Tak jak mówiłam, jest rozdział 16.
Jest fajniejszy od 15 i więcej się w sumie dzieje.
I jest fajnie. No.
Więc.. Tak, no.
Jem płatki.
Przepraszam, że wstawiam 4 dni po terminie, ale cały weekend byłam zalatana.
PFA4 było świetne, 9/10 polecam.
***
Otworzyłam oczy. Ciemno, ale powoli już
się przejaśniało. Przez okno wpadało nikłe, blednące już światło księżyca.
Przekręciłam się na drugi bok. Leżałam na kanapie. Reszta zajęła podłogę,
mówiąc, że skoro jestem dziewczyną, to mam mieć wygodnie. Z ich strony
dobiegały do mnie miarowe, spokojne oddechy. Wszystko zdawało się nieruchome,
uśpione, spokojne.. Wydawało się normalne. Ale tylko się zdawało. Każdy z nas
leżał i czekał. Nie musiałam wstawać i zapalać światła, żeby wiedzieć, że
wszyscy mieli otwarte oczy. Nikt się nie ruszał. Nikt się nie odzywał. I tak
samo, nikt nie spał. Wszyscy mentalnie przygotowywali się na swoją pierwszą w
życiu bitwę.
-Nadchodzą - głos Xenzetsu przeciął
ciszę. Nasz mentor wstał, a my zaraz za nim. Zjedliśmy przygotowane wieczorem
kanapki. Atmosfera w pokoju była jakby podniosła, nikt nie ważył się nawet
zapalić światła. Zamknęłam się w łazience. Dopiero tam pstryknęłam włącznikiem.
Światło oślepiło mnie na kilka sekund. Przeciągnęłam dłonią po specjalnym
stroju do walki rekrutów, który leżał przygotowany na pralce. Wyglądał trochę
jak kombinezon z materiału na legginsy, ale widziałam jego testy. Tego
cholerstwa nie przeciął żaden byle jaki nóż. Nałożyłam go i poczułam jakbym
właśnie odnalazła swoją zagubioną, ulubioną koszulkę. Jakbym była stworzona do
noszenia tego. Nałożyłam brudnozieloną bluzę i spojrzałam w lustro. Odbicie
mówiło to, czego ja bałam się powiedzieć na głos. Byłam tym wszystkim
podniecona. Cała ta akcja.. Wydawało mi się, że to właśnie to, na co czekałam
całe 15 lat swojego życia. Wszyscy, bez wyjątku, bali się, że coś pójdzie nie
tak, że zostaną ranni, że zginą. A ja stałam teraz przed lustrem i drżałam z
ekscytacji, moje oczy błyszczały, a usta wyginały się lekko do góry, w
ukrywanym na siłę uśmiechu. Wzięłam głęboki oddech, decydując się na zrzucenie
maski. Wyszłam z łazienki uśmiechnięta od ucha do ucha i pełna życia. - Idziemy
- powiedział Xen, patrząc na mnie. Przez chwilę był lekko zmieszany, widząc mój
uśmiech, ale po chwili on i reszta chłopaków też delikatnie się uśmiechnęła.
Wyszliśmy na podwórko. Mimo powolnie przerzedzających się ciemności, widziałam
dosłownie wszystko. Każdy listek, każde źdźbło trawy..
- Whoaa.. Lepiej niż w dzień -
powiedziałam rozglądając się na wszystkie strony. Mat mruknął coś o mojej
beztrosce i bezmyślności, po czym ucichł. Przestałam się ruszać. też to
usłyszał. Kroki. Wszyscy zamarliśmy w oczekiwaniu. Ktoś do nas szedł i wcale
się z tym nie krył. Xen spojrzał na mnie wyczekująco. Kiwnęłam głową i
zamknęłam oczy.
- Sześciu.. Nie. Siedem. Siedem
aniołów. Jeden nastolatek, jeden starszy od reszty.
- Dobra robota - Xen poklepał mnie
po plecach. - Od teraz radzicie sobie sami. Mogę interweniować tylko wtedy,
kiedy zagrożone będzie wasze życie. Postarajcie się nie robić nic głupiego. Nie
mam dziś nastroju do sprzątania po wypadku - uśmiechnął się do nas złośliwie.
Mat pokazał mu środkowy palec i razem z chłopakami odwrócił się do nas tyłem.
Zerknęłam na Xenzetsu. Moje przypuszczenia się potwierdziły. Jego złośliwy
grymas przerodził się w zaniepokojenie widoczne na całej jego twarzy. Spojrzał
na mnie, a ja kiwnęłam głową, pamiętając jego słowa z wczorajszych rozmów. Xenzetsu
ulotnił się, a my zostaliśmy we czwórkę.
- Otaczają nas - ostrzegł Mat. Gin
spojrzał na mnie.
- Co robimy? - spytał lekko
uśmiechnięty.
- Czemu to mnie pytasz, człowieku?
Jestem w tej sytuacji pierwszy raz - powiedziałam zdziwiona. Gin obejrzał się w
moją stronę i uśmiechnął się z przekąsem.
- Bo jesteś naszą przyszłą królową
i myślę, że wiesz co mamy zrobić..
- Nie mam pojęcia - przerwałam mu,
ustawiając się przodem do drzew. Stanęliśmy w okręgu plecami do siebie. Z
pomiędzy drzew wyszli blondwłosi ludzie, którzy widząc nas, zasyczeli wrogo i
zamienili się w ubrane na biało istoty. Przez chwilę jedyne o czym myślałam to
to, że te istoty nie są tak piękne jak się ludziom wydawało. Przeciętna
blondynka ze sztucznym cycem była ładniejsza niż ta.. ten.. to, co przed chwilą
jeszcze miało piersi. - Na pohybel temu czemuś! - wrzasnęłam biorąc rozbieg.
Skupiłam noc w stopach, wybiłam się w górę i kopnęłam z wyskoku to, co przed
chwilą było jeszcze kobietą. Stwór odleciał w tył i natychmiast uderzył o pień
drzewa. Spojrzał jeszcze w dół zanim jego głowa opadła na pierś. - Ale jazda! -
zawołałam. - Jeden z głowy! - wrzasnęłam, wskazując na bezwładne ciało
zwisające z gałęzi. Wtedy zaczęło się piekło. Anioły z dzikim wrzaskiem rzuciły
się na nas. My rzuciliśmy się na nich, jednak jedyną, która wrzeszczała, byłam
ja. Wszystko było dobrze przez pierwszych kilka sekund. Potem sprawy zaczęły
się komplikować. Odpierałam jeden atak po drugim. Nie miałam czasu nawet
pomyśleć o kontrze, broniłam się instynktownie. Odskoczyłam, kiedy dwa
atakujące mnie anioły weszły sobie w drogę. Oddychając ciężko, zerknęłam w
stronę Davida i Gina. Stali do siebie plecami i odpierali ataki trójki aniołów.
Spojrzałam z powrotem przed siebie w momencie, w którym jeden z moich przeciwników
trafił mnie pięścią tuż pod mostkiem. Otworzyłam usta szeroko w niemym krzyku,
jednak zdołałam złapać go za nadgarstek. Spojrzał na mnie zaskoczony, a ja
wzruszyłam ramieniem. - Nie tym razem - szepnęłam, kładąc dłoń na szyi stwora.
Pokręcił głową, próbując się wyrwać. Za późno. Jego szyja wybuchła, kiedy
czarne płomyczki przeskoczyły z moich palców do jego przełyku. Sama nie
wiedziałam co się właśnie stało, ale też nie miałam zbytnio czasu się
zastanawiać. Włosy wypadające z ciasno zawiązanego kucyka powoli zaczęły mi
zasłaniać widok. Korzystając z tego, że mój drugi przeciwnik próbował pozbyć
się z oczu krwi swojego sprzymierzeńca, spojrzałam w stronę Mata. Mój brat
uginał się pod ciosami najstarszego potwora, który okazał się być
najsilniejszy.
- Mat! - krzyknęłam, chcąc rzucić się w stronę brata, ale anioł, z
którym walczyłam, złapał mnie za nadgarstek. Odwróciłam głowę w jego stronę
przerażona. Zupełnie o nim zapomniałam.
- Za mojego ojca - syknął, a
następny dźwięk, który usłyszałam, to odgłos głuchego uderzenia. Na chwile mnie
zamroczyło. Pieść anioła trafiła prosto w mój nos. Poczułam jak krew zaczyna
spływać po jego ściankach.
- O ty gnoju - warknęłam,
wymierzając cios wolną ręką. Trafiłam pięścią dokładnie w jabłko adama. Anioł
zaczął się krztusić, wbijał przerażony wzrok w ziemie, próbując złapać oddech.
Wykorzystałam jego chwile słabości i szybko kopnęłam go kolanem w brzuch, a
kiedy się schylił, próbując zredukować ból, ja wyciągnęłam zwykły nóż z buta i
wbiłam go miedzy żebra anioła. Przeciwnik runął na ziemie, a ja rzuciłam się w
stronę Matthiasa. Gin właśnie zabił jednego ze stworów i zajął się tym, który
chciał ruszyć na mnie. Poczułam gotującą się w mojej klatce piersiowej moc,
która tylko szukała ujścia. Nie czułam nic, nie miałam na to teraz czasu.
