czwartek, 21 stycznia 2016

UWAGA.

Stopuje na razie z dodawaniem rozdziałów tu.
Zajme sie najpierw poprawianiem pierwszych 8 rozdziałów, w których odrobine zmienie fabułe.
To na razie tyle, ale...
JADE NA HOLLYWOOD UNDEAD W KWIETNIU.
CO WY WIECIE O SZCZEŚCIU?


Miłej reszty dnia życze. <3

wtorek, 19 stycznia 2016

Rozdział 18

Uhuhuhu.
Sylwester, sylwester i po sylwestrze.
Styczeń, styczeń i prawie koniec stycznia.
Zaraz wracam do szkoły jak tylko wyzdrowieję, zapisuje się też na trening MMA.
Może ruszę tyłek do jakiegoś wydawnictwa, żeby popytać..
Zobaczy się.
Życie Shion co raz bardziej się zmienia.
Za dwa/trzy rozdziały można spodziewać się wielkiego wybuchu. *zaciera rączki i chichocze*
Będzie ciekawie.

***

  Wstałam wcześnie rano, jak zwykle. Od kłótni z Cooperem minęły cztery miesiące, podczas których często chodziłam do Starszyzny, chcąc dowiedzieć się od nich czegoś nowego, o czym nie uczyli nas w szkole. Po wizycie u nich zazwyczaj leciałam do swojej jaskini, a której Matthias do tej pory nikomu nie powiedział. Max traktował mnie jeszcze gorzej niż wcześniej z jedną tylko różnicą. Często zadawał mi pytania i przyglądał mi się prawie cały czas. Odpowiadałam mu chętnie i szczerze, nawet kiedy pytania stawały się niewygodne, jak te o moje życie emocjonalne. Nie wiedziałam w czym pomagały mu moje odpowiedzi, ale byłam ciekawa jego reakcji na najszczersze odpowiedzi, które mogły mnie pogrążyć. Jednak to nie Max był tym czym się przejmowałam. Moje relacji ze Starszym Pokoleniem były co raz gorsze. Nie to, żeby nie widzieli moich starań i postępów. Chodziło bardziej o to, że nie widzieli nic poza tym. Nie widzieli tego jak harowałam dniami i nocami, ślęczałam nad książkami, uczyłam się, trenowałam przed i po lekcjach. Bolało mnie to i nie potrafiłam zaakceptować ich ślepoty.

  - Najgorsi - warknęłam, zgniatając w reku plastikową butelkę po napoju proteinowym i rzuciłam ją za siebie. Spojrzałam w lustro. Przede mną stała wysoka, prawie szesnastoletnia dziewczyna i rozbudowanych jak na swój wiek mięśniach, zaciętym wyrazie twarzy, wściekłych, wyblakłych oczach i siwiejących włosach. Zerknęłam na zegarek. Pół do 7. Czas szykować się do szkoły. Usiadłam przy małym lusterku i wyjęłam soczewki z szuflady w biurku. Nie chciałam ich nosić, ale nie miałam innego wyjścia. Jeśli ktoś dowiedziałby się o mojej przypadłości.. Nie mogłabym dalej się normalnie uczyć, wysłaliby mnie na badania, które nie wiadomo ile by trwały. Nie, nie mogłam sobie tego w żaden sposób wyobrazić. Spojrzałam w swoje odbicie zrezygnowana. Dwa dni wcześniej malowałam włosy, które znów zaczęły tracić swoją barwę. Do tej pory wyblakła mi połowa od końcówek w górę. Reszta jeszcze się jakoś trzymała, ale pogodzona ze swoim losem oczekiwałam całkowitego ich wybielenia.

  Westchnęłam ciężko, nakładając czerwoną bluzę. Na tyłek nacisnęłam krótkie, biało-czarne spodenki, zawiązałam sznurówki adidasów i włączyłam muzykę, która buchnęła w moich słuchawkach. Zarzuciłam plecak na ramie, pozamykałam wszystkie pomieszczenia i wyszłam z domu. W szatni rzuciłam plecak w kąt, zmieniłam górną cześć ciuchów i wyszłam na plac za szkołę. Zaliczyłam kilkanaście kółek po torze, ćwiczenia rozciągające, po czym zaczęłam sobie przypominać wszystkie podstawowe ciosy, których uczył mnie Bateshi na początku, na dodatkowych lekcjach. Teraz nawet nie fatygował się, żeby chociaż zobaczyć jak mi szło. Przestał, kiedy tylko zaczęłam unikać Starszego Pokolenia. Zacisnęłam zęby, atakując wyimaginowanego przeciwnika z taką zaciętością, że po chwili wpadłam w trans.

  - Uważaj - usłyszałam. Nagle poczułam obecność dodatkowej osoby. Powinnam tu być tylko ja. Otworzyłam zaciśnięte do tej pory oczy. Pot lał się ze mnie strumieniami, słońce przygrzewało co raz mocniej. Odwróciłam się, natrafiając spojrzeniem na intensywnie różowy wzrok. - Co się stało, że trenujesz tak ciężko od samego rana? - spytał Sedori, odrzucając włosy do tyłu i podając mi wodę. Przyjęłam ją chętnie, siadając na ławce ustawionej w cieniu pod ścianą szkoły.
  - A co mam robić? - odparowałam, patrząc przed siebie. Sedori zajął miejsce obok mnie, poprawiając uprzednio sukienkę.

