiłaś? - spytała już spokojnie mama, trzymając tatę za rękę. Powoli
wzruszyłam ramionami.
- Nie wiem. Zasnęłam w łóżku,
obudziłam się w powietrzu. Wiem tyle co wy - mruknęłam, próbując przypomnieć
sobie cokolwiek, jednak nie pamiętałam nic. Ani tego jak dostałam się na dach,
ani tego jak skoczyłam i co robiłam. Nastała cisza, którą po chwili przerwał
nam tata.
- Dzisiaj zakończmy ten temat.
Ustaliliśmy już, że lunatykowałaś, ale jest jeszcze jedna rzecz, która nie daje
nam spokoju - podrapał się po brodzie, a my spojrzeliśmy na niego wyczekująco.
- Co robiłaś u niego w środku nocy? - wskazał na Xenzetsu. Nagle oboje zdaliśmy
sobie sprawę z tego, że nastolatka nocująca u swojego nauczyciela to nie jest
normalna rzecz. Miałam ochotę trzasnąć głową o szklany stolik stojący przede
mną. Trzeba to jakoś odkręcić, bo to serio wymknęło się spod kontroli.
- Byłam zmęczona tą całą wycieczką,
a jeszcze musiałam oddać prace domową tacie. Poszłam do pana Xenzetsu po pomoc,
jednak kiedy skończyliśmy, nie chciało mi się wracać do swojego mieszkania.
Zaniosłam ci prace i zostawiłam ją na biurku. Wróciłam do pana Xenzetsu, żeby
nie siedzieć samej w domu. Moi przyjaciele albo poszli spać, albo siedzieli w
parach, wiec co miałam zrobić? Przerywać im ich krótką chwilę, w której mogą
być sam na sam? - powiedziałam, nonszalancko wzruszając ramionami. Mama uniosła
brwi, kierując wzrok na Xenzetsu.
- No co? Było jak mówi Pudel. Mam
się jeszcze tłumaczyć co robiłem w swoim domu? Miałem ją zatrzymać po lekcji,
bo nie dość, że się spóźniła, to jeszcze przygniotła mnie do ziemi wbijając do
klasy po dzwonku, ale ty kazałaś ją puścić. Nie miałem jak się jej odpłacić, a
punkty karne niezbyt mnie satysfakcjonują. Pomyślałem, że za kare może
dotrzymać mi towarzystwa. Chciałem się nad nią trochę poznęcać. Kazać jej
posprzątać moją kuchnie czy coś, ale kiedy zobaczyłem w jakim jest stanie,
odechciało mi się tego wszystkiego - cmoknął niezadowolony.
- A można wiedzieć, co żeście
robili? - brwi taty powędrowały w górę.
- No jak to 'co'? Nie dymałbym
nieletniej, poza tym, to wasza córka, więc nie byłoby mi z tym do śmiechu -
żachnął się Xenzetsu. Mama zjechała go wzrokiem, a ja pospieszyłam z
satysfakcjonującym wyjaśnieniem.
- Obejrzeliśmy film o kolesiu,
który potrafił stworzyć bombę ze wszystkiego. Fajny był. Potem graliśmy trochę
w jakieś mordobicie, ale chyba zasnęłam w połowie, bo nie pamiętam jak
skończyła się rozgrywka - powiedziałam, wdzięczna za mój dar przekonywania.
Kiedy Xenzetsu powiedział, że zostawił mnie śpiącą na kanapie, a sam położył
się w swoim łóżku, rodzice ostatecznie łyknęli naszą opowiastkę. Mama kazała
nam obiecać, że coś takiego nigdy więcej nie będzie miało miejsca, na co
zgodnie przytaknęliśmy. Dostałam mini wykład na temat odpowiedzialnego
zachowania w szkole, ale w końcu nam odpuścili. Mama wsiadła do windy ze mną i
panem Xenzetsu, żeby móc przypilnować, czy aby na pewno pójdziemy do swoich
mieszkań. Zerknęłam na nich przez ramie. Patrzyli na mnie dziwnie, jak na
niedoszłą samobójczynie. O mało nie westchnęłam zirytowana. Myślałam, że to
sen, wiec robiłam co chciałam, a teraz co? Po pożegnaniu się z tamtą dwójką,
położyłam się ponownie spać.
Przez całą siedmiodniową przerwę
wcielałam w życie swój pomysł, który przyszedł mi do głowy u wojskowych. Nad
moim mieszkaniem było jeszcze jedno nieużywane piętro, więc postanowiłam je
zająć. Razem z Olim, za pieniądze zebrane od wszystkich przyjaciół, kupiłam
dwie czerwone kanapy i z niewielką pomocą Bateshi'ego, przetransportowaliśmy je
na 22. piętro. Na podłodze poukładaliśmy trzy stare dywany, które dostaliśmy od
mamy, ale pomyśleliśmy, że ściany też nie mogą zostać puste. Kupiliśmy
kilkadziesiąt puszek z farbą w sprayu i całą dziewiątką zapełniliśmy całe
pomieszczenie różnymi rysunkami i napisami, śmiejąc się przy tym, jakby nas coś
opętało. Wybiliśmy też dziurę w ścianie, żeby dobudować tajemne, drewniane
schody prowadzące z mojego mieszkania do naszej 'kryjówki'. Gabriell przyniósł
cztery, duże głośniki, Eva wieżę, Mat stół i wszystko było gotowe. Całość
zrobiliśmy w tydzień.