Wszystko tutaj było jednym wielkim strachem. Patrząc z przerażeniem na Mata,
który kilka kroków za sobą miał ścianę domku, czułam wielki żal do siebie, że
nie przyłożyłam się bardziej do wychowania fizycznego. Byłabym szybsza,
mogłabym być już przy Matthiasie i mu pomagać. Zaklęłam w duchu i
przyspieszyłam. Nagle odbiłam się od czegoś z impetem. Złapałam równowagę i
zdezorientowana pomacałam przestrzeń przed sobą. - Co jest?! - wrzasnęłam,
uderzając w niewidzialne coś pięścią.
- To bariera! - zawołał Xenzetsu.
Wzięłam głęboki wdech. Bariera, do jasnej cholery! Wypuściłam powietrze przez
zęby. Zamknęłam oczy, gromadząc strzępki tlącej się we mnie mocy i umieszczając
je na prawej pięści.
- A może coś jeszcze?! -
wrzasnęłam, wymierzając cios w barierę. Kilka sekund po uderzeniu spod mojej
pięści zaczęły wypełzać pierwsze małe pęknięcia, które po chwili rozrosły się,
pokrywając barierę siatką świecących rys. Kilka sekund potem runęła z głuchym
trzaskiem jak szkło. Mało mnie obchodziło teraz to czy w dotyku też była jak
szyba, mało mnie obchodziło to, że mogłabym sobie pokaleczyć nogi biegnąc po
szczątkach bariery. Na szczęście nic takiego się nie stało i już po chwili
pędziłam w stronę mojego brata, który był już przyparty do ściany. Od ostatecznego
ciosu uratowało go zniszczenie bariery. Stary anioł odwrócił się w moją stronę,
ale zaraz potem zwrócił się ku Matthiasowi. Nagle wszystko zwolniło. Powietrze
rozdarł krzyk, kiedy pazury anioła zatopiły się w skórze Mata, żłobiąc w jego
klatce piersiowej cztery pręgi. Zatrzymałam się. Czułam jak przerażenie odbiera
mi władze nad ciałem.
- Shion! Rusz się! - usłyszałam
Xenzetsu. Spojrzałam na niego z autentycznym przerażeniem w oczach, po czym
znów ruszyłam ku bratu. Nie mogłam się poddać, bo inaczej mój brat mógłby
zginąć. Xen mógłby nie zdążyć. Gdy byłam blisko anioła, odwróciłam głowę i
zamknęłam oczy, wbijając z rozpędu bark w prawą stronę jego klatki piersiowej.
Nie upadł, ale musiał zrobić kilka chwiejnych kroków w tył, żeby zachować
równowagę. Spojrzałam na ranę brata. Nie była tak głęboka jak myślałam, ale
musiała piekielnie boleć. Zwróciłam twarz w stronę anioła, ale po chwili moja
głowa i tak odleciała mi w tył, kiedy dostałam prawym sierpowym. Złapałam
Matthiasa za rękę i maksymalnie szybko wepchnęłam w niego swoją moc, po czym
wchłonęłam ją z powrotem razem z częścią jego bólu. Teraz oboje mogliśmy
walczyć. Odkręciłam się i korzystając z siły odrzutu, zmiażdżyłam aniołowi nos
pięścią lecącą po łuku niczym młot na zawodach. Coś chrupnęło, anioł zasyczał
wściekle, łapiąc dłonią pogruchotaną, ociekającą krwią miazgę. Złożyłam obie
dłonie razem, wyprostowałam palce i otuliłam je mocą formując ją coś na kształt
szerokiego ostrza, po czym wbiłam to cudo w brzuch starego stwora i pociągnęłam
je w dół. Flaki wypadły, plaskając cicho o ziemie tak jak ich właściciel, przy
akompaniamencie ogłuszającego krzyku. Matthias wyjął z buta nóż do krojenia
pomidorów i wbił go w skroń potwora, jedyną odsłoniętą cześć anioła. Krzyk
zgasł w chwili, w której Mat puszczał rękojeść. Spojrzeliśmy w stronę Davida i
Gina. Oni szli już w nasza stronę. Wszyscy ciężko oddychaliśmy. Spojrzałam na
Matthiasa, uśmiechnęliśmy się do siebie.
- No nieźle - powiedział,
zieleniejąc nagle. Kilka sekund później odbiegł kawałek, żeby zwrócić
nadtrawione lekko kanapki. Dopiero kiedy spojrzałam w niebo, rozejrzałam się, a
mój wzrok trafił na siedem poniewierających się ciał, doszło do mnie wszystko
co się stało. Emocje wróciły, pojawiając się i zamierając niespodziewanie.
Wszyscy byliśmy we krwi, w większej lub mniejszej części też swojej. Zabiliśmy
ich. Wszystkich. Zabiliśmy. Zabiłam. Zabiłam żywe istoty mające rodziny i
życia.. Nie. To wróg, który tak samo zabijał naszych. Nie wolno okazywać im
litości nawet po ich śmierci. Wróciłam do swojej w pełni ludzkiej wersji i
spojrzałam na Xenzetsu idącego ku nam. Był poważny. Matthias usiadł na ziemi
miedzy nami, zapewniając, że nie będzie już wymiotował.
- Spisaliście się na medal -
powiedział nasz nauczyciel, klepiąc mnie po głowie. Od tej chwili zapanowała
wygodna cisza. Otuleni milczeniem wróciliśmy do domku. Pan Xenzetsu chciał
zabrać chłopaków nad pobliskie jezioro, żeby się umyli, a mi zostawili wolną
łazienkę, ale wybiłam mu ten pomysł z głowy. Matthias nie mógł iść z tak
paskudnymi ranami. Nie były może głębokie, ale nie warto było ryzykować.
Wspólnymi siłami opatrzyliśmy mojego starszego braciszka. Trójka chłopaków go
trzymała, żeby nie wierzgał za mocno, a ja go zszywałam. Poszło mi zadziwiająco
dobrze i bezboleśnie jak na pierwszy raz, co nie oznaczało, że było zupełnie
dobrze. Kilka razy nie chcący pchnęłam zakrzywioną igłę za głęboko. Na
szczęście po kilkunastu minutach było po wszystkim. Mat zasnął prawie od razu
po podaniu mu środków przeciwbólowych, więc mogliśmy spokojnie go zostawić i
pójść nad jezioro się umyć. Kategorycznie odmówiłam zostania w domku i
skorzystania z łazienki. Nie chciałam teraz być sama. Jak nic bym się załamała,
poryczała albo coś jeszcze. Chwyciłam ręcznik, czyste ciuchy i dobiegłam do
chłopaków znikających miedzy drzewami. Gin mówił coś do Davida, że jeśli mu
niedobrze, to powinien wsadzić dwa palce do gardła i nie trzymać tego w sobie,
bo to toksyczne, a pan Xenzetsu komentował całą scenkę, dorzucając od siebie,
że Gin jest gotowy na bycie ojcem. Całą czwórką zgodnie się zaśmialiśmy. Szłam
na samym przodzie, dość żwawym krokiem, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Śmiałam
się z nimi, a w kącikach moich oczu niebezpiecznie czaiły się łzy. Kiedy tylko
dotarliśmy nad jezioro, David zrzucił z siebie ubranie w biegu i wskoczył do
wody. Gin zrobił to samo po wcześniejszym otrząśnięciu się z szoku po
usłyszeniu dzikiego wrzasku przyjaciela. Odłączyłam się niepostrzeżenie od
kolorowej gromady, skręcając w lewo. Weszłam w pobliskie krzaki. Tak jak
myślałam, było tam schowane łagodne zejście z każdej strony otoczone gęstymi
krzewami. Czułam, że któraś z moich nauczycielek maczała w tym palce. Zdjęłam
powoli z siebie materiał stroju bojowego i weszłam do chłodnej, prawie zimnej
wody. Zadrżałam mimowolnie. Nie przeszkadzała mi jej temperatura, tylko
przypominała o tym, że za sobą zostawiłam trójkę zabitych własnoręcznie
stworzeń, które były teraz zimniejsze niż cokolwiek, co mnie otaczało. Nie
zorientowałam się kiedy woda zaczęła mi sięgać bioder. Stwierdziłam, że nie
było sensu dalej wchodzić. Ochlapałam się wodą i zaczęłam trzeć. Najpierw
dłonią, potem kostkami, a kiedy i to nie pomogło, użyłam paznokci. Dopiero
wtedy udało mi się do końca usunąć krew ze skóry. Stanęłam spokojnie i
spojrzałam na przestrzeń przede mną. Tafla jeziora była gładka niczym lustro.
Właśnie. Lustro. Żeby umyć twarz, potrzebowałam lustra. Spojrzałam na swoje
odbicie. Nadawało się. Delikatnie zamoczyłam dłoń i zaczęłam pocierać obszar
pod nosem i naokoło ust. Jeden anioł rozbił mi nos, a drugi rozciął wargę.