  - Gabriell i Eva powiedzieli mi, że dziwnie się zachowujesz. Nie jesteś taka jak wcześniej, wszyscy to zauważyliśmy - powiedział. - Hej, co się dzieje? Shion, wiesz, że możesz mi powiedzieć wszystko - położył mi dłoń na ramieniu. Cmoknęłam niezadowolona, słysząc co mówili o mnie przyjaciele. Wiedziałam, że widzieli co się ze mną działo, tylko ślepy by nie zauważył, ale musieli o tym gadać ze Starszym Pokoleniem?

  - Xenzetsu.. - mruknęłam. - Ktoś gadał o tym z Xenzetsu? - Sedori spojrzał na mnie, po czym pokiwał głową. - Kto?

  - Olivier - odpowiedział po chwili. - Mówił, że jesteś jakaś nieobecna. Że często mówisz do siebie. Że znikasz na całe dnie. Że unikasz wychodzenia z domu z kimkolwiek. Że jesteś ciągle zmęczona. Że zachowujesz się jak nie ty. Jesteś ponura, mrukliwa, ciągle się wściekasz.. Że to co jeszcze niedawno cię cieszyło, teraz nie ma dla ciebie znaczenia - powiedział. Przetarłam dłonią twarz, wdychając głęboko. - Wszyscy wyrazili już zgodę na indywidualne lekcje ze Starszym Pokoleniem. Zostałaś tylko ty. Kiedy usłyszymy twoją decyzję kochana? - spojrzał na mnie zmartwiony. Nie musiałam na niego patrzeć, żeby wiedzieć jaki miał wyraz twarzy. Zatroskana matka martwiąca się o swoje dziecko.
  - Już niedługo. Jeszcze tylko trochę. Dajcie mi tylko trochę czasu..

  - Ile? Ile czasu jeszcze potrzebujesz? - przerwał mi niski, dudniący głos. Niechętnie odwróciłam głowę. Bateshi stał wsparty o framugę i łypał na mnie nieprzyjaźnie. - Nie sądzisz, że trochę za długo już to trwa? Skończ wreszcie te swoje zabawy i obrażanie się. Skup się na szkole. Obijasz się całymi dniami i myślisz, że wszystko ujdzie ci na sucho? - warknął, stając przede mną. Moje serce w tym momencie zamieniło się w idealny diament. Stało się twardsze niż skała, zimniejsze niż lód. Moje oczy wyrażały tyle co nic. Obijam się..

  - Nie jestem obrażona. Po prostu przejrzałam na oczy - posłałam mu zimny uśmiech i wstałam. - Myślcie sobie co chcecie, ale najpierw spójrzcie na moje wyniki egzaminów. Wtedy będziemy mogli pogadać - warknęłam, patrząc beznamiętnie na Bateshi'ego. Weszłam na salę gimnastyczną i przystanęłam słysząc kontynuację rozmowy.

  - I coś ty narobił? - westchnął Sedori. - Dobrze mi szło. Już prawie normalnie z nią rozmawiałem. Musiałeś się wtrącić?

  - Przepraszam - westchnął Bateshi. - Wiesz, że nie umiem normalnie rozmawiać z nikim, oprócz ciebie. Wkurza mnie to już. Bardzo ją lubiłem, kiedy tu wreszcie dotarła, ale stała się taka.. Zamknięta w sobie i ponura. Nigdy jej nie ma. Co z tego, że jest najlepsza na egzaminach, skoro jej to nie cieszy? To, że tak znika i się zmienia.. To nie jest normalne ani naturalne - jego głos się załamał. Usłyszałam głośny wdech. - Nie wiem co ona musi robić, kiedy znika, żeby mieć takie wyniki. Ona się przepracowuje. Widziałeś jak ona wygląda? Trup. Nie dość, że nieświadoma, to jeszcze osłabiona. Czy ona w ogóle coś je?

  - Nie wiem, Bat, nie wiem - westchnął Sedori. - Wszyscy wiemy, że jest z nią co raz gorzej.. Poza tym..