Następne trzy miesiące były
nadzwyczaj zalepione obowiązkami. Mieliśmy jeszcze mniej czasu na cokolwiek
innego niż nauka i treningi. Mimo to, opłaciło się. Poziom naszej wiedzy był
teraz na poziomie końca drugiej klasy tego demonicznego liceum. Rzuciłam plecak
w kąt pokoju i padłam na łóżko, wyczerpana ostatnim dniem trzymiesięcznego
semestru. Czas w Podziemiu płynął zupełnie inaczej niż na Ziemi. Kiedy tam była
zima, tutaj panowało lato. W ten sposób dowiedziałam się, że przybyliśmy tu pod
koniec sierpnia. Zabawne. Pół roku poza miejscem, które uważałam za swój dom,
zupełnie mnie zmieniło. Byłam bardziej punktualna, rozsądna, pracowita,
opanowana i rozważna. Oczywiście dotyczyło to tylko oficjalnej wersji mnie. Na
ogół nadal byłam roztrzepana, leniwa i wybuchowa.
Przekręciłam głowę, spojrzałam na
zegarek i zaklęłam siarczyście. Mimo rażącej niechęci do jakiegokolwiek ruchu,
stoczyłam się z łóżka. Ze słuchawkami na uszach ruszyłam do windy, która
zawiozła mnie na parter. Z rękoma w kieszeniach szłam przez miasto pełne
demonów. W końcu dotarłam do ogromnego, opuszczonego budynku, a kiedy do niego
weszłam, przywitał mnie niespodziewany kop nadchodzący z lewej. Uchyliłam się
szybko, złapałam napastnika za kostkę i przyciągnęłam do ziemi. Podtrzymał się
na rekach. Szybko odskoczyłam, puszczając jego nogę. Zbyt wolno. Ledwo
uchyliłam się przed kolejnym atakiem. Nie dałam rady atakować. Najpierw
musiałam się obronić. Podskoczyłam, uciekając przed podkoszeniem, a w następnej
sekundzie dostałam nogą w prawy bok. Przeleciałam kilka metrów i odbiłam się od
ściany. Łapiąc oddech, podniosłam się z ziemi i ruszyłam na przeciwnika.
Celowałam nogą w głowę, ręką w szyje.. Nic to nie dało, wszystko blokował.
Przeskoczyłam nad nim i kopnęłam go w plecy. Zabolało. Uśmiechnęłam się
wymierzając kolejne ciosy w kręgosłup. Odwrócił się, łapiąc mnie za rękę i
przerzucił przez swoje plecy. Ledwo wróciłam do pozycji pionowej, a on znów był
przede mną. Zwinął obie dłonie w pieści i składając je razem, wbił mi je w
brzuch. Wypchnął całe powietrze z moich płuc, zawartość żołądka podeszła mi do
gardła. Zostałam dosłownie wbita w ścianę. Opadłam na kolana, próbując wyrównać
oddech.
- Starczy na dziś. Idziemy coś
zjeść? - spytał Xenzetsu, wyciągając do mnie rękę. Złapałam jego dłoń i
podciągnęłam się do pionu. Niewiele myśląc, rzuciłam się na mężczyznę,
okładając go najróżniejszymi kombinacjami ataków. Odpierał wszystkie z co raz
większą trudnością. Zmarszczył brwi, widząc mój wzrok. Zablokował kopniecie w
szyje. Obróciłam się w powietrzu i wymierzyłam cios pietą w skroń. Xenzetsu
cofnął się kilka kroków w tył, zdezorientowany siłą odrzutu, a ja znów go
zaatakowałam. Nie miał czasu na reakcje. Wykopałam go w powietrze i pozwoliłam,
żeby z potężnym łomotem wbił się w ziemie. Usiadłam na nim okrakiem i opierając
łokcie na swoich kolanach, uśmiechnęłam się szelmowsko.
- I co panie wszechmocny?
Przegrałeś - zaśmiałam się, lekko dysząc. Xenzetsu uniósł się na łokciach
trochę naburmuszony. Poczochrałam jego włosy przyjaźnie. - Przepraszam.
Następnym razem będę dla pana łagodniejsza. Następnym razem. Dziś to pan stawia
mi obiad - wstałam, otrzepując spodnie z pyłu. Zaraz potem wylądowałam na
ziemi, a Xenzetsu roześmiał się głośno.