Cóż.. Mogło być gorzej. Wyciągnęłam ręce do góry i przeciągnęłam się. Nagle
poczułam gwałtowny skurcz w okolicy żeber. Skuliłam się lekko, przyciskając
dłonie do bolącego miejsca. Spojrzałam w dół na swoją klatkę piersiową i
brzuch. Od mostka aż na żebra pod lewą piersią rozciągał się ogromny,
ciemnofioletowy, prawie czarny siniak. A jednak było gorzej. Miałam stłuczone
żebra. Skrzywiłam się mocno. Tylko tego mi jeszcze brakowało. Westchnęłam lekko
i pochyliłam głowę do przodu, zanurzając włosy w wodzie. Przeczesywałam je
palcami, żeby choć trochę wypłukać z nich krew. Odrzuciłam je na plecy. Nie
zauważyłam kiedy urosły mi tak długie. Sięgały mi teraz za tyłek, co było dość
dużym wyczynem przy moim wzroście. Moje włosy były naprawdę długie. Podświadomie
zrezygnowałam z myślenia o nich. Mój mózg wolał czuć się źle. Niestety nie
mogłam nic na to poradzić. Czułam się źle. Zabiłam trzy żywe stworzenia. Byli
wrogami, fakt. Mordowali naszych, fakt. Za to im się należało i w tym aspekcie
nie miałam nic do dodania, zasłużyli przez to na śmierć, ale bardziej chodziło
o to, że..
- Shion! - usłyszałam krzyk Davida,
a po nim jeszcze dwa głosy nawołujące mnie.
- Spróbujcie podejść kawałek
bliżej, a gwarantuje, że jutro będziecie śpiewać w operze głosami wyższymi od
sopranu! - wrzasnęłam, dla bezpieczeństwa stając tyłem do krzaków. Odwróciłam
nieznacznie głowę, zerkając za siebie. Odetchnęłam z ulgą, kiedy okazało się,
że jestem jeszcze zupełnie sama. Szybko wyszłam na brzeg, związałam mokre włosy
w kucyk, wytarłam ciało i ubrałam się w czarną koszulkę i szare dresy.
Rozpuściłam włosy i zrobiłam na nich turban z ręcznika. Pozbierałam swoje
rzeczy, zdjęłam ręcznik z głowy i przerzuciłam go przez ramie, pozwalając, żeby
trochę już wyschnięte włosy rozsypały się po moich ramionach i plecach.
- No nareszcie.. Już się baliśmy,
że zemdlałaś czy coś - westchnął David, kiedy wyłoniłam się z pomiędzy krzaków.
pokazałam mu język. Reka Gina otarła się o moje ramie, kiedy mijał mnie, żeby
podejść do Xenzetsu. Od razu przypomniał mi się ten martwy wyraz oczu anioła,
któremu rozsadziłam szyje. Drugi z nich powiedział, że zabiłam jego ojca. Coś
ścisnęło mnie w sercu. Podniosłam głowę do góry i uśmiechnęłam się lekko.
Wyglądałam naturalnie, ale za cholerę taka nie byłam.
Kiedy wróciliśmy do domku, każdy
zajął się swoimi sprawami. Gin zakopał się po uszy w książkach, które znalazł w
jakiejś skrzyni, David grał na PSP, które wbrew zakazom, zabrał ze sobą, a Mat
nadal spał. Xenzetsu wyszedł, mówiąc, że idzie na zwiady, żeby sprawdzić czy na
pewno nikogo poza nami tu nie ma. Wiedziałam, że tak naprawdę poszedł sprzątnąć
ciała. A ja.. Ja siedziałam nieruchomo, wpatrzona w jeden punkt. Nikt na mnie
nie zwracał uwagi, często miałam takie zatrzymania procesów myślowych.
Tymczasem ja myślałam o tym, co powiedział mi pan Xenzetsu. "To żywe
istoty. Będziesz dała radę?" czy coś takiego. Zaraz potem przypomniałam
sobie swoje słowa. "To tylko wrogowie." Miałam rację. Jeśli będę
traktowała je jak maszyny, to powinno być dobrze.
Około 17 zaczęliśmy się pakować.
Xenzetsu spał do tej pory, żeby mieć siłę prowadzić w nocy. Zapięłam zamek
torby i rozejrzałam się po salonie. Sięgnęłam po komórkę. Żadnych wiadomości.
Nie dziwiłam się. Ja też nie miałam ochoty na rozmowę. O 17.50 zarzuciłam
plecak na ramię i wyszłam z domku jako ostatnia, gasząc wszystkie światła.
Wrzuciłam swoje rzeczy do bagażnika, a po mnie swoje pakunki ustawiali w
kolejności Gin, Matthias i David. Uważali, żeby nic się nie pobiło, nie
podrapało, nie zniszczyło ani nie wybuchło. Ja miałam na to zdrowo wywalone,
więc znów zajęłam miejsce z przodu obok kierowcy. Zapięłam pasy i czekałam aż
najbardziej zorganizowany gatunek świata wtoczy się do samochodu i pozapina
pasy. Czy wszyscy mężczyźni uważają, że siedzenie na środkowym miejscu z tyłu
to jakaś ujma na honorze czy coś? Wreszcie mogliśmy ruszać w drogę. Pierwsze
kilka godzin drogi minęło w dość luźnej atmosferze. Gin czytał, oświetlając
książkę latarką, David grał na swoim PSP, a Matthias pisał z Akim. Co jakiś
czas rozmawiali miedzy sobą o czymś, czego ja nie słyszałam siedząc z przodu ze
słuchawkami na uszach. Siedziałam zwrócona ciałem do okna i patrzyłam na widoki
za nim. Widoki w sumie były marne, bo robiło się co raz ciemniej, ale nie
chciałam patrzeć przed siebie. Widziałabym wyraźnie jak Xenzetsu zerkał na mnie
z niepokojem, a teraz przynajmniej mogłam udawać, że niczego nie zauważałam.
Czasem patrzyłam we wsteczne lusterko albo zerkałam do tyłu przez lewe ramie,
starannie omijając wzrokiem nauczyciela.
Najwcześniej, bo o 20 padł
Matthias. Wciąż był wykończony bólem i nikt nie miał mu tego za złe. Rany, choć
płytkie, były długie, a klatka piersiowa jest dobrze unerwionym miejscem. Kilka
minut po nim poddał się David. Stwierdziłam to po głośnym chrapaniu, którego
chwilę potem pozbył się Gin, szturchając naszego prywatnego bachora w żebra.
Mój najstarszy przyjaciel, zielonowłosy mól książkowy, wpadł w objęcia
Morfeusza kilka minut po północy. Wtedy zdjęłam słuchawki z uszu, wreszcie nie
musząc słuchać ciągłego klikania, przewracania stron, chichotów, szeptów,
stłumionych przekleństw i wszystkiego, co zagłuszałoby pracę silnika.
- Jak się czujesz? - spytał pan
Xenzetsu, zerkając na mnie po dłuższej chwili ciszy. Wzruszyłam ramionami. -
Mówię poważnie. Martwię się. Byłaś dziś bardzo cicha, praktycznie
nieprzytomna..
- To był mój pierwszy raz -
przerwałam mu, nie odwracając wzroku od ciemności mijającej nas za oknem. -
Wszyscy już wcześniej zabijali, wiesz? Eva, Gabe i Aki też.. Oni wszyscy już to
przeżyli.. Ja nie. To był pierwszy raz kiedy kogoś zabiłam, a już mam na koncie
trzy życia.. - szepnęłam, a Xen milczał, pozwalając mi wyrzucić wszystko z
siebie. - Wiesz.. Na początku było fajnie. Naprawdę fajnie się bawiłam
rywalizując ze wszystkimi. Oceny, wyścigi, zawody, sztuki walki. To wszystko
było dla mnie tylko zabawą, nie zdawałam sobie sprawy z tego, na co się
porwałam. Teraz zrobiło się poważniej. Nie wiedziałam do tej pory jak zareaguje
na odebranie komuś życia. Nie jestem jakoś ześwirowana czy coś, ale nie wiem
czy dam radę tak na dłuższą metę. Nie wiem czy nie jest dla mnie jeszcze za
wcześnie.. Może powinnam zrezygnować? Albo powinnam coś w sobie zmienić?
- Co zmienić? - przerwał mi
Xenzetsu spokojnie, ale widziałam jak zmarszczył brwi w początkowej fazie
złości. - Co miałabyś w sobie zmienić, co? Wyrzucić z siebie emocje? To
równałoby się z wyrzuceniem z siebie człowieczeństwa, a wiesz przecież, że
demony to tylko nazwa wymyślona przez bezmózgowców. Jesteśmy ludźmi..
- Ze specjalnymi zdolnościami,
wiem.. Wiem to! - zawołałam nagle, uderzając pięścią w kolano. - Wiem to, ale..
Co innego mam zrobić? Jak na razie wszystko przypomina mi o tym, że zabiłam te
stworzenia, a we mnie szaleje huragan, który wszystko pochłania, wszystkie
emocje.. To boli.
- Przejdzie ci, naprawdę. Uwierz,
że przechodziłem to samo jak byłem trochę młodszy od ciebie - odparł Xen,
zaciskając mocniej obie dłonie na kierownicy. - Musisz się po prostu
przyzwyczaić. Nic innego ci nie pozostało. Mogłabyś wrócić na Ziemie i tam żyć,
udając, że nic się nie stało, ale byś tak nie zrobiła. Nie jesteś typem, który
ucieka. Poza tym, w którymś momencie instynkt wziąłby górę i czułabyś potrzebę
wyładowania się na kimś. Uwierz, że będzie ci lepiej tutaj, mówię z własnego
doświadczenia, mała. Tu jest twój dom, a twoim przeznaczeniem jest nami
dowodzić jako Królowa. Jednak to, jak będziesz odbierać życia, a będziesz to
robić, bo to jest nasz pierwotny odruch, to, jak będziesz rządzić i to, jaka
się staniesz.. To zależy tylko od ciebie.. - powiedział. Po moich policzkach
stoczyły się łzy, które spadły na moją bluzę. Nie wycierałam ich, nie mogłam,
bo by to zauważył. Nie chciałam, żeby widział mnie w mojej chwili słabości.