  Reszty nie usłyszałam, wychodząc z sali na korytarz. Co chcieli osiągnąć? Takim zachowaniem i takimi metodami na pewno mnie nie pocieszą ani nie zmuszą do ponownej zmiany. Bez słowa minęłam dziewczyny z klasy i weszłam do szatni. Zgarnęłam plecak i ignorując wołanie Evy i groźby Reb, wyskoczyłam przez okno na korytarzu. Miękko wylądowałam na trawie i poszłam prosto przed siebie. Byłam teraz jak takie małe dziecko wojny. Sama, zdana na siebie, wybierająca walkę zamiast poddania się. Wzbiłam się w powietrze i poleciałam w stronę apartamentowca. Zostało około 2 tygodnie do końca sierpnia. Tyle mi wystarczyło na odpoczynek. Usiadłam przy biurku i zaczęłam pisać. Nikt tu nie przyjdzie. Jeśli nadal próbowali mnie szukać, to na pewno nie tu. Zbyt często tu zaglądali, kiedy uciekałam i teraz wszyscy, oprócz jednej osoby, myśleli, że prawie nie bywałam w domu. Złożyłam ręcznie pisaną notatkę na dwa i położyłam ją na stoliku, który ustawiłam tuż przed drzwiami windy. Ktokolwiek tu przyjdzie, przekaże moją wiadomość dalej, nie było innej możliwości. Wyciągnęłam z szafy ogromny plecak kupiony ostatnio i zaczęłam upychać do niego swoje rzeczy. Dwie koszulki, bluza, krótkie spodenki, dresy, kilka par skarpet, bielizna, szczoteczka do zębów, szczotka do włosów, dwa noże - duży i mały, dużo sznurka, koc, kilka paczek zapałek i adidasy. Westchnęłam głęboko. Szybko zrzuciłam z siebie ciuchy i nałożyłam czarną bluzę i spodnie moro. Pobiegłam do przedpokoju. Wcisnęłam stopy w glany i szybko je zawiązałam. Ktoś jechał windą, zaraz tu będzie. Chwyciłam plecak i zarzuciłam go sobie na plecy. Nałożyłam na głowę czapkę z daszkiem i spojrzałam na drzwi windy przelotnie, uśmiechnęłam się. Wiedziałam kto jedzie. Weszłam na parapet, chwyciłam obiema dłońmi o framugę i wystrzeliłam jak z procy. Rozłożyłam skrzydła i poleciałam w górę. Przycupnęłam na gzymsie ogrodu mamy ulokowanym na dachu. Słyszałam jak chodził nerwowo to w jedną, to w drugą stronę. Pewnie czytał notkę. Po chwili podbiegł do okna, wołając mnie po imieniu. Też sobie moment na odwiedziny wybrał. Ten głos.. Pomyliłam ich aury. Prychnęłam. Ktokolwiek by to był, Oli czy Xen, nie zamierzałam wracać. Xenzetsu chyba wyczuł gdzie byłam, bo usłyszałam szybkie kroki i po chwili mężczyzna wypadł przez okno, rozkładając skrzydła. Wystrzeliłam jak z karabinu, znikając z zasięgu wzroku Xenzetsu. Nie zorientował się nawet gdzie, kiedy i jak, bo ten ułamek sekundy, który on poświęcił na wyskoczenie z okna, rozłożenie skrzydeł i wyregulowanie lotu, ja wykorzystałam na ucieczkę. Włosy powiewały na silnym wietrze, zasłaniając ni widok. Odrzuciłam je do tyłu, związując gumką grzywkę. Minęłam swoją jaskinię i poleciałam dalej. Teraz nawet Matthias nie mógł wiedzieć gdzie byłam. Nie mógł. Nikt nie mógł. Musiałam lecieć dalej, za następne miasto albo i dalej, i dalej. Wyleciałam za granicę stolicy, minęłam kilka wsi i jedno większe miasteczko, po czym zawisłam nad ogromnym, ciemnym lasem. Uśmiechnęłam się, nurkując w ciemnozielonym morzu. Kiedy stanęłam na ziemi, zrozumiałam, czemu na tabliczce przy wejściu było napisane 'Zagrożenie! Nie wchodzić'. Było ciemno i trochę strasznie. Miałam nadzieję, że las przyjmie mnie jak swojego. Oboje tacy sami. Oboje uparcie trwający. Oboje twardo trzymający się swojego i niedający się zmienić. Opuszczeni przez swój upór. Uśmiechnęłam się szeroko i ruszyłam przed siebie. Drzewa trzeszczały cicho, liście szumiały, a między dźwiękami natury, nienaturalne tutaj, ludzkie kroki. Moje kroki. Poczułam nagle irytujące burczenie w brzuchu. Odłożyłam plecak, wyjmując z niego duży nóż i z trybu turysty-uciekiniera przełączyłam się na tryb myśliwego. Zamiast stawianych na oślep kroków - wyważone, ciche, ale szybkie. Pstryknął jakiś włącznik w mojej głowie i włączyły się moje niedawno odkryte, zwierzęce instynkty. Wszystkie zmysły miałam wyostrzone, ruchy zwinniejsze, a umysł skupiony na jednym - jedzeniu. Usłyszałam szum wody. Rzeka. Woda. jeśli woda, to niedaleko powinny być też zwierzęta. Jako drapieżnik mięsożerca z gatunku shionowatych, popatrzyłam w tamtym kierunku. Gdybym była normalna, uśmiechnęłabym się widząc zająca, który pił akurat wodę. Ale ja normalna nie byłam, więc podkradłam się do drzewa i złapałam mocniej rękojeść noża. Powoli i cicho podeszłam do zwierzęcia. Będąc trzy metry od niego, wycelowałam, łapiąc nóż za czubek ostrza i w odpowiednim momencie rzuciłam. Po roku intensywnych ćwiczeń, upolowanie zająca było dziecinnie proste. Wyrwałam nóż ze zwierzęcia, wyczyściłam go porządnie i ruszyłam z powrotem do swojego plecaka. Zarzuciłam go na plecy i ruszyłam na poszukiwanie dogodnego miejsca na nocleg. Po drodze zbierałam potrzebne gałęzie i inne łatwopalne rośliny jak suchy mech na przykład. Szłam wzdłuż strumienia i kiedy już miałam się poddać i rzucić wszystko na ziemię tam gdzie stałam, zauważyłam drzewo na drugim brzegu. Nie jakieś zwyczajne, bo takich było tu na pęczki, tylko idealne dla mnie. Ogromne, rozłożyste, wysokie i miało dużo gałęzi, więc idealnie nadawało się na kryjówkę i punkt widokowy. Jego korzenie tworzyły łuk, który w najwyższym punkcie osiągał około metra nad ziemią. Przeskoczyłam nad strumieniem i rozejrzałam się. Położyłam swoje rzeczy obok korzeni, po czym pobiegłam do najbliższego dość rozłożystego, choć cienkiego drzewa. Ogołociłam je z gałęzi, które po chwili leżały przywiązane do korzeni, tworząc prowizoryczny dach i przednią ściankę mojego tymczasowego 'pokoju'. Jedną gałąź zostawiłam luźniej umocowaną, tak, żeby powstało wejście z prowizorycznymi drzwiami. Resztę zrobiłam z otaczającej mnie ziemi. Używając mocy, przesunęłam i umocowałam wały ziemi na korzeniach. Pokiwałam zadowolona głową. Wrzuciłam swoje rzeczy do środka, wzięłam nóż i paczkę zapałek i wróciłam przed szałas. Rozpaliłam ognisko i podkładałam drzewa, póki nie było wystarczająco duże, żeby można było nad nim coś upiec. Kiedy miałam już pewność, że ogień nie zgaśnie, zasiadłam do zająca. Obdarłam go ze skóry i podzieliłam jego mięso na części tak, żeby w każdym kawałku znajdowała się choć jedna większa kość. Jeden z kawałków nadziałam na dość gruby patyk i usiadłam przy ognisku. Piekłam swoje jedzonko, co jakiś czas dorzucając drewna do ognia. Nie zauważyłam, kiedy zrobiło się już ciemno. Jedynym źródłem światła było moje ognisko. Sprawdziłam jak miewa się mój zajączek, po czym stwierdziłam, że nadaje się już do jedzenia. Ugryzłam go i przeżułam dokładnie. Trochę gumowy i bez smaku, ale dało się przeżyć. Ważne, że jakieś jedzenie to było. Nagle wyczułam, że ktoś się zbliżał. Jedną ręką trzymałam jedzenie, drugą kontrolując wodę ze strumienia, zagasiłam ognisko. Kiedy już to zrobiłam, mocą rozgoniłam parę wodną i dym, pozbierałam swoje nieliczne rzeczy i uciekłam do szałasu. Jeśli nie była to mama, tata, Xenzetsu, Oli albo Eva, to ktoś kto się zbliżał nie mógł mnie wyczuć. Chwyciłam pewniej nóż i patrzyłam przez szparę między gałęziami. Oddychałam głęboko, powoli i cicho, tak jak sama się tego nauczyłam. Złapałam broń ostrzem w dół, przykucnęłam powoli i czekałam. Po kilku chwilach usłyszałam kroki. Ciemność utrudniała identyfikację osobnika, ale wyczułam tą specyficzną energię, to specyficzne zachowanie zdradziło mi tożsamość demona błąkającego się po lesie. Bał się, czułam jego przyspieszone bicie serca. Rozglądał się na boki, nerwowo ściskając pasek plecaka narzuconego na ramię. Ledwo powstrzymałam się od śmiechu, kiedy podskoczył przerażony. Spojrzał w górę. Podążyłam za jego wzrokiem.
  - Wiewiór, ty mały podły pojebie z drzewa, nie strasz - warknął Cherry, a ja o mało nie parsknęłam śmiechem. Spojrzał na drzewo, pod którym się kryłam i poszedł dalej. Kiedy zniknął z zasięgu mojego wzroku i słuchu, odłożyłam nóż i dokończyłam jedzenie. Po tym stwierdziłam, że chyba czas iść spać. Położyłam na nóż zrolowany koc, nałożyłam grubą bluzę, dresy i dwie pary skarpet, zdjęłam soczewki i położyłam się na mchu. Zasnęłam dość szybko, ukołysana szelestem liści poruszających się na wietrze.
  Usłyszałam ciche skrzypnięcie gałązek, które po chwili wezbrało na sile i nagle się uciszyło. Przewróciłam się na drugi bok, stwierdzając, że to wina półsnu. No, bo jak inaczej wytłumaczyć to, że widziałam ludzką sylwetkę stojącą tuż nade mną.
  Usiadłam gwałtownie i rozejrzałam się po namiocie. Wyraźnie czułam, jak ktoś głaskał mnie po głowie. Wyraźnie słyszałam, jak ktoś mówił do mnie, gdy spałam. Wyraźnie widziałam sylwetkę i świecące na biało oczy tego kogoś. Teraz, w tym momencie, uświadomiłam sobie, że jedyne co było wyraźne to to, że zaczynałam powoli wariować. Wstałam i wyszłam z prowizorycznego namiotu, rozciągając się z przeciągłym jękiem. Rozpaliłam ognisko, przepłukałam w strumieniu wczorajsze ciuchy, upiekłam kolejną porcję zająca i go zjadłam. Przebrałam się w czystą koszulkę i spodenki, a mokre ciuchy rozwiesiłam koło ogniska. Kiedy trochę wyschły, zagasiłam ogień, powrzucałam wszystkie rzeczy do namiotu, zamaskowałam go wałami ziemi i ruszyłam przed siebie. Po półgodzinnej wędrówce stwierdziłam, że to nie las, tylko jakaś walona puszcza nie do przebycia. Mimo to, szłam dalej przed siebie, choć nie zapowiadało się na to, żebym miała znaleźć coś ciekawego. Nie poddałam się. Musiałam znaleźć jakieś skały albo wodospad. Wytężyłam słuch i szukałam dalej. 'Włączyłam' swój szósty zmysł i próbowałam zlokalizować specyficzną aurę, jaką miały tylko wodospady. Zaśmiałam się cicho. Jakimś cudem udało mi się ukryć przed innymi swój talent, nie tak jak Oliemu czy Evie. Starsze Pokolenie nie wiedziało nawet, że byłam na tyle uzdolniona, żeby samej rozwijać swoje umiejętności poprzez ucieczkę przed nimi. Usiadłam na kamieniu odrobinę zmęczona. Szłam już drugą godzinę i nie, polecieć nie mogłam, bo zostawiłabym za sobą specyficzny szlak. Tak jak zwierzęta wyznaczały ścieżki zapachem, tak demony potrafiły znaleźć kogoś właśnie przez podążanie za ścieżką wytyczona przez jego moc. Westchnęłam, opierając łokcie o kolana. Pomyślałam, że dość już się nachodziłam. Usiadłam na ziemi w pozycji otwartego lotosu, zamknęłam oczy i skupiłam się na energii ziemi i powietrza. tego też nikt nie wiedział. Wyczuwałam drżenie obu tych przestrzeni. Osobno lub razem. Blisko i daleko. Mój zasięg wynosił teraz 5km i 539m. Jeśli kiedykolwiek będę jeszcze normalnie rozmawiać z mamą, tatą albo Xenzetsu, to rzucę im swój dzienni, żeby go przeczytali, bo sama nie spamiętałabym wszystkiego, czego nauczyłam się sama z siebie.
  Siedząc ze skrzyżowanymi nogami i dłońmi położonymi na kolanach wewnętrzną stroną do góry, ponownie rozszerzyłam swój zasięg. Uśmiechnęłam się lekko, kiedy cyferki z 5,539km przeskoczyły na 5,548km.