- Może teraz pójdziemy się trochę
ogarnąć, co ty na to? - powiedział, wskazując zakurzone ubrania i moje lekko
krwawiące otarcia. Przytaknęłam mu. Po jako takim ogarnięciu się, spojrzałam w
okno. Było już ciemno, za ciemno na tak wczesną porę. Co się dziwić? Dopiero
pierwsza połowa lutego.
- Gotowa? - spytał pan Xenzetsu,
zjawiając się nagle za mną. Kiwnęłam głową, nie za bardzo zdziwiona tak nagłym
wtargnięciem mężczyzny do mojego domu.
Szliśmy przez miasto rozmawiając o
nowej grze, którą Xenzetsu miał mi jutro pokazać. Przez ostatnie trzy miesiące
zaczęliśmy bardzo się kumplować i mówiliśmy do siebie bez zbędnych grzeczności.
Niektórzy mówili nawet, że zachowujemy się trochę jak rodzeństwo. Wtedy Mat
zaczynał gwałtownie protestować, a my patrzyliśmy na siebie chwile i
wybuchaliśmy głośnym, niekontrolowanym śmiechem.
Po wczorajszej wyprawie do fastfooda,
rozeszliśmy się do mieszkań pod czujnym wzrokiem mojej matki. Następnego dnia
zjechałam windą dwa piętra niżej, na 19. piętro i wbiłam z buta do sypialni
Xenzetsu.
- Wstawaj! - wrzasnęłam, wskakując
na śpiącego mężczyznę. Złapał mnie za rękę i rzucił na łóżko. Nachylił się nade
mną, a ja spojrzałam na niego zdezorientowana. Jego czarne jak bezgwiezdna noc
włosy sterczały na wszystkie strony, zielone, lekko podkrążone oczy, jarzyły
się niebezpiecznie, a po ustach błądził niebezpieczny uśmiech. Po chwili zaczął
mnie łaskotać. Śmiałam się, wyrywałam i wierzgałam dziko, wołając, żeby
przestał, ale posłuchał dopiero, kiedy ktoś wsiadł do windy. Zabrał ze mnie
ręce, a ja szybko sturlałam się z łóżka i pobiegłam do salonu, z biegu skacząc
na kanapę. Od incydentu sprzed trzech miesięcy stale mam na karku przyzwoitkę w
postaci przyjaciół moich rodziców. Nie wiem czemu tak się przejmują tym, że
spędzam za dużo czasu z Xenzetsu i czasem u niego nocuję. Nie robimy nic
nieprzyzwoitego, sam powiedział, że nawet nigdy nie myślał o tym, żeby coś ze
mną robić. Według niego jestem wrednym pudlem, nieletnią córką swojej pierwszej
miłości i nawet nie do końca uważa mnie za dziewczynę. Moim zdaniem jestem
bezpieczna tak długo, aż nie zacznę zachowywać się jak na dziewczynę
przystało... A na to się na razie nie zapowiadało.
Usiadłam na ziemi, opierając się
plecami o sofę. Xenzetsu przeskoczył oparcie i wyłożył się na kanapie. Podał mi
płytkę, którą ja włożyłam do konsoli. Wszystko uruchamiało się dłuższą chwilę,
ale było warto. Mega grafika, dopracowane szczegóły. Mimo, że to tylko zwykłe
mordobicie, wszystko było dopięte na ostatni guzik. Swoją postać pierwszy
wybierał Xenzetsu. Spojrzałam na niego zdziwiona, kiedy wybrał kobietę.
- No co? Nie mam cycków w
rzeczywistości, to chociaż w grze chce mieć - burknął, wybierając zbroje i
broń. Potem przyszła kolej na mnie. Oczywiście wybrałam faceta. Wyglądał trochę
jak mężczyzna leżący za mną, ale na szczęście nikt nigdy się nie zorientował.
Kiedy wszystko było już włączone, ustalone, załączone i poubierane, zaczęliśmy
grać. I znów moje bojowe krzyki przyciągnęły niemałą uwagę. Po godzinie naokoło
nas siedział wianuszek demonów jedzących, kibicujących, pijących lub po prostu
wpatrzonych w ekran. Nie ma co. Przyzwoitka pierwsza klasa. Po jeszcze kilku
godzinach bijatyk, przepychanek, turlania się i innego przytulania podłogi, do
mieszkania wkroczyła mama. W tym momencie kilku przyjaciół się wykruszyło i w
salonie zostało piej osób, które na widok królowej dostały gęsiej skórki.
- Widzę, że dobrze się bawicie -
powiedziała z poważną miną. Kiwnęłam głową, pożerając kolejną garść chipsów
ukradzionych od Gina. David właśnie został rozgromiony przez Xenzetsu i
siedział naburmuszony, nie dając się ruszyć, czym tarasował mi dojście do pada.
Zaczęłam się z nim kłócić i go szarpać. Powiedziałam, że nie ma za co się
obrażać, bo przegrał tylko i wyłącznie przez swoją nieumiejętność grania.
