czwartek, 31 grudnia 2015

Rozdział 17

Niedługo przygoda Shion dobiegnie końca.
Niedługo Shion zostanie...
Meh, dowiecie się w swoim czasie.

***

  Wstałam wcześnie rano i spojrzałam na wyświetlacz elektronicznego budzika. No dobra. Ktoś będzie miał dziś mocno przechlapane. Ciekawe kto. Zerwałam się z łóżka, związałam szybko włosy, chwyciłam plecak i szybko pobiegłam do szkoły. Wpadłam do szatni, kiedy ostatnie dziewczyny z niej wychodziły. Przebrałam się w strój do ćwiczeń i dosłownie poleciałam na lekcje z Bateshim. Wszystko byłoby umiarkowanie dobrze, gdyby nie to, że wywaliłam się zaraz po ponownym stanięciu na ziemi.

  - Dzień dobry, panno Devinill - usłyszałam nad sobą Spojrzałam w górę. Bateshi stał tuż przede mną z założonymi za plecami rękoma i patrzył na mnie z czystą wściekłością w oczach. Cóż się dziwić? Nie odzywałam się do niego już od miesiąca. - Wreszcie zaszczyciła mnie pani swoją obecnością. Nie było pani na zajęciach od dwóch tygodni. Ma pani coś na swoje usprawiedliwienie? - warknął, kiedy wstałam. Otrzepałam się z piachu i spojrzałam facetowi w oczy.

  - Spałam - odparłam twardo, nie dając mu wygrać walki na spojrzenia. W końcu jednak musiałam odpuścić i uciec wzrokiem w bok.

  - W takim razie miała pani wystarczająco dużo czasu, żeby wypocząć - syknął, a mi po plecach przeszły ciarki. Dokładnie do takiego stanu chciałam go doprowadzić. - Wszyscy trzy kółeczka wokół boiska, rozciągnąć się i macie wolne. A pani, panno Devinill, nawet pozycja przyszłej królowej nie uratuje.

  Ledwo powstrzymałam cisnące się na usta przekleństwa. Nienawidziłam, kiedy ktokolwiek wspominał coś o mnie-księżniczce albo mojej przyszłej roboty jako królowej i Bateshi doskonale o tym wiedział. Mimo wszystko, nie odezwałam się. Nie mogłam pogarszać sprawy. Miałam czego chciałam. Dzięki takim wybrykom przestane być wreszcie faworyzowana i nauczyciele dadzą mi porządny wycisk.

  Po 5 lekcji ledwo trzymałam się na nogach. Nie dziwiło mnie to za bardzo. Prawie nic nie jadłam od dwóch dni. Po prostu nie miałam czasu. Nawet na przerwach byłam zalatana. Biegałam od jednego nauczyciela do drugiego, chcąc poprawić testy lub zdobyć dodatkowe oceny.

  Pod prysznicem Eva i Rebecca pomagały mi utrzymać się w pionie. Kiedy wyszłyśmy, wcisnęły mi w ręce dwie puszki pepsi, nie mogąc nic więcej zrobić. Odmawiałam jedzenia. Nie kłopotałam się też ze zbytnim suszeniem włosów. Marella przecież nie będzie wiecznie czekała. Musiałam omówić z nią grafik moich zajęć dodatkowych. Dziewczyny prawie niosły mnie na rekach przez korytarze szkoły. Niemiłosiernie chciało mi się spać, ale po wypiciu dwóch wysoko słodzonych napojów z kofeiną poczułam się odrobinę lepiej i znów chodziłam o własnych siłach. Marella odmówiła udzielania mi dodatkowych lekcji. Usprawiedliwiała swoją decyzję troską o mnie i moje zdrowie. Wtedy dopadły mnie wątpliwości. Czy na pewno robiłam dobrze? Czy to wszystko miało jakiś konkretny cel? Nagle w moim umyśle usłyszałam dwa słowa wypowiedziane głosem Xenzetsu. Za mało. I znów ruszyłam dalej, pełna sił, z nowymi pomysłami.

  Na przedostatniej lekcji ledwo siedziałam. Chciałam już iść do mojej jaskini. Chciałam już się wyrwać z tego betonowego więzienia. Chciałam, chciałam..

  - Dzień dobry - drzwi sali otworzyły się nagle. - Starszyzna chce spotkać się z Shion. Zwalniam ją z lekcji, dobrze? - powiedziała mama, patrząc w stronę biurka nauczyciela. Rafael pokiwał głową.

  - Jasne, nie ma sprawy... Powodzenia - dodał po sekundzie namysłu. No tak. Żeby tam pójść najpierw musiałam podnieść tyłek z miejsca. Podniosłam go. Chwyciłam plecak, spakowałam się w trybie natychmiastowym i wyszłam z klasy. Mama szła obok mnie. Bez słów, bez krepującej ciszy, bez ukradkowych spojrzeń i bez jakichkolwiek informacji. Uśmiechnęłam się pod nosem, zadowolona, że działało to w obie strony. Po chwili rozejrzałam się zaskoczona.

  - Gdzie idziemy? - spytałam zdezorientowana, kiedy po wyjściu ze szkoły, skierowałyśmy się w stronę przeciwną do położenia apartamentowca.

  - Idziemy cię przygotować - powiedziała taki tonem, że ciarki przebiegły mi po plecach. Temat został zakończony. Oczy prawie wypadły mi z orbit, a szczęka opadła na ziemię i wbiła się jeszcze kilka metrów wgłąb. Spojrzałam na mamę, chcąc coś powiedzieć, ale sam jej wzrok mnie powstrzymał. Posłusznie weszłam za nią do salonu piękności. Od wejścia dwie kobiety złapały mnie za ręce, zabrały plecak i zaczęły mnie rozbierać. Moja koszulka pofrunęła w kąt sali, zaraz za nią poleciały spodnie i reszta mojej garderoby. Najpierw obowiązkowo kazały mi wziąć prysznic. Potem nadszedł czas na maseczki, pedicure i manicure, ubrania, makijaż i fryzura. Kiedy skończyły, przejrzałam się w lustrze. Lekkie fale zamiast mojego zwykłego siana, makijaż zamiast zadrapań na twarzy, pomalowane paznokcie zamiast obdartych skórek