  - Mam cie - warknęłam. Na 2 kilometrze wyczułam wodospad. Wysoki jak na standardy tego co tu zwykłam widzieć. Kiedy już miałam wycofać 'skaner', wyczułam coś jeszcze. - Co on tu jeszcze robi? - szepnęłam, otwierając oczy. Przy wodospadzie wyczułam coś jakby aurę Cherry'ego. Nie byłam pewna, bo moc wodospadu zakłócała moje odczyty. Zastanowiłam się chwilę. Wodospad wydawał się godny ewentualnego złapania po prawie dwóch dobach od ucieczki. Poza tym, gdybym wytłumaczyła Cherry'emu czemu uciekłam, powinien zrozumieć. Był jak starszy brat, który dotrzyma tajemnicy, bo wie, że dam sobie rade i w końcu wrócę do domu. Rozłożyłam skrzydła i zamachałam nimi. Przeszedł mnie przyjemny dreszcz. Popędziłam w stronę wodospadu. Leciałam tuż nad ziemią, gdzie powietrze było najrzadsze. Czułam trawę łaskoczącą mnie po odkrytych łydkach i przedramionach. Zatrzymałam się za drzewem położonym najbliżej rzeki, po czym szybko schowałam skrzydła. Spojrzałam w stronę wodospadu i rzeczywiście, leżał koło niego mój znajomy z wojska. Odczekałam chwilę i zaniepokojona podeszłam w stronę mężczyzny. Coś musiało być nie tak. Byłam w miarę głośno, wiec nawet śpiący zauważyłaby, że jestem niedaleko. Znając Cherry'ego już stałby obok i wypytywałby się co tu robię, a tak się nie działo. Z daleka wyczułam nieregularny rytm jego serca, więc zamiast dalej się skradać jak debil, popędziłam w jego stronę. Przeskoczyłam go i uklękłam. Gdy tylko mnie zauważył, uśmiechnął się blado i próbował wcisnąć mi jakąś torbę, każąc mi się nie przejmować jego stanem, tylko lecieć z tym do mojej mamy. Takiego wała. Odłożyłam torbę na bok i potarłam jedną dłoń o drugą tworząc skaner z mocy. Przejechałam rękoma tuż nad ciałem mężczyzny, nie mając odwagi go nawet dotknąć. Po chwili odsunęłam ramiona od niego z ciężkim westchnięciem. Musiałam się uspokoić, żeby nie zrobić mu większej krzywdy. Cherry miał połamane trzy żebra. Nie dziwiłam się teraz czemu nie leżał na plecach. Całe szczęście, że go nie ruszyłam. Niestety oprócz złamanych żeber, w jego ciele znajdowała się trucizna, która wykańczała go powoli i boleśnie. Zacisnęłam zęby i zamknęłam oczy, koncentrując się na jak najmniej bolesnym i jak najbardziej dokładnym usunięciu trucizny. Kropelki brunatnofioletowej mazi powoli z niego wypływały. Czułam jak wraz ze zmniejszającą się ilością trucizny w jego ciele, jego puls i rytm całego ciała stabilizowały się. Kiedy skończyłam usuwać bezpośrednie zagrożenie życia, przeskoczyłam nad mężczyzną, nie mogąc już wytrzymać widoku jego twarzy wykrzywionej w grymasie cierpienia. - Nie ruszaj się, Cherry. Zagryź to - powiedziałam, przechylając się nad nim i wkładając miedzy jego zęby pasek od torby. Posłusznie zacisnął na nim szczeki, a ja przytrzymałam go delikatnie na ramię. - To może trochę zaboleć. Gotowy? - spytałam, krzywiąc się na samo wyobrażenie cierpienia Cherry'ego, który teraz zdołał tylko lekko kiwnąć głową. Najdelikatniej jak potrafiłam przyłożyłam palce do jego pleców, nie siląc się nawet na zdjęcie jego koszulki, po czym zamknęłam oczy. Nitki mojej mocy, niczym przedłużenie palców, wśliznęły się w jego ciało, które zadrżało pod moim dotykiem. Zacisnęłam zęby, ale nie przestałam. Odszukałam pierwsze złamane żebro i szarpnęłam gwałtownie, nastawiając je jednym ruchem. To samo zrobiłam z drugim. Usłyszałam lekki syk, który po chwili przybrał na sile. Skrzywiłam się. Trzecie żebro było prawie zupełnie pogruchotane. Czułam, że teraz liczy się czas. Szybko szarpnęłam największą część kości i jedną z nitek ją przytrzymałam. Pozostałymi czterema starałam się jak najszybciej i najdokładniej poskładać resztę do kupy. To było jak układanka z tysiąca puzzli. W końcu udało mi się złożyć największe kawałki, które mogłyby grozić przebiciem płuc i oplotłam je mocą ciaśniej i większą ilością warstw mocy niż pozostałe dwa. Podczas całego zabiegu Cherry starał się zachowywać jak na twardziela przystało, ale pod koniec mocno syczał. Raz nawet krzyknął. Nie dziwiłam mu się, a nawet go podziwiałam. Nie miałam wątpliwości, że na jego miejscu nie wytrzymałabym takiego bólu, a bolec musiało piekielnie. Kiedy skończyłam, poklepałam go po ramieniu. - Skończyłam, Cherry. Mam nadzieje, że wszystko będzie dobrze - powiedziałam, klękając przed nim. Wypluł pasek od torby, kiedy przecierałam delikatnie jego twarz koszulką. Cherry uśmiechnął się słabo, dysząc ciężko. Był strasznie blady, miał cienie pod oczami. Zabolało mnie serce. Nie tak powinien wyglądać.