Odparował mi łaciną podwórkową, wiec pokazałam mu środkowy palec. W odwecie
rzucił się na mnie z pięściami. Przygotowałam się do kontrataku. Nagle
usłyszeliśmy dziwny dźwięk. Wymierzyłam jeden celny cios w twarz i odwróciłam
się, szukając źródła nienormlanego warkotu. Wszyscy spojrzeliśmy na Olivera
kulącego się w kącie.
- Oli.. Co ci jest? - spytałam z
dziwnym przeczuciem, że coś było nie tak. Nie odezwał się. Drżał
niekontrolowanie na całym ciele i mamrotał coś do siebie. Jak wtedy, u cioci.
Zupełnie mu odbiło.
- Znowu? - westchnął Xenzestu
ciężko. Spojrzałam na niego. - Tak, zdarzało się to wcześniej na treningach pozalekcyjnych.
Nie wiem od czego to. Nigdy mi nie wyjaśnił...
- Koniec tych pogaduszek.
Ogarnijcie go, skoro wiecie jak - przerwała nam mama. Oli nagle wstał i ruszył
na mnie z byka. Spojrzałam na Xenzestu i bez słów rozumiejąc co chcemy zrobić,
kiwnęliśmy głowami. Odciągnęłam ramie do tyłu i w tym samym momencie co Xen,
wbiłam pięść w brzuch Oliviera. Dla pewności docisnęłam mocniej i dopiero wtedy
zabrałam. Mój przyjaciel ugiął się powoli, jakby sam nie mógł uwierzyć w to, co
się właśnie stało i padł na ziemie nieprzytomny. Wszyscy popatrzyliśmy po
sobie. - Czy ktoś mi wytłumaczy co się tu dzieje? - spytała zdenerwowana mama.
Opowiedziałam jej skróconą wersję historii z napadami Oli'ego, Xenzetsu
dorzucał coś od siebie i w końcu skończyłam stwierdzeniem, że nikt tak naprawdę
nie wie co się z nim dzieje. Mama westchnęła cicho i wyszła, przedtem mówiąc,
że zostawia zajęciem się problemem Oli'ego naszej dwójce - mi jako przyjaciółce
i Xenzetsu jako mentorowi. Wszyscy wyszli, a my spojrzeliśmy po sobie.
- Wiesz może, gdzie nie narobi zbyt
dużych szkód, gdyby zaczął szaleć? - spytał Xenzetsu, biorąc nieprzytomnego na
ręce, a ja zamyśliłam się przez chwile.
- Mam pomysł - pstryknęłam palcami
i poprowadziłam Xenzetsu do windy. Przejechaliśmy na 22. piętro. Nasza
'kryjówka' miała posłużyć jako tymczasowy azyl dla naszej trójki umieszczonej
na celowniku mojej mamy. Po ułożeniu Oliviera na dwóch grubych kocach i okryciu
go kołdrą, spojrzeliśmy po sobie. I co teraz? Jedno z nas musiałoby zostać
tutaj z Olim, ale byłoby to cholernie nudne, wiec postanowiliśmy pilnować go
razem. Przynieśliśmy karty, szklanki, dwa dzbanki z herbatą i laptopa, którego
podłączyłam do ogromnych głośników. Przy akompaniamencie muzyki i naszego
głośnego śmiechu, graliśmy w kakao*, popijając ciepłą herbatę. Tak minęły nam
trzy godziny. W końcu Oli zaczął się przebudzać.
- Co? Gdzie ja jestem? - mruknął
podnosząc się na łokciach.
- Kakao i po kakao. Idziesz kupić -
zaśmiałam się, rzucając ostatnią kartę na stół. Xenzetsu zaklął szpetnie. -
Miałeś atak, wiec się znokautowaliśmy i przetransportowaliśmy do naszej bazy.
Witamy w psychiatryku - odparłam klękając na sofie i przechylając się przez jej
oparcie, żeby móc widzieć Oli'ego.
- Dobra Młody. Tłumacz się
wreszcie. Za długo już to ciągniemy - powiedział Xenzetsu, przesiadając się na
miejsce obok mnie. Olivier posłusznie zajął drugą czerwoną sofę i napił się
zimnej herbaty z piątego dzbanka, który zrobiłam w ciągu tych trzech godzin.
- Wiec.. Od czego tu zacząć? -
podrapał się po karku wolną ręką. Siedzieliśmy chwilę w ciszy, żeby Oli mógł
zebrać myśli, ale im dłużej trwała cisza, tym bardziej miałam wrażenie, że
chyba nic od niego nie wyciągniemy. Kiedy Xenzetsu chciał się odezwać,
położyłam mu dłoń na kolanie. Spojrzał na mnie, a ja przyłożyłam palec do ust.
Oli wreszcie się odezwał. - Stosunkowo wcześnie odkryłem swoją moc. Miałem może
z 13 lat. Nie wiedziałem co się dzieje, nie umiałem nad tym panować, nie
umiałem panować nad swoim instynktem. Wiele razy przypadkowo coś spaliłem.