Miałam być królową, a kto by słuchał takiej rozlazłej królowej? I tak już za
dużo mu nagadałam. Powinnam była to zatrzymać dla siebie, jak wszystko, co mnie
bolało, a bolało mnie wiele rzeczy. - Shion, śpisz? - spytał cicho.
Odchrząknęłam, żeby oczyścić gardło.
- Nie - odparłam równie cicho,
mając nadzieje, że mój głos się nie załamie. Niestety, przeliczyłam się. Mój
głos załamał się jak jeszcze nigdy, a moją piersią wstrząsnął cichy szloch. Aż
tak płakałam? Nie zauważyłam tego. Jednak Xenzetsu zauważył. Skręcił na pobocze
i wyłączył silnik. Siedzieliśmy chwilę w ciszy, kiedy on zaciskał i rozluźniał
uścisk na kierownicy. W końcu uderzył w nią prawą dłonią i odpiął pasy.
- Wysiadaj - nakazał głębokim
głosem. Posłusznie wysiadłam z auta i razem z nauczycielem przeszłam za tył
samochodu. Wyjął z niego dwie bluzy. Narzucił mi na ramiona jedną, a sam
nałożył drugą. Po chwili grzebania w bagażniku, wyjął dwa piwa. Zamknął klapę
na tyle cicho, żeby nie obudzić chłopaków, ale widziałam, że miał ogromną
ochotę trzasnąć nią z całej siły. Postawił szklane butelki na ziemi i bez
ostrzeżenia podniósł mnie do góry. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, już
siedziałam na klapie bagażnika. Xenzetsu zamknął samochód, podał mi jedną z
butelek, a sam usiadł obok mnie z drugą w reku. Otworzył mi piwo tradycyjnym
sposobem, choć myślałam, że użyje mocy. Pociągnęłam nosem stawiając butelkę na
kolanach. Trzymałam ją oburącz, bojąc się, że wypadnie mi jeśli będę trzymała
ją tylko jedną drżącą ręką. - Uspokój się, dobrze? Spokojnie - szepnął
Xenzetsu, patrząc w niebo. Pociągnął kilka łyków piwa, ja zrobiłam to samo.
Siedzieliśmy w ciszy, ja wpatrzona w ziemie, on w niebo. Stykaliśmy się
ramionami. Powoli się uspokajałam, łzy nie ciekły już całymi wodospadami. Kiedy
piwa zostało mi na dwa łyki, Xenzetsu skończył już swoje. - Wiesz.. Rozumiem
czemu tak się czujesz. Dorastałaś na Ziemi, gdzie są inne zasady, obyczaje,
nauczanie, kodeksy.. Rozumiem czemu czujesz się nieswojo tutaj, czemu udajesz
silną..
- Nie udaję - powiedziałam twardo.
- Tak to wygląda, przepraszam jeśli
się pomyliłem - powiedział poważnym tonem. - Po prostu wyglądasz jakbyś dusiła
wszystko w sobie, bo zamiast dać sobie pomóc, to wolisz udawać, że wszystko
jest dobrze.. Czekaj - mruknął i zamyślił się na chwile. - Masz racje, jesteś
silna. Jesteś co raz silniejsza, ale twoją słabością są duma i chęć
nieokazywania swoich słabszych stron. Wiesz, że zawsze możesz do mnie przyjść,
zapytać o coś, wyżalić się, ponarzekać, pokrzyczeć, popłakać, a to i tak
zostanie miedzy nami. Może i wydaje się dość nieprzyjemny, ale jestem naprawdę
miły - zaśmiałam się cicho. Znów nastała cisza. Poruszyłam butelką, żeby
zobaczyć jak ciecz w środku przelewa się z jednej ścianki na drugą.
- Wiesz.. Cały czas chce mi się
ryczeć. Czuję, że się nie nadaje do tego wszystkiego, że jestem na to za słaba,
że nie dam sobie z tym rady.. Boję się tego, co będzie. Już nie chodzi o samo
zabijanie. Boję się panowania. Nigdy nie byłam dobra w kierowaniu nawet
pięcioosobową grupą, nie mówiąc o całym państwie - przełknęłam głośno ostatnie
dwa łyki piwa i spojrzałam na Xenzetsu załzawionymi oczami. - Boję się.. -
wyszeptałam, kiedy on też zwrócił wzrok w moją stronę. Patrzyłam w ciemne,
ciemne zielone oczy, szukając w nich pocieszenia. Po moim policzku stoczyła się
łza. Złapał moja twarz w dłonie i wytarł kciukami łzy.
- Nie mów nic więcej - powiedział,
zeskakując z bagażnika i po chwili stał tuż przede mną. Rozłożył ramiona,
stając miedzy moimi nogami. Oplotłam jego klatkę piersiową, kładąc głowę tuż
pod jego brodą. Wzięłam głębszy wdech, żeby zapytać czemu to robi, ale ścisnął
mnie mocniej. - Mówiłem, żebyś się nie odzywała. Wszystko będzie dobrze,
obiecuję - powiedział. Pokiwałam głową bez przekonania. Odsunął mnie kawałek od
siebie i złapał mnie za podbródek siłą zmuszając mnie do spojrzenia mu w oczy.
- Naprawdę wszystko się ułoży, tylko pamiętaj, że zawsze możesz do mnie przyjść
i się wyżyć. A nawet jeśli nie będzie źle, to i tak przychodź. Lubię twoje
towarzystwo. Wierzę w ciebie i pamiętaj, że nikt na ciebie nie będzie naciskał.
Musisz wszystko zrozumieć w swoim tempie - uśmiechnął się lekko, zakładając
kosmyk moich włosów za ucho. Pokiwałam głową i odwzajemniłam delikatny uśmiech.
Xenzetsu spoważniał nagle. Spojrzałam na niego. Jego włosy były w nieładzie, na
policzkach i naokoło ust miał dwudniowy zarost. Jego piękne, zielone oczy
patrzyły prosto w moje. Pchnięta instynktem powoli wyciągnęłam dłoń w kierunku
jego twarzy. Nie odsunął się, czekał. Położyłam delikatnie palce na jego
policzku i pogłaskałam go. Nachylił się w moją stronę. Tym razem to ja się nie
odsunęłam. Patrzyłam prosto na niego. Przesunęłam rękę z policzka na ramie.
Poczułam jego dłoń na karku i po chwili jego usta były już na moich. Zamknęłam
oczy. To nie był typowo nieśmiały pocałunek. To nie był nawet typowy pocałunek.
Zawirowało mi w głowie, kiedy Xenzetsu przyciągnął mnie bliżej siebie. Nagle
anioły, które zabiłam przestały istnieć. Moje problemy przestały istnieć.
Przestał istnieć cały świat. Xenzetsu całował mnie powoli i czule, z palcami
jednej reki wplątanymi w moje włosy tuż nad karkiem. Drugą reką przytrzymywał
mnie przy sobie, trzymając ją pewnie na moich plecach. Ja obie dłonie trzymałam
na jego ramionach. Xen odsunął się ode mnie trochę, wciąż jednak trzymając mnie
dość blisko. - Czas jechać.. - powiedział, podnosząc mnie tak jak poprzednio i
stawiając na ziemi. Chwycił moją dłoń i pociągnął ku drzwiom pasażera, które
przede mną otworzył. Wsiadłam do samochodu i patrzyłam jak Xen okrąża samochód,
coś do siebie szepcząc. Kiedy otwierał drzwi wydawało mi się, że słyszę 'Czemu
tak musi być, no?' Meżczyzna zasiadł za kierownicą i odpalił samochód. Spojrzał
na mnie i uśmiechnął się szeroko. Ruszyliśmy, powoli nabierając prędkości.
- Czemu..
- Mówiłem, żebyś się nie odzywała -
powiedział. W ciemności zauważyłam, że był rozluźniony. Nie był zły ani nic,
wiec musiał mieć powód dla którego nie chciał teraz rozmawiać. Kiwnęłam głową.
Mój przygnębiający nastrój wrócił. Nie w całości, bo zamiast huraganu
połykającego mnie kawałek po kawałku była tylko czarna, chłodna pustka. Czułam
się odrętwiała wszystkimi wydarzeniami. Xenzetsu włączył jedną z płyt, które mi
zakosił miesiąc temu. Uśmiechnęłam się pod nosem instynktownie. Składanka
lżejszych, wolniejszych kawałków, idealnych do podróżowania nocą. Następne 4
godziny przespałam, otulona bluzą mojego przyjaciela, nauczyciela, byłego
przyjaciela mojej matki i mojego instruktora w jednym.
- Shion.. - poczułam lekkie
stukanie w ramie. Otworzyłam leniwie oczy. Poraziło mnie wschodzące słońce,
wiec zamknęłam je z powrotem. Po chwili, mrugając kilkakrotnie, znów je
otworzyłam i spojrzałam w lewo. Xenzetsu zerkał na mnie z delikatnym uśmiechem.