  - Dzięki mała. Jesteś wielka - zdążył szepnąć, zanim stracił przytomność. Uśmiechnęłam się. Już nic mu nie zagrażało, a jego ciało potrzebowało odpoczynku. Zaraz po tej myśli spoważniałam i zrobiłam się bardziej czujna. Zbliżali się. Cały oddział. Wstałam szybko i wbiegłam miedzy drzewa. Oddalałam się w miarę jak głosy nawołujące Cherry'ego zbliżały się do mojego nieprzytomnego kolegi. Schowałam się za jednym z drzew i patrzyłam z daleka jak podbiegają do niego pierwsi koledzy i klękają przy nim. Jeden z nich, widocznie starszy i najpewniej wyższy rangą od reszty, powiedział coś do idącego obok.. Daddy'ego? Olbrzym przyklęknął obok nieprzytomnego kolegi i przejechał ręką tuż nad jego klatka piersiową. Podniósł powoli głowę i rozejrzał się. Jego oczy prześliznęły się po mojej sylwetce i jedynie lekko uniesione kąciki ust wskazywały na to, że mnie zauważył. Westchnęłam cicho, kiedy Daddy wziął Cherry'ego na plecy. To oznaczało, że nie dolegało mu nic poważniejszego i mogłam się w spokoju oddalić. Odwróciłam się i już miałam zrobić pierwszy krok, gdy nagle..