Doszło nawet do tego, że zacząłem nawet czytać o egzorcyzmach i potajemnie
szukałem egzorcysty - zaśmiał się niemrawo. - Pewnego pięknego dnia, dokładnie
w moje 14. urodziny, doświadczyłem czegoś nowego. Poczułem emocje, które nie
powinny zaistnieć u mnie w tym samym czasie. Bezgraniczne szczęście i radość
przeplatały się ze wściekłością i chęcią mordu. Siedziałem akurat w parku, a
jedynymi osobami, jakie były tam oprócz mnie, okazały się dwie dziewczyny.
Jedna trajkotała przez telefon coś o nowym chłopaku. Poczułem, że to do niej
należą te pozytywne uczucia. Za nią, za drzewem, stała druga, bardziej ponura
dziewczyna. Zaciskała pieści, a jej gniew nadal rósł. Być może niepotrzebnie,
ale zdecydowałem się zareagować. Nie byłem pewien czy to co czułem to tylko
moja wyobraźnia, czy naprawdę czułem to co one, ale wolałem nie ryzykować. Niby
od niechcenia zagadnąłem ponurą dziewczynę. Zacząłem coś mówić.. Chyba o tym,
że niewyraźnie wygląda i spytałem czy wszystko dobrze.. Ona tylko zacisnęła
zęby, ale w końcu udało mi się ją dociągnąć od koleżanki. Okazało się, że
naprawdę czułem to, co one. Potwierdziła to Sybil, ta ponura, zwierzając mi się
ze swoich problemów. Zaprzyjaźniliśmy się, ale po kilku miesiącach wyjechała..
Mniejsza z tym. Ważne, że od tamtego czasu zacząłem odczuwać wszystkie
negatywne uczucia innych ludzi. Tylko negatywne. Jeśli jakimś dobrym trafem
była niedaleko jakaś równie szczęśliwa osoba, jej uczucia też do mnie
docierały. Zazwyczaj tak nie było. Nic z tym nie robiłem. Nie próbowałem nawet
pomagać tym ludziom. Nie wiedziałem jak, skoro było ich tak wielu, a ich uczuć
zlewających się z jedno, nie sposób było rozróżnić. Zacząłem to ignorować. Po
pewnym czasie poczułem, że te uczucia zaczynają się we mnie gromadzić. Co raz
bardziej skotłowane, uciśnięte, nie mające ujścia, najczarniejsze ludzkie
uczucia były we mnie. Po tygodniu zacząłem robić się bardziej nerwowy i
drażliwy. W końcu.. W końcu nadszedł pierwszy dzień, z którego nic nie
pamiętałem. Naświetliły mi to media. Prawdopodobnie trzech zabitych ludzi. Nie
miałem pojęcia czy to moja robota, czy nie, ale rano czułem się dziwnie lekki.
Miesiąc żyłem w przekonaniu, że ktoś po mnie przyjdzie i zamknie w zakładzie
dla umysłowo chorych. Kiedy zaczynałem już wariować, odnalazła mnie Hilda. Nie
mówiłem jej o swoich atakach. Ona myślała, że z czasem mi przejdzie. Ja
wiedziałem, że czas nie ma tu nic do rzeczy. Nie rozmawialiśmy o tym. W końcu
myślała, że mi przeszło, ale ja po prostu nauczyłem się czuć, kiedy nadchodzi
ten czas i wychodziłem na kilka dni z domu. Jechałem wtedy do lasu oddalonego
kilkadziesiąt kilometrów od naszego miasta. Szalałem, rozrywałem zwierzęta
gołym rękoma, niszczyłem drzewa, moją ofiarą padło też kilku ludzi.. Nie
przeżyli. I tak było dopóki nie dotarliśmy tutaj. Mogłem niezauważalnie wymknąć
się gdzieś i ukryć w ruinach, żeby nie narobić większych szkód. Niestety, znów
się to zaczęło. Ataki były nieregularne, a ja nie mogłem wyczuć kiedy się
zbliżają. Kilka razy zdarzyło mi się to na pozalekcyjnym treningu z panem
Xenzetsu, kilka razy obudziłem się siedząc w wannie, a moje mieszkanie było
istnym pobojowiskiem. Wyglądało jak po wojnie. Miałem szczęście, że nikogo nie
było wtedy nikogo w mieszkaniach pod i nade mną. Eva pewnie była u Gabriella, a
Rebecca znów rozmawiała ze Starszym Pokoleniem w jakimś barze. Dziś atak
zdarzył się pierwszy raz od dwóch miesięcy. Dziwie się, że dałem rade wytrzymać
tak długo - Olivier zamilkł, wykręcając palce.
- Dobra. Rozumiem już o co chodzi -
powiedział Xen. Spojrzałam na niego ciekawa co powie. - Trzeba było tak od
razu. Powinieneś prosto z mostu takie rzeczy, bo to niebezpieczne. Chociaż..