Przetarłam oczy rękawem bluzy, który sięgał aż za moją dłoń. - Witam z
powrotem. Właśnie dojeżdżamy - powiedział cicho. Pokiwałam głową, przecierając
oczy. Xen wyciągnął ku mnie słuchawki, których używało się przy pracach na
budowie. To były słuchawki wygłuszające głośne dźwięki. Sam miał drugą parę na
swoich kolanach. Musieliśmy się zatrzymać kiedy spałam albo coś. Spojrzałam na
nauczyciela zdezorientowana, a on tylko uśmiechnął się przebiegle. Wzięłam w
ręce słuchawki i poczekałam na znak. Zajechaliśmy na parking pod apartamentowiec.
Silnik zgasł, Xen i ja nałożyliśmy słuchawki na uszy. Rozejrzałam się. Staliśmy
na samym końcu parkingu, gdzie prawie nikt nie mógł nas usłyszeć. Spojrzałam na
nauczyciela, po czym zrobiłam dokładnie taką samą minę jak on wcześniej.
Wkładał do odtwarzacza płytę jakiegoś heavy metalowego zespołu, którego nazwy
nawet nie kojarzyłam. Albo planował to kilka dni wstecz, albo naprawdę
musieliśmy zrobić dość długi postój, bo żeby znaleźć taką płytę..
Uśmiechnęliśmy się do siebie, kiwając głowami. Zamknęłam oczy, kiedy Xen
wcisnął guzik. Muzyka była tak głośna, że nawet moje słuchawki na niewiele się
zdawały. Po kilku sekundach nauczyciel na siłę wyciągnął płytę z odtwarzacza.
Nie dało się tego słuchać, ale nie było to ważne. Ważniejsze były teraz miny moich
przerażonych kolegów patrzących na nas jak na psychopatów. Zdjęłam słuchawki
uśmiechając się lekko. Po chwili mój uśmiech zgasł. Wysiadłam z samochodu cała
obolała. Spojrzałam na ekran prawie wyładowanej komórki. Było po piątej.
Wzięłam swój plecak i mijając wszystkich bez słowa, ruszyłam do swojego
mieszkania. Cały czas myślałam nad tym, co mówiłam wczoraj. To prawda, źle się
czułam, bałam się. Było mi źle. Z jednej strony dlatego, że zabiłam pierwszy
raz w życiu. Z drugiej strony przejmowałam się bardziej swoją niemocą. Gdybym
była silniejsza i nie panikowałabym, Mat nie miałby teraz czterech ran
ciągnących się wzdłuż klatki piersiowej. Westchnęłam stając przed lustrem.
Spojrzałam w nie i z szoku upuściłam torbę na ziemie, kiedy moje ramiona opadły
bezwładnie po obu moich stronach. Zbliżyłam twarz do tafli i przyjrzałam się
nasadzie swoich włosów.
- Bez jaj.. - szepnęłam,
przeczesując je palcami. Nie wydawało mi się. Zaczynałam siwieć. Stres? No, ale
w tym wieku? Westchnęłam głęboko. Widziałam już zbyt dużo dziwacznych rzeczy
przez ostatnie pół roku, wiec siwiejące przedwcześnie włosy nie wywoływały u
mnie jakichś większych emocji. Po prostu kupie farbę i wszystko będzie dobrze.
Chwyciłam pasek od torby i pociągnęłam ją za sobą do pokoju. Wstawiłam pranie,
wywietrzyłam pokój i przebrałam się w wygodniejsze ciuchy. Czarne dresy, czarna
koszulka, czarna bluza.. Dobrze, że buty miałam chociaż czarno-czerwone, bo
wyglądałabym już totalnie jak pseudo dresiara w żałobie. Sprawdziłam czy
wszystko powyłączałam, po czym zjechałam windą na dół i truchtem ruszyłam przed
siebie. Zmęczenie ulotniło się od razu. Skierowałam swoje kroki ku siłowni,
którą otworzono dopiero 10 minut wcześniej. Położyłam na ladzie należne
pieniądze, a znajoma kobieta kiwnęła tylko głową. Jako, że bywałam tu często,
znała mnie z widzenia. Na szczęście nie kojarzyła, że jestem z rodziny
królewskiej, przez co oszczędzano mi tytułów i specjalnego, sztywnego
traktowania.
Wzięłam hantle i zaczęłam pompować.
Zawsze gdy czułam się odrętwiała, smutna czy zła - ćwiczyłam. Tak było od
zawsze i nie zamierzałam tego zmieniać.
Zerknęłam na zegarek. Nie miałam
pojęcia w jaki sposób uspokoiłam swoje emocje, ale zrobiłam to w dwie godziny.
Odetchnęłam dość zmęczona. Obiecałam sobie w duchu, że podnoszenie sztangi
będzie ostatnim ćwiczeniem.
- Co ty odwalasz? - warknął pan
Xenzetsu, stając nagle obok mnie, kiedy robiłam już ostatnie 10 powtórzeń.
Kiedy skończyłam, pomógł mi odłożyć sztangę na uchwyty. Podniosłam się do
siadu, ocierając wierzchem dłoni pot z czoła. - Pytałem o coś, koleżanko. Czemu
nie śpisz już grzecznie w łóżeczku? - zmarszczył brwi.
- Musiałam trochę pomyśleć -
mruknęłam, wycierając twarz koszulką. Wstałam chwiejnie, by zaraz stracić
równowagę. Xen podtrzymał mnie.
- Wiedziałem, że tak będzie -
westchnął, zarzucając sobie moje ramie na kark. Pomógł mi dotrzeć do ławki, po
czym odszedł kupić napój izotoniczny i dwa batony czekoladowe z chrupkami.
Pochłonęłam to, co mi dał. Poczekaliśmy kilka minut aż odzyskałam trochę sił,
po czym ruszyliśmy powoli do apartamentowca. - Shion.. - powiedział, kiedy
miałam już wysiadać z windy. Spojrzałam na niego wyczekująco, czując jak
zmęczenie powoli wraca do mojego ciała. Zdziwiona zauważyłam jak twarz Xenzetsu
przybiera dziwny wyraz twarzy. Jego oczy były jakby zaniepokojone, co nie było
do niego podobne. Zmarszczyłam brwi, a wtedy on uśmiechnął się nagle. - Już
nic, nie ważne. Chciałem zapytać, czy aby na pewno nie jesteś ranna, ale widząc
co wyczyniałaś na siłowni, szczerze w to wątpię - wyszczerzył się. Westchnęłam
ciężko, kręcąc głową.
- Tak, dokładnie. Nic mi nie jest,
wszystko w porządku - potwierdziłam z lekkim uśmiechem. Mój wzrok mimowolnie
przesunął się ku ustom Xenzetsu. Siłą skierowałam spojrzenie na jego oczy i
srogo skarciłam się w duszy. Nie myśl o tym, człowieku. To nic nie znaczyło,
byłam załamana, on mnie tylko pocieszał.. Ale nie mogłam udawać, że to nigdy
nie miało miejsca, to nie w moim stylu. Trzeba było przedstawić sprawę jasno.
Aż z całego tego myślenia założyłam ręce na piersiach. - Wiesz co.. Wczoraj w
nocy.. Poniosło nas. To było trochę dziecinne i nie na miejscu - zaśmiałam się
lekko, patrząc prosto na niego. Jego oczy ze zdziwienia były teraz szeroko
otwarte. - Nie chciałam, żeby były jakieś niedopowiedzenia, więc.. Dzięki, że
mnie pocieszyłeś i w ogóle, to było miłe - uśmiechnęłam się.
- Nie ma za co, księżniczko, do
usług - powiedział, uśmiechając się lekko, po czym oboje zaczęliśmy si śmiać. -
Nigdy nie myślałem, że do tego wrócisz. Myślałem, że będziesz udawać, że nic
się nie wydarzyło.. Nie spodziewałem się tego po nastoletniej dziewczynce z
szopą zamiast włosów.
- Oj, zamknij się - burknęłam. -
Ponoć gdzieś ptaszki śpiewają o tym, że chciałeś, żebym wreszcie poszła spać -
powiedziałam, nie bardzo wiedząc co wychodzi z moich ust. Uśmiechnęłam się
ciepło. - Dziękuję.. Za wszystko. Do zobaczenia.
- Do potem - powiedział,
odwzajemniając gest, po czym wysiadłam, on wcisnął guzik, drzwi windy się
zamknęły, a ja zostałam sama. Rozebrałam się w biegu, zostawiając ciuchy gdzie
popadło, po czym rzuciłam się na łóżko całkiem naga, wpełzłam pod kołdrę,
owinęłam ramiona naokoło poduszki i zasnęłam.
- Shion.. - usłyszałam przerażający
szept. Rozejrzałam się. Ciemno. Skąd dochodził głos? Do kogo należał? Gdzie ja
byłam? - Shion..