  - Stać! - usłyszałam wrzask. Posłusznie stanęłam w miejscu i uniosłam ręce do góry. Z jednym czy dwoma dałabym sobie radę, ale ich było o wiele za dużo. Otaczali mnie z każdej strony. Teraz jedyna wolna przestrzeń znajdowała się pode mną i nade mną. Nie mogłam nawet spróbować uciekać. I tak wiedziałam, że złapaliby mnie. Nagle krąg rozstąpił się i między demonami przeszedł koleś większy od Daddy'ego. Nie wierzyłabym, gdyby ktoś mi powiedział, że tak się da, a teraz proszę, stał przede mną żywy dowód. Ręce trzymał założone za plecami. Wątpię czy wyczuwał we mnie jakiekolwiek zagrożenie skoro sięgałam mu co najwyżej do połowy ramienia. Spojrzał w dół i uśmiechnął się do mnie.

  - Opuśćcie broń chłopcy.. Chyba, że boicie się małej dziewczynki - powiedział dudniącym głosem, niższym niż ten Daddy'ego. Usłyszałam odgłos składanej broni i cichych pomruków zgody. - Co tu robisz, mała? Zgubiłaś się? - spytał, a ja pokiwałam głową, nie podnosząc wzroku. Widziałam go wcześniej, on widział wcześniej mnie, mijaliśmy się parę razy, kiedy byliśmy na wycieczce z klasą. Mógł mnie rozpoznać. Mógł donieść o wszystkim mamie i reszcie kadry. - Możesz puścić ręce, nic ci nie zrobimy. Jesteśmy..

  - Z Wyższej Szkoły Wojskowej z Sześcioramiennych, wiem - warknęłam, zanim zdążyłam się powstrzymać. Zacisnęłam zęby. Miałam ochotę sobie przywalić. Na siłę zrobiłam zawstydzoną minę i zaczęłam wykręcać palce. - Wiem, bo was podziwiam i byłam u was na wycieczce - powiedziałam z lekkim uśmiechem. Ugh, zaraz się porzygam. Tak dawno się nie uśmiechałam. Trochę wyszłam z wprawy. - Chciałabym kiedyś do was dołączyć i...