Sam powinienem domyślić się co z tobą jest nie tak - zacisnął zęby. - Każdy z
nas, każdy Koufun tak ma. Jest możliwość nad tym panować. Gdybyś powiedział
wcześniej, dostosowałbym ci trening i nie musielibyśmy teraz tu siedzieć..
- Przepraszam. Mogłem wam to
powiedzieć, ale bałem się, że nie zrozumiecie - jęknął, ledwo powstrzymując
napływające do oczy łzy.
- Nikt cie nie ocenia. Nie rycz -
powiedział twardo mężczyzna, po czym zapadła krótka cisza. - A ty, Shion? Co o
tym myślisz? - zwrócił się do mnie. Zamyśliłam się na chwilę.
- Mam dla ciebie tylko jedną rade.
Lecz się Oli, lecz się - westchnęłam. Chłopak zdziwiony, podniósł na mnie
wzrok. - Powinieneś nam zaufać, a nie odgrywać jakąś szopkę nie wiadomo po co.
Nikt by cie nie odtrącił, nikt by się nie śmiał.. No, może trochę, ale wiesz
jacy jesteśmy. Rozwiązalibyśmy problem, a potem zalewalibyśmy się ze
wszystkiego co nam nie wyszło.
- Co? - Xenzetsu usiadł tak, żeby
móc patrzeć na mnie wzrokiem pełnym niedowierzania. Chyba we mnie zwątpił. -
Jak można śmiać się z jakiejkolwiek porażki?
- Każda przegrana zmusza nas do
cięższej pracy nad sobą. Kiedy jesteśmy już silniejsi i wspominamy to, co było
kiedyś, to aż zbiera się na histeryczny śmiech. Po prostu umiemy zostawić
wszystko za sobą bez uciekania przed przeszłością - powiedziałam, rozpierając się
na kanapie. Po chwili namysłu, Xen przyznał mi racje. Pogawędziliśmy jeszcze
chwile, po czym obu moim przyjaciołom przyszedł do głowy pomysł trenowania w
nocy. Ja natomiast zdecydowałam się na długą, gorącą kąpiel. Stojąc już umyta
przed lustrem, rozczesywałam mokre włosy. Nagle coś przykuło moją uwagę.
Zbliżyłam twarz do tafli i dotknęłam nasady włosów. Przeczesałam je palcami,
marszcząc brwi. Po chwili wzruszyłam ramionami i wyszłam z łazienki. Musiało mi
się tylko wydawać. To niemożliwe, żebym siwiała już w tym wieku.
- Słuchajcie, dzieciaki! - zawołała
mama we czwartek rano. Grzecznie ustawiliśmy się naprzeciwko niej, dysząc lekko
po bieganiu karnych kółek. - Ruszacie na misję! - Oświadczyła, uśmiechając się
szeroko. - Zostaniecie podzieleni na grupy, do każdej z nich zostanie
przydzielony ktoś ze Starszego Pokolenia.
- Jakie misje? O co chodzi? -
zdziwiłam się. Mama spojrzała na mnie, poważniejąc nagle.
- Nie muszę przed wami ukrywać jaka
jest sytuacja. Anioły co raz częściej napadają na miasta położone niedaleko
granicy. Jest to dobra okazja, żebyście zobaczyli na czym polega prawdziwa
walka - wyprostowała się, nieświadomie splatając ręce za plecami. - Macie być
gotowi jutro przed 8.00 rano. W pokojach macie listy potrzebnych rzeczy,
dokładny opis misji i listy grup, do których zostaliście dołączeni. To wszystko
- zakończyła, odwracając się. Weszła z powrotem do budynku, zostawiając nas z
Bateshim. Naokoło rozległy się szmery, szepty i pomruki niepokoju. Zacisnęłam
pięści, drżąc niekontrolowanie.
- Już chcą nas wysyłać na misje dla
dorosłych? - szepnęła Laura. Ignorując ją, wyrzuciłam ręce w górę z okrzykiem
bojowym.
- Tylko na to czekałam! -
zawołałam, śmiejąc się w głos.
- Dobra, dobra. Skoro decyzja
zapadła, zwalniam was z reszty lekcji. Idźcie się wymyć, wypocząć, najeść..
Róbcie co chcecie - westchnął Bateshi. Wszyscy ruszyli ku szatniom. Wszyscy
oprócz mnie. Ja zostałam jeszcze na siłowni. Do mieszkania wróciłam dopiero
godzinę później. Wzięłam prysznic, spakowałam się według listy, wcisnęłam do
torby strój do zadań specjalnych i przebrałam się w piżamę. Siedziałam w
salonie jedząc, oglądając filmy i grając w gry. W końcu o 18.30 ruszyłam do
pokoju. Przechodząc obok lustra zerknęłam na nie pobieżnie. Nie wyglądałam
najgorzej, jednak coś znów kazało mi się sobie przyjrzeć. Pokręciłam głową.