- Kim jesteś?! - zawołałam,
rozglądając się. Nie wiedziałam gdzie znajdowała się osoba wypowiadająca w
kółko moje imię. Wyciągnęłam przed siebie ręce, obracając się w każdą stronę,
ale jedyne co łapałam, to powietrze. Nie odważyłam się ruszyć z miejsca, wiec
obracałam się tylko wokół własnej osi. - Kim jesteś?! Czego ode mnie chcesz?! -
krzyknęłam, lekko spanikowana. Kiedy echo mojego głosu ucichło, zapadła
całkowita cisza. Nagle, tuż przed moimi oczami, pojawiła się trupio blada twarz
z przekrwionymi oczami i białymi, strzępkami włosów. Odskoczyłam w tył z
przerażająco głośnym krzykiem. Postać się oddaliła. Zaczęła drżeć w
niekontrolowanym chichocie. Kiedy spojrzała prosto na mnie, miałam nadzieje, że
tylko mi się wydawało. Niestety, to była prawda. Patrzyłam na przerażającą
wersję swojej twarzy. Miała na policzku trochę krwi. Zbliżyła się do mnie, a ja
nie mogłam się ruszyć. Oddychałam, ledwo dając rade panice. Nagle znikąd
pojawiła się jej dłoń. Zbliżyła się do mnie powoli, dotknęła mojego czoła delikatnie,
przejechała palcami po policzku i przytrzymała się na chwile przy szyi. Kiedy
jej zimne palce dotknęły mojej skóry, jej twarz zbliżyła się do mojej. Poczułam
odór zgnilizny i siarki. Czułam dwie dłonie, po obu stronach mojej szyi. Po
chwili straciłam oddech z przerażenia. - Kim jesteś? - wycharczałam, kiedy
udało mi się uchwycić jeden pełny wdech.
- Jestem Śmiercią i obudziłam się,
by ocalić moje imię - wyszeptała mi na ucho, po czym ścisnęła mocno moją szyje.
Jej oczy nagle zniknęły, a w pustych oczodołach zaczął zbierać się żółty płyn.
Wyszczerzyła zęby, spomiędzy których wyciekała krew. Podniosła mnie, ściskając
moją szyje mocniej. Zaczęłam się dusić. Chciałam szarpać jej dłonie, miotałam
nogami na wszystkie strony, ale i moje ręce i nogi trafiały w nicość. - Nie
wygłupiaj się - zachichotała, zaciskając uchwyt mocniej. - Jak ty chcesz
zniszczyć coś, co jest niematerialną częścią ciebie? Jak chcesz uderzyć swoją
moc? - uśmiechnęła się, po czym otworzyła usta, z których wydobył się nieludzki
wrzask.
Poderwałam się do siadu. Na szybko
obmacałam szyje i rozejrzałam się wokoło. Wszystko było po staremu. Niczego nie
miałam na skórze, a już na pewno nie było tam dłoni. Widziałam normalnie.
Położyłam się z powrotem, oddychając głęboko, próbując uspokoić szalejące
serce. Zerknęłam na zegarek, który wskazywał trzecią po południu. Potarłam
twarz, wzdychając ciężko. Przypomniałam sobie swoją zdeformowaną twarz. Co to,
do cholery, było? Spojrzałam na sufit, po czym zdecydowałam się wstać i trochę
ogarnąć. Ciepła kąpiel i syty obiad pomogły mi zapomnieć o dziwnym koszmarze.
Na dodatek znów byłam śpiąca. Położyłam się spać z dziwnym przeczuciem, że ktoś
cały czas na mnie patrzy, że jest obok. Zwaliłam to na podświadomy strach po
koszmarze i owinąwszy się kołdrą, ponownie zasnęłam.
Usiadłam na łóżku na wpół
nieprzytomna. Podrapałam się po brzuchu, ziewając szeroko. Wytarłam wierzchem
dłoni ślinę cieknącą z moich ust, po czym oblizałam usta i rozejrzałam się po
pokoju. Wszystko było tak, jak zostawiłam to poprzedniego popołudnia. Nawet
kilkudniowy kawałek pizzy leżał nadal na swoim miejscu. Zerknęłam na kalendarz
i ostatkiem sił myślowych próbowałam przypomnieć sobie jaki był dziś dzień.
Kiedy przerażająca prawda do mnie dotarła, zerwałam się z łóżka. Poniedziałek.
Na zegarku widniała godzina 5.38, czyli miałam tylko 52 minuty na ogarnięcie
siebie, mieszkania i swoich emocji. Musiałam się trochę pozbierać, bo jeśli
ktoś dowie się, że po pierwszej akcji mam koszmary, to nigdy więcej nie wyjdę z
domu. Z mieszkaniem uporałam się w 15 minut. Więcej czasu, bo 20 minut, zajęło
mi rozczesywanie włosów. Szybko się umyłam, ubrałam i wsiadłam do windy,
zupełnie ignorując swój głód i brak jedzenia na cały dzień. Pobiegłam do
szkoły. Przebrałam się w strój od wychowania fizycznego i weszłam na salę.
Drzwi prowadzące na plac za szkołą były otwarte, a ja usłyszałam głos więcej
niż jednego człowieka. Zamknęłam oczy. Trzech mężczyzn. Bateshi, Sedori i
Rafael robili sobie właśnie małe zebranie. Po cichu podeszłam do drzwi, chcąc wystraszyć
choć jednego z nauczycieli, ale zanim zdążyłam w ogóle pomyśleć o nagłym
wyskoczeniu na nich z krzykiem, usłyszałam ciche warknięcie obok mojego ucha.
Odruchowo zaatakowałam, ale Gin z łatwością mnie zablokował. Przyłożył palec do
ust i nachylił się w moją stronę.
- Chyba powinnaś coś usłyszeć, więc
się nie ujawniaj - szepnął ledwo słyszalnie, po czym wyszedł cicho z sali.
Kucnęłam, żeby trochę wyrównać oddech i wtedy poczułam, że do trójki
nauczycieli dołączył czwarty. Xenzetsu.
- I jak? Co powiedziała Revi? -
spytał Rafael. Xen westchnął zrezygnowany.
- Powiedziała, że wszyscy powinni
się wziąć za siebie. Poszło im nieźle jak na pierwszy raz. Jest tylko jeden
mały, duży problem. Shion - podskoczyłam na dźwięk swojego imienia. Odkryli
mnie? - Rozmawiałem o niej z Revi. Gdyby była zwykłym demonem, to
powiedziałbym, że idzie jej dobrze, ale ona jest przyszłą królową. Jak na
księżniczkę ma bardzo mało mocy i ledwo umie nad nią panować. Ponad to, nie
umie zbytnio radzić sobie z zabijaniem. Kiedy powiedziałem Revi to, co Shion
powiedziała mi w drodze powrotnej stwierdziliśmy, że ma bardzo kruchą psychikę.
Sztuki walki opanowała jako tako, na historii i innych lekcjach też idzie jej w
miarę dobrze, ale to nadal za mało. Za mało. Za mało jak na księżniczkę -
powiedział, wzdychając ponownie, a ja zesztywniałam. CO?
- Masz rację - stwierdził Bateshi.
- Za mało jak na przyszłą królową.
- Zgadzam się z tym - dodał Rafael.
Poczułam jak coś nagle ścisnęło mnie za gardło. Za mało? To, że się
przepracowywałam, to za mało? To, że się nie wysypiałam, to, że harowałam dwa
razy ciężej od innych, to za mało? Otworzyłam oczy szerzej, czując jak moje
serce szaleje. Nie byłam taka jak wszyscy. Tak powiedziałby Xenzetsu. Tak
powiedzieliby wszyscy ze Starszego Pokolenia. Tak stwierdziliby moi
przyjaciele. Przecież od zawsze byłam uważana za tą inną, inną niż wszyscy.
Zawsze radziłam sobie sama z każdym problemem. Musiałam sama podejmować
decyzje. Zawsze radziłam sobie sama, zupełnie sama. Nikt mi nie powiedział co
mam robić ze swoją mocą, bo nikt nie wiedział co mam z nią robić. Nawet mama
dawała mi tylko niejasne wskazówki na lekcjach. Do wszystkiego musiałam dojść
sama lub z niewielką pomocą Xenzetsu, który jako jedyny choć trochę zrozumiał
jak działam i chciał mi pomóc. Właśnie.. Xenzetsu.. Co on mówił? 'Masz rację,
jesteś silna. Jesteś co raz silniejsza. Wiesz, że zawsze możesz do mnie
przyjść, zapytać o coś, wyżalić się, ponarzekać, pokrzyczeć, popłakać, a to i
tak zostanie miedzy nami. Wszystko będzie dobrze, obiecuje. Wierze w ciebie i
pamiętaj, że nikt na ciebie nie będzie naciskał. Musisz wszystko zrozumieć w
swoim tempie.' Gówno prawda. Znowu musiałam zostać z tym wszystkim sama.
Opowiedział mojej matce to, co ja opowiedziałam jemu, wszystko o moim strachu,
o moim żalu.. Zacisnęłam zęby. Czułam się zdradzona. Musiałam stać się taka,
jak kiedyś. Samodzielna. Jeszcze bardziej wytrwała niż byłam teraz. Silniejsza.
Mocniejsza. Niemożliwa do złamania. Nie do pokonania. Najlepsza. Musiałam stać
się najlepsza, bo 'dobra' i 'co raz lepsza' to za mało. Wstałam i już nie
ukrywając swojej obecności, pomaszerowałam ku drzwiom wyjściowym, nie chcąc
słuchać dalszej rozmowy.
- Shion! - usłyszałam za sobą.