  - Miło mi to słyszeć, Shion - usłyszałam głos Daddy'ego, który wszedł do kręgu i stanął obok swojej większej wersji. Spojrzałam na niego zaskoczona.

  - Daddy, gdzie Cherry? - spytałam rzeczowo, po czym poczułam, że w tym momencie popełniłam największy błąd jaki mogłam. Usłyszałam trzask broni i znów byłam na celowniku wszystkich wokół.

  - Daddy, kim ona jest, skąd wiesz jak się nazywa, skąd ona wie jak TY się nazywasz, skąd zna Cherry'ego i co, do jasnej cholery, ona robi sama w tym lesie? - spytał olbrzym przez zaciśnięte zęby.

  - Ja wszystko wyjaśnię, panie.. - zawiesiłam się, patrząc na Daddy'ego, prosząc niemo o podanie chociażby nazwiska tego kolosa, ale mój kolega się nie odezwał. Na jego ustach zagościł jedynie lekki uśmiech wyższości. Potrząsnęłam głową. A wiec to tak się bawimy? Dobra. - Proszę mnie posłuchać, ja naprawdę mogę wszystko wyjaśnić..

  - W takim razie gadaj. Co tu robisz i czemu nas podglądasz? - spytał, a ja nie zdążyłam się powstrzymać i cicho się zaśmiałam. Zabrzmiał jak zbzikowana nastolatka. - I ostrzegam, że potrafię wykryć kłamstwo, nawet bez użycia mocy..

  - Nie umiesz - przerwałam mu. - Nie ma czegoś takiego jak 'wykrywanie kłamstw mocą', tak jak nie istnieje już szansa na twój awans - warknęłam, zwracając ku niemu oczy. Założyłam ręce na piersiach. Spojrzałam na niego pierwszy raz w życiu i dobrze zrobiłam. Myślałam, że jest twardy, bezwzględny. Błąd. Był niepewny jak nikt. I słaby, bardzo słaby. Widziałam to w jego oczach. - Pytasz kim jestem. Jestem osobą kochającą przyrodę i postęp w niektórych dziedzinach. Jestem też osobą wybuchową, impulsywną i agresywną. Uwielbiam, a raczej uwielbiałam wiele rzeczy. Wiesz czemu teraz już mnie to nie cieszy? Zostałam ostatnio zdradzona przez najbliższych, więc uciekłam, żeby odpocząć od wszystkiego - powiedziałam beznamiętnym głosem, popierając brodę o prawą dłoń. Facet stał, zaskoczony moim tonem i słowami, które były pozbawione jakiegokolwiek szacunku. - Cherry i Daddy to moi znajomi od czasu wycieczki po waszej placówce. Znalazłam ledwo dychającego Cherry'ego nad brzegiem stawu, wiec wyciągnęłam z jego ciała truciznę, poskładałam mu żebra, a on zemdlał i wtedy usłyszałam was. Zaczęłam uciekać, bo wiem, że zaciągnęlibyście mnie z powrotem do domu. Niestety, ups, znaleźliście mnie. Myślę, że Daddy zataiłby przed wami to, że uratowałam Cherry'ego i gdyby nie tamten żołnierzyk, to nie wiedzielibyście nawet, że tu byłam i dowiedzielibyście się dopiero w bazie - wzruszyłam ramionami. - Jak masz na imię mięśniaku?

  - John - powiedział odruchowo wielkolud. Kiwnęłam głową.

  - Dobra, John. Udamy, że nic tu się nie stało. To wszystko - zatoczyłam łuk ręką - nie miało miejsca. Znaleźliście nieprzytomnego Cherry'ego i wróciliście od razu do obozu. Mnie tu nie było, tej rozmowy nie było, nic się nie wydarzyło. Jasne? - spojrzałam po demonach stojących naokoło. Nieliczni nadal trzymali mnie jeszcze na muszce, ale nikt nic nie powiedział. Zacisnęłam pięści, splotłam ręce za plecami, wzięłam głęboki oddech i wrzasnęłam mocnym głosem, o który sama się nawet nie podejrzewałam: - Pytam czy to jasne!?

  - Tak jest! - odpowiedzieli, prostując się. John rozejrzał się zdezorientowany. Po chwili rozległy się głosy niektórych zszokowanych demonów. - Panie dowódco, to nie tak.. Ja.. Nie wiem czemu. Nie zrobiłem tego.. To było mimowolne.. - słuchałam mieszających się głosów trochę przestraszona, ale nie dawałam sobie tego po sobie poznać. Jak mi się to udało? Zmusiłam się do zachowania kamiennej maski, choć najchętniej bym stąd uciekła.

  - Także.. Jeśli ktoś doniesie mojej matce czy komukolwiek ze Starszego Pokolenia gdzie jestem, to dowiem się kto to zrobił i ten ktoś nie będzie miał spokojnego życia. Już ja się o to postaram - warknęłam, patrząc twardo w oczy Johna, który nerwowo przełknął ślinę. Co się dzieje? Czemu oni tak się zachowują?
- Mogę już sobie iść? - spytałam marudnym głosem, patrząc na Daddy'ego, co najwyraźniej ugodziło ego Johna.

  - Hej, ale..