Zaczynałam już lekko świrować. Wydawało mi się przez chwilę, że moje tęczówki
były zupełnie przezroczyste. Zaraz potem walnęłam się na łóżko i spałam jak
zabita do następnego ranka.
Podniosłam głowę i wyłączyłam
budzik. Przygotowanie się zajęło mi kilkanaście minut. Chwyciłam torbę i kartkę
z przydziałem grup, po czym wsiadłam do windy. Kilka głębokich oddechów
uspokoiło mnie na tyle, na ile mogłam być teraz spokojna. Wcisnęłam guzik i
ruszyłam na spotkanie.
- Co tak wcześnie, Devinill? -
spytał Dave z szyderczym uśmiechem. Odpowiedziałam mu krzywym spojrzeniem i
ruszyłam do swoich przyjaciół. Po kilku następnych minutach dołączyli do nas
nasi 'przewodnicy'. A żeby jeszcze zrobili to w normalny sposób.. Gdzie tam!
Oni musieli do nas przyjść czadowym spacerkiem, wyglądając jak gwiazdy filmowe.
Mało tego.. Moim mistrzem mocy miał być w tyłek kopany Xenzetsu, który już
szczerzył się jakby wygrał miliony. Jeśli coś pójdzie nie tak, uratuje mnie i
będzie nam to wypominał do końca życia. Tak być nie będzie. Przyciągnęłam do
siebie Mata, Gabriella i Gina, z którymi byłam w grupie i zniżyłam głos do
szeptu.
- Trzeba mu utrzeć nosa, a żeby to
zrobić, musimy wziąć tą misje na poważnie - warknęłam. Reszta zgodziła się ze
mną i dzięki temu powstał klub GMSG, którego mottem było "Nigdy nie myl
się przy Sam Wiesz Kim'. Podczas motywującej przemowy, udało mi się zmienić
misje zabicia Aniołów w misje pokonania Xenzetsu.
- Dobra! Czas zetrzeć na pył
Anioły! - zawołał Xen, wskakując do jeepa. Wrzuciłam swoje rzeczy do bagażnika
i zajęłam miejsce obok kierowcy. Po chwili mknęliśmy już w przeciwnym kierunku
niż reszta. Nastój niepokoju zamienił się w radosny śmiech i luźne rozmowy.
Jednak czułam, że nadal jest coś nie tak. Xenzetsu był jakiś cichy i zbyt
poważny. Kiedy spytałam go o powód, odpowiedział mi tylko krótkim spojrzeniem,
które wydało mi się być przepełnione troską i niepokojem. Wtedy ogarnął mnie
dziwny chłód. Nie miałam ochoty na rozmowę z rozbrykanym Gabriellem, dyskusję o
grach z Ginem czy nawet kłótnie z Matem. Usiadłam prosto w fotelu i zacisnęłam
pięści, kładąc je na udach.
- Proszę, nie rób nic głupiego -
szepnął Xenzetsu. Chyba tylko ja to usłyszałam, bo reszta nie przerwała swojej
paplaniny. - Myśl i działaj ostrożnie. Shion, proszę, naprawdę. To już nie są
ćwiczenia. Wy możecie tam zginąć.
- Ale.. Przecież ty tam będziesz -
próbowałam zmienić ton głosu na swobodny. Nie wyszło.
- Nie zawsze mogę zdążyć na czas,
dlatego proszę cię, uważaj na siebie - szepnął skręcając w polną drogę.
Kiwnęłam głową, zaciskając usta. Xen zaszczycił mnie ciepłym spojrzeniem, które
chwyciło moje serce. Pokiwałam głową jeszcze raz, pokazując, że zrozumiałam o
czym mówił i znów wbiłam wzrok przed siebie. - Dobra, wysiadka - powiedział po
zaparkowaniu samochodu przed drewnianym domkiem. - Chłopaki, weźcie rzeczy i
pozanoście do środka. Ja i Shion idziemy na zwiady - zarządził. Spojrzałam na
niego zdziwiona. Wyłapał mój wzrok i uśmiechnął się uspokajająco. - Spokojnie,
ze mną nic ci się nie stanie. Jeszcze nie nadszedł twój czas walki - szepnął,
kładąc dłoń na mojej pięści. Jego dotyk podziałał kojąco. Napięcie opuściło
moje ciało i rozluźniłam się trochę.
- Powodzenia! - wołali koledzy,
stojąc na schodach. Odmachałam im i dołączyłam do Xenzetsu. Szliśmy, w
milczeniu rozglądając się dokładnie. Miedzy drzewami czułam się dziwnie
spokojna. Po chwili wyszliśmy na małą polanę.
- Pamiętasz kiedy powiedziałem ci o
tym ataku masowego rażenia? - odezwał się w końcu. Kiwnęłam głową. - Spróbuj go
zrobić - zażądał.