Przystanęłam w drzwiach, czując jak moje życie zaczęło się w tym momencie
walić. Trzymałam dłoń na rogu ściany, odwracając gwałtownie głowę, odrzucając
włosy do tyłu. Xenzetsu biegł w moją stronę, ale kiedy nagle na niego spojrzałam,
zatrzymał się. Był w połowie sali, wyciągał do mnie rękę. Zacisnęłam szczękę,
wbijając palce w ścianę. Tynk i wszystko co było pod spodem, posypało się na
ziemie. Wyrwałam do przodu i choć z opóźnieniem, Xenzetsu ruszył za mną. Kiedy
tylko znalazłam się przed szkołą, rozwinęłam skrzydła i poderwałam się do góry.
Pomknęłam jak strzała do apartamentowca. Tuż przed wleceniem do pokoju przez
otwarte okno, złożyłam skrzydła i zwinęłam się w kłębek, padając z rozpędu na
łóżko. Natychmiast się podniosłam. Już ja im pokaże, do cholery. Zaciskając
pięści, ruszyłam do windy. Nie wiedziałam czemu przyleciałam do swojego
mieszkania, ale nie potrzebna była mi ta wiedza. Wjechałam na najwyższe piętro
- ogród mamy. Spojrzałam na kamień, którym Revi cisnęła we mnie
pierwszego dnia i nagle w mojej głowie wykiełkował pomysł. Stając na krawędzi
dachu, spojrzałam w dół. Xenzetsu właśnie wlatywał do mojego pokoju. Idealnie.
Rozwinęłam skrzydła, machnęłam nimi parę razy i wzleciałam nad miasto.
Znajdowałam się zbyt wysoko, żeby ktokolwiek mógł powiedzieć, czy to ptak, czy
to może wkurzona księżniczka demonicznego rodu. Nawet już będąc za miastem nie
zwolniłam ani nie zniżyłam lotu. Spojrzałam w dół na ogromny las. Dopiero gdy
zauważyłam szczelinę miedzy koronami drzew, zanurkowałam w dół. Z rozpędu
wbiłam się stopami w ziemie tak, że naokoło miejsca, w którym spadłam było
około 30 cm koło wgniecionego podłoża. Gestem wyrównałam teren i spojrzałam
przed siebie. Wodospad zasilający mały staw był celem mojej podróży. Wyciągnęłam
ramiona na boki, dłonie były zwrócone do zewnątrz. Woda rozstąpiła się, a ja
weszłam na suchy grunt, który tworzył się naokoło mnie, kiedy posuwałam się do
przodu. Wodospad także się rozstąpił, a ja jedną ręką przytrzymując wodę, drugą
dłoń położyłam na skale i zamknęłam oczy. Wyczuliłam zmysł dotyku i pogłaskałam
kamień. Odsunęłam od niego rękę, zwinęłam ją w pięść, odciągnęłam ją do tyłu, a
kiedy moc już zebrała się na jej wierzchu, otworzyłam oczy i wymierzyłam
potężny cios w skalną ścianę. Odłamki skał wleciały do wewnątrz. Otwór, który
powstał, był na tyle duży, żebym się w nim ledwo zmieściła. Oto mi chodziło.
Wczołgałam się do tunelu. Przesuwając się do przodu czułam dotkliwy ból
otartych kolan i pleców. W powietrzu unosił się przyjemny zapach wilgoci
wodospadu i starych gór. Drążyłam sobie drogę, aż w końcu, zgodnie z moim
przypuszczeniem, przedostałam się do jaskini. Zeskoczyłam na kamienną posadzkę,
a echo moich kroków rozeszło się po grocie. Przez chwile rozprostowywałam kości
i wyjmowałam kamyczki z kolan, po czym znów weszłam do tunelu. Kiedy dotarłam
na jego koniec, położyłam dłoń wierzchem do podłoża tuż przed swoimi kolanami i
uniosłam ją w górę, tym samym zamykając wejście do nowo odkrytego miejsca.
Wycofałam się z powrotem do jaskini usiadłam przy ścianie ze skrzyżowanymi
nogami. Złożyłam ręce tak, jak mnisi, kiedy medytowali. Z tą różnicą, że ja nie
medytowałam, tylko zbierałam moc w palcu wskazującym prawej dłoni. Po chwili
wycelowałam w kilka kolejnych punktów na suficie i wystrzeliłam w tamtą stronę
zmaterializowaną moc. Tym samym zrobiłam sobie otwory wentylacyjne. Wstałam i
otrzepałam się z kurzu. Spojrzałam poważnie na ściany jaskini i zabrałam się za
jej przerabianie. Ze skał zrobiłam sobie ławeczkę do ćwiczeń, półki do postawienia
czegoś, drabinki i kilku kamiennych przeciwników. Pod ścianą, w której był
tunel, wytworzyłam sobie skalne łóżko. Oparłam ręce o biodra i kiwnęłam głową,
względnie zadowolona ze swojej pracy. Zamyśliłam się na chwile. Potrzebowałam
kilku prętów, które nie wygięłyby się zbyt szybko. Tylko skąd je wziąć? Nagle
mnie oświeciło. Wysypisko śmieci, które mijałam o drodze. Było na nim mnóstwo
dziwnych rzeczy, wiec powinnam tam znaleźć też metalowe pręty. Zamknęłam oczy,
po czym stwierdziłam, że nikt nie znajdował się w obrębie wzniesienia.
Przeczołgałam się przez tunel, wyszłam na powietrze i zamaskowałam właz.
Ostrożnie wzleciałam nad korony drzew, po czym śmignęłam na wysypisko.
Skrzywiłam się lekko, czując stęchły odór śmieci, ale ignorując go, zaczęłam
przeszukiwać stertę po stercie. Było mi piekielnie gorąco, pot lał się ze mnie
hektolitrami.. Mimo to, nie przerywałam poszukiwań. W końcu stanęłam w
rozkroku, wycierając czoło przedramieniem i popatrzyłam pod nogi. Jedenaście
długich i sześć krótszych i grubszych prętów. Przetransportowanie ich zajęło mi
kolejne pół godziny, ale w końcu rzuciłam na skalną posadzkę ostatnie trzy.
Wygramoliłam się z jaskini i usiadłam na kamieniu pod wodospadem. Przyjemnie
chłodna woda oblewała moje ciało. Całe napięcie i gniew ulotniły się wraz z
wysiłkiem włożonym w urządzenie pomieszczenia i transport materiałów. Napiłam
się odrobinę wody i stanęłam w rozkroku. Zamaskowałam wejście do tunelu,
rzuciłam ostatnie spojrzenie na skały za wodną zasłoną i wzleciałam ponad
najwyższe drzewa.
Powrót do domu zajął mi trochę
dłużej niż zakładałam. Wszystko przez zmęczenie. Wleciałam do swojego pokoju, a
gdy tylko dotknęłam stopami ziemi, złożyłam skrzydła i pomaszerowałam do
łazienki. Spodziewałam się Xenzetsu, który wyskoczyłby na mnie z wkurzonym
wrzaskiem, pytaniami i morderczym wzrokiem. Całe szczęście, że się pomyliłam.
Poruszyłam ramionami, rozluźniając mięśnie i zanurzyłam się w wodzie po brodę.
Przez następnych kilka dni czas
wolny spędzałam w jaskini. Olewałam zaproszenia przyjaciół na partyjki kart czy
wypady za miasto. Ostentacyjnie odwracałam się od Xenzetsu, Bateshiego,
Sedoriego i mamy, gdy widziałam ich gdziekolwiek indziej niż na lekcjach. Żadne
z nich nie wiedziało o co mi chodziło, co było powodem mojego złego nastroju. Xen
próbował do mnie zagadywać, podobno chodził też do mojego mieszkania, ale nigdy
jeszcze mnie tam nie zastał. Cóż się dziwić? Pręty same się nie pospawają,
kontrola mocy i inne sztuczki same się nie opanują.
Po dwóch tygodniach od znalezienia
jaskini, Oli nawet próbował mnie śledzić. Ledwo udało mi się od niego zwiać,
jednak po szaleńczym, bezowocnym pościgu, odpuścił. Miesiąc minął jak z bicza
strzelił, ale Xenzetsu ani myślał się poddawać. Nie przestawał za mną łazić,
zagadywać, a nawet namawiać na obiad, za który by zapłacił. Obiecywał, że
zapłaci za wszystko co będę chciała zjeść, obym tylko się do niego odezwała. A
ja nieustępliwie milczałam, wciąż słysząc w uszach jego słowa pocieszenia.
Znikałam zawsze zaraz po lekcjach.
Zadzwonił dzwonek oznajmiający
koniec lekcji. Wypadłam z sali z zamiarem zniknięcia zanim dorwą mnie kolejne
osoby próbujące nie śledzić wraz z Olivierem. Moje plany zniweczyła mama, która
chwytając mnie za ramie, wciągnęła moją osobę do pokoju nauczycielskiego.
- Nie wiem o co ci chodzi -
zaczęła, nie dając mi dojść do głosu. - Wiem, że nie obrażasz się bez powodu.