  - Zamknij się, John - warknął Daddy. - Zabawa w dowódcę się skończyła. Zjechała cię szesnastoletnia dziewczyna, która potrafiła w kilka minut przyporządkować sobie twoich ludzi tak, jak ty nigdy nie umiałeś. Koniec udawania wszechmocnego, nie sądzisz? - reszta demonów pokiwała głowami, zgadzając się z Daddy'm. Spojrzał po twarzach zebranych. - Lećcie do obozu i powiedzcie naczelnikowi, że przyjdę do niego jak tylko wrócę. Chcę z nią jeszcze trochę pogadać - powiedział, patrząc na mnie. Przewróciłam oczami, ale posłusznie poczekałam aż reszta odleci.

  - To co? Idziemy do mnie? - wymusiłam uśmiech i zażartowałam, chcąc rozproszyć ciężką atmosferę.

  - Nie udawaj Shion. Co się dzieje? - spytał, patrząc na mnie z troską. W moim umyśle zapaliła się czerwona lampka. Pokręciłam głową. - Czemu masz przezroczyste tęczówki i białe włosy? To soczewki i farba czy co?

  - Tak. Chciałam coś w sobie zmienić - mruknęłam się lekko, z całych sił powstrzymując łzy. - Wiem, że wyglądam strasznie..

  - No trochę..

  - Miałeś zaprzeczyć - zaśmiałam się słabo. - Co się dzieje w stolicy? Wiesz coś?

  - Czemu uciekłaś? - spytał, ignorując moje pytania.

  - Bo tak mi się podoba - powiedziałam, podpierając ręce o biodra i odrzucając włosy do tyłu. Po chwili opuściłam ręce i pokręciłam głową. Schowałam dłonie do kieszeni, zaciskając je w pięści. - Nie no, tak się wygłupiam. Po prostu 5 miesięcy temu usłyszałam coś, czego nigdy nie powinnam usłyszeć. Powinnam żyć w błogiej niewiedzy, a tak znam gorzką rzeczywistość - westchnęłam, rozkładając ramiona. - Pomyślałam, że skoro są wakacje, to mogę z nich skorzystać, więc spakowałam się i wykur... - odchrząknęłam, chcąc ukryć próbę przekleństwa. - I uciekłam.

  - Wiesz jaki jest teraz chaos przez ciebie? - spytał Daddy, wyraźnie zły. Napięłam wszystkie mięśnie. - Wiesz ile kłopotów przysparzasz innym? Twoi rodzice wariują, Starsze Pokolenie szuka się w każdej chwili wolnej, ciągając ze sobą twoich przyjaciół. Rozesłali twoje zdjęcie po całym kraju. Nie wiem co zrobiłaś z włosami i oczami, ale to nie pomoże ci od ucieczki przed byciem demonem, księżniczką, a potem królową.

  - Nie rozumiesz, że ja nie przed tym uciekam? - zawołałam, pękając. - Chcę mieć dwa pieprzone tygodnie spokoju, gdzie nikt nie będzie mnie ciągle gonił! Zostawiłam wiadomość tym pieprzniętym hipokrytom, że wrócę za dwa tygodnie, więc powinni uszanować moją decyzję! Skoro napisałam, żeby mnie nie szukali, bo wrócę, to powinni to uszanować! Jeśli boją się mnie samej zostawić na dwa tygodnie to świadczy o tym, że mi nie ufają! A skoro mi nie ufają już teraz, to jak będą mogli mi zaufać, kiedy zostanę królową?! - wyrzuciłam mu prosto w twarz. Poczułam, że dłużej nie wytrzymam. Dumnie uniosłam głowę i spojrzałam Daddy'emu prosto w oczy. - A teraz wybacz, ale czas na mój trening, bo jak widzisz i wbrew temu co myślicie, wcale się nie obijam. Po prostu chcę zostać sama - powiedziałam, rozkładając szeroko skrzydła. Wystawiłam język do mężczyzny i pomknęłam między drzewami do miejsca, z którego wyruszyłam na pomoc Cherry'emu. Zatrzymałam się gwałtownie i delikatnie stanęłam na ziemi. Złożyłam skrzydła, uspokoiłam swoją moc i zamaskowałam ją, po czym potruchtałam w stronę swojego namiotu.

  Wodospad była już spalony jak kryjówka. Cały ten czas był spalony. Daddy na pewno wyda mnie mojej mamie. Jeśli Cherry był jak wiecznie kryjący mnie brat, to Daddy był takim ojcem, który nie umie utrzymać tajemnicy przez matką. Wiedział o mnie cały oddział.

  Zaraz po powrocie do namiotu, złożyłam wszystkie rzeczy, jednym gwałtownym ruchem ręki zburzyłam całą konstrukcję, zostawiając drzewo w nienaruszonym stanie i odleciałam. Wzleciałam wysoko, trochę nawet za wysoko, ale nie przejęłam się tym zbytnio. leciałam przed siebie i nikt nie mówił mi jak mam to robić. Teraz już wiedziała, że to jedyny sposób na stanie się najlepszą i potężną. Wystarczyło podążać za sobą, za swoim sercem i rozumiem, za swoimi wyborami, a nie za wskazówkami innych. Uśmiechnęłam się, a po moim policzku spłynęła kryształowo czysta łza. Przyspieszyłam, pędząc w stronę stolicy.


***

Czy Shion właśnie wraca do domu?
Czy uda jej się pogodzić ze Starszym Pokoleniem?
Co się stanie dalej?
Tyle pytań, a odpowiedź rozłożona na kilka rozdziałów.
Aco. Mogę. XD
Miłego. ♥