- Ale.. Tu? Teraz? - pokręciłam
głową. - Niemożliwe. To jedyne co mi nie wychodzi. Nie potrafię tego zrobić.. -
zamilkłam, kiedy Xen wziął moją twarz w dłonie.
- Musisz się tego nauczyć. Dam ci
parę wskazówek, które mogą ci się przydać. Musisz to umieć - powiedział
zupełnie poważnie, patrząc w moje oczy. Kiwnęłam głową, kiedy puścił moją
twarz. Zrozumiałam, że w ten sposób stara się mnie ochronić - ucząc mnie.
Zamknęłam oczy i rozłożyłam ręce na boki i poczułam jak moc rozlewa się po moim
ciele, jak wypływa z niego i tworzy skrzydła. Zrobiłam tak, jak uczył mnie Xen.
Zebrałam całą moc z jedną, małą kulkę i puściłam ją tak, by rozeszła się
okręgiem naokoło mnie. Otworzyłam oczy i spojrzałam na Xenzetsu, który patrzył
na mnie uważnie.
- Nie było źle, ale spróbuj jeszcze
raz - mruknął, podchodząc do mnie. - Zamknij oczy - polecił. Spełniłam jego
prośbę. Potem zaczął mnie ustawiać. Rozstawił szerzej moje nogi, wnętrze moich
dłoni skierował do zewnątrz, głowę uniósł odrobinę wyżej i stanął za mną. -
Złóż skrzydła - szepnął. Ciarki przeszły mi po plecach. - Dobrze. Teraz zrób to
co wcześniej, ale nie puszczaj dopóki ci nie powiem - zrobiłam co kazał. Kłębek
mocy zebrał się we mnie, nierównomierna, czułam, że jest trochę jak śnieżka.
Niby okrągła, ale bliżej jej do kółka narysowanego przez kolesia z Parkinsonem.
- Wyobraź sobie, że ściskasz ją w dłoniach. Ściśnij ją, nie przejmuj się
ciśnieniem. Mocniej - spełniłam jego żądanie, które powtórzyło się kilka razy.
W końcu poczułam jak ta mała kulka mocy pulsuje tuż pod moim sercem. - Jeszcze
jeden raz. Ostatni.. Zmiażdż ją - szepnął mi prosto do ucha. Przeszedł mnie
niekontrolowany dreszcz. - Teraz.. Wyrzuć to z siebie - powiedział. Rozluźniłam
wyimaginowany uścisk, a kulka błysnęła lekko, wybuchając po chwili, tworząc
naokoło mnie jakby szklaną barierę. Otworzyłam oczy, powracając do ludzkiej
formy. - Widzisz? - powiedział Xen, podchodząc do mnie. Drzewa naokoło były
wyschnięte na wiór. Jakieś 6 metrów ode mnie zauważyłam pas gołej ziemi.
Xenzetsu przyszedł zza niego.
- To.. To dotarło aż tam? -
wskazałam okrąg. Xen pokiwał głową. -Yay! Nareszcie! - zawołałam, przyklejając
się do mężczyzny.
- Posłuchaj, Shion - powiedział,
odsuwając mnie od siebie i kładąc dłonie na moich ramionach. - Jeszcze raz
powtarzam, to nie zabawa. Możesz zginąć.
- Wiem.. Wiem to - uśmiechnęłam się
lekko.
- Będziesz musiała odebrać życie
tak samo oddychającym istotom. Nie przeszkadza ci to? - szepnął, patrząc mi w
oczy. Zawiesiłam się. Zapomniałam o tym. Anioły też miały rodziny, przyjaciół,
znajomych.. Żyły tak samo jak my.. Ale byli wrogami. Wyprostowałam się,
zaciskając pięści.
- To nic - zacisnęłam zęby. - To
wrogowie, a dla wrogów nie ma żadnej litości, jeśli oni nie mają litości dla
naszych - wycedziłam. Xen poczochrał moje włosy.
- Zuch dziewczyna. To co? Wracamy?
- spytał. Kiwnęłam głową, zaciskając zęby. Podróż zajęła nam 11 godzin, więc
polowanie mieliśmy zacząć rano. Do tej pory mieliśmy udawać, że nas nie ma,
nawet jeśli Anioły przyszłyby wcześniej niż przewidziała mama. Wtedy jeszcze
nie wiedziałam, że ten dzień, ta bitwa, a raczej czas po bitwie, zmieni mnie
bardziej niż ostatnie pół roku. Zresztą.. Jeden moment, jedna myśl.. To ona
zmieniła mnie tak bardzo, że cała moja przyszłość stanęła pod znakiem
zapytania. Jeden moment wstrząsnął moim życiem. Miało to się ujawnić dopiero
pół roku później, kiedy...
***
Tym razem wstawiam rozdział dzień wcześniej.
Pierwszy poniedziałek wakacji będę miała bardzo zawalony.
Dlatego zdecydowałam się wstawić to dzień wcześniej.
Za tydzień - dwa pojawi się rozdział Peace, Love and Basket.
Pozdrawiam i do następnego. :3