Wiem też, że za żadne skarby świata nie wyjawisz mi powodu - kiwnęłam głową,
zgadzając się z nią po całości. - Mam do ciebie sprawę, która nie może czekać
zanim znowu się do mnie łaskawie odezwiesz. Nie wiem dokładnie kiedy, ale za
kilka dni pójdziemy się spotkać ze Starszyzną. Nie chciałabym musieć się za
ciebie wstydzić, gdybyś się spóźniła, więc na przerwach masz siedzieć grzecznie
w szkole, a po lekcjach masz nigdzie nie wychodzić, dobrze?
Pokiwałam głową niechętnie, po czym
wybiegłam z pokoju nauczycielskiego i skierowałam się do apartamentowca. Nikt
nie mówił, że nie mogłam iść dzisiaj. Uśmiechnęłam się pod nosem. Wysiadłam z
windy, rzuciłam plecak w korytarzu, chwyciłam bluzę, z rozbiegu wskoczyłam na
łóżko, przebiegłam przez nie i wyskoczyłam przez otwarte okno. Rozłożyłam
skrzydła i poleciałam do swojej samotni. Co jak co, ale ucieczkę i latanie
opanuję po mistrzowsku. Otworzyłam tunel, przeczołgałam się przez niego i
stanęłam na zimnej, jaskiniowej posadzce. Zdjęłam z siebie ubrania i chwyciłam
ciuchy leżące na kamiennym łóżku. Ubrana na czarny, sportowy stanik i białe
luźne spodenki w czarną kratę, związałam kucyk. Splunęłam na ziemie.
Rozciągnęłam się, po czym padłam na ławeczkę, chwyciłam metalowy drążek i
zaczęłam podnosić sztangę własnej roboty. Po kilkudziesięciu powtórzeniach
odłożyłam ją na miejsce i położyłam się na ziemi. Uniosłam nogi w górę,
opierając je o drabinki i zaczęłam robić brzuszki. Potem, podtrzymując głowę
rękoma, na zmianę przyciągałam i prostowałam to lewą, to prawą nogę. Żadna z
nich ani razu nie dotknęła ziemi. Kiedy wstałam, pot spływał po moich plecach,
w które wbiły się drobne kamyczki, a które usunęłam jednym ruchem dłoni. Otrzepałam
tyłek. Podeszłam pod zawieszoną w sztucznej wnęce kratę, którą zrobiłam z
prętów znalezionych na wysypisku. Splunęłam na dłonie, potarłam jedną o drugą.
Podskoczyłam, chwytając drążek i podciągnęłam się raz i drugi. Opuszczałam się
i podnosiłam, i znowu. Za mało. To było wciąż za mało. Kiedy przypomniałam
sobie o czym rozmawiało Starsze Pokolenie wtedy, za salą.. Moje serce uderzyło,
pompując we mnie tlący się płomyczek, który po chwili wybuchł niczym pożar z
niepohamowanej wściekłości. Dostałam zastrzyk świeżej energii, której źródłem
był czysty, niezachwiany gniew. Zeskoczyłam na ziemię i chwyciłam mniejszą,
lżejszą sztangę. Trzymając ją na karku, zaczęłam robić przysiady. Raz, dwa.
Góra, dół. Czułam jak moje włosy podrygiwały w rytm moich ruchów. Odrzuciłam
sztangę do tyłu i padłam na ziemie, z miejsca zaczynając robić pompki. Podłoga
na zmianę zbliżała się i oddalała. Czułam jak moje mięśnie pracują. Wstałam
odrobinę bardzo zmęczona, zdjęłam buty i skarpety i przecisnęłam się przez
tunel. Zeskoczyłam do stawu, nie zawracając sobie głowy odsuwaniem wody.
Usiadłam na kamieniu pod wodospadem i pozwoliłam, by chłodna woda spływała po
moim ciele. Oparłam głowę o skalną ścianę, odchylając się odrobinę do tyłu.
Siedziałam tak chyba z dwie minuty, kiedy poczułam, że ktoś się zbliża. Szybko
weszłam do tunelu i zakamuflowałam wejście, zostawiając mały otwór, przez który
mogłam niezauważenie obserwować świat zewnętrzny. Po kilku minutach ciągnących
się w nieskończoność, zobaczyłam ruch między drzewami. Zaraz potem z lasu
wyłonił się Xenzetsu idąc ramię w ramię z Matthiasem. O czymś rozmawiali, ale
nie słyszałam o czym. Kiedy podeszli bliżej, zauważyłam nerwową gestykulacje
Mata i wkurzoną minę naszego nauczyciela.
- Mówiłem, żebyś bardziej jej
pilnował! Miałeś się dowiedzieć gdzie dokładnie leci! Jakim cudem mogłeś ją
zgubić?! Właśnie ty! Jakim cudem nawet TY ją zgubiłeś!? - wrzasnął nagle
czarnowłosy, zatrzymując się. Mat mimowolnie skulił się w sobie. Nie winiłam go
za to. Xenzetsu pomasował skronie i zawiesił się, patrząc w jeden punkt. Nagle
kucnął i przejechał dłonią po ziemi w miejscu, w którym wczoraj wylądowałam i
uderzyłam w podłoże mocniej niż zazwyczaj. Przerażona przeskanowałam swoją
pamięć i o mało nie odetchnęłam z ulgą, przypominając sobie moment, w którym
przywróciłam gruntowi względnie normalny wygląd. Mimo to, Xen nadal kucał,
wiercąc spojrzeniem dziury w glebie, jak gdyby oczekiwał, że ta opowie mu ze
szczegółami gdzie byłam, ile miałam włosów i co dziś jadłam. Nie zdziwiłabym
się, gdyby tak się stało. Wzrok mojego nauczyciela mógł wszystko. W końcu
wstał, rozglądając się naokoło. - Była tu niedawno. Najdawniej wczoraj -
powiedział podejrzanie spokojnym tonem. Moje serce stanęło, mokre plecy oblał
zimny pot, a ja miałam wrażenie, że woda kapiąca z moich włosów robi za dużo
hałasu. Jeśli by mnie tu znaleźli, jeśli znaleźliby to miejsce.. Nie, wolałam o
tym nawet nie myśleć. Siedziałam cicho, wstrzymując oddech i błagałam w duchu,
żeby żaden wkurzony demon nie usłyszał głośnego bicia mojego serca. Mat przeciągnął
wzrokiem naokoło, zatrzymując go na wodospadzie. Wydawało mi się, że wiedział,
że patrzył prosto na mnie. i że przez jego spojrzenie, w skale powstanie kilka
dodatkowych otworów. Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Xen powędrował za
wzrokiem Mata i spojrzał na szczyt wzniesienia i coś do siebie mruknął. - Shion
nie jest wystarczająco inteligentna, żeby schować się w jaskiniach, nie? -
spytał mojego brata, ale ten tylko wzruszył ramionami. Zazwyczaj już bym
skakała, próbując uderzyć lub uderzając nauczyciela za takie komentarze, ale
tym razem dziękowałam za jego niezachwiane przekonanie, że jestem bardziej tępa
niż przeciętny but.
Kiedy wreszcie odeszli na tyle
daleko, że nie dałam rady nawet ich wyczuć, odważyłam się ruszyć. Zatkałam
otwór, przez który patrzyłam na dwójkę debili płci męskiej i wycofałam się do
jaskini. Przebierając się w suche ubrania, dziękowałam wszystkiemu co istnieje
za to, że istnieje. Rośliny, woda, skały.. Przyroda ma tak specyficzne aury, że
bardzo łatwo je pomylić z tą naszą, demoniczną. Oczywiście tylko, jeśli moc
była w stanie spoczynku. Westchnęłam, roztrzepując mokre włosy i odtworzyłam w
myślach całą tą dziwaczną sytuacje sprzed kilku chwil. Wszystko było dobrze,
wręcz idealnie, bo mnie nie znaleźli, ale jedno mnie zastanawiało. Gabriella
znałam od dziecka, z Evą przyjaźniłam się też masę czasu, tak jak z Akim.. Wiec
czemu zdawało mi się, że to Mat rozpracował gdzie się ukrywałam? Cała ta trójka
znała idealnie tor jakim biegną moje myśli, ale żadne z nich nie wpadło na
pomysł, że mogłabym ukrywać się w jaskiniach. Przecież to byłoby pierwsze
miejsce jakiego bym szukała na dłuższy pobyt na łonie przyrody. Zastanawiało
mnie czemu Matthias na to wpadł. Nigdy z nim ani przy nim o tym nie
rozmawiałam. A może wcale nie wiedział gdzie jestem? Może tylko mi się zdawało?
Nie. Patrzył prosto na mnie, mimo, że były na to minimalne szanse. Ale skoro
tak, to czemu nie powiedział Xenzetsu, że to bardzo możliwe, żebym miała tu
kryjówkę. Przecież tak bardzo chciał się dowiedzieć czy wszystko ze mną w
porządku. Przecież tak bardzo się o mnie martwił. Zmarszczyłam brwi i
zastanowiłam się chwilę, kończąc suszyć włosy swoją mocą. A może Mat wcale się
nie martwił tak bardzo, jak to pokazywał? Może wiedział, że nie było o co się
martwic? Może tak naprawdę próbuje wszystkich odwieść od znalezienia mnie,
wskazując im fałszywe kierunki i tropy. Uśmiechnęłam się pod nosem. Jeśli było
tak, jak myślałam, to dzięki mojemu braciszkowi długo jeszcze nie znajdą mojej
kryjówki i mnie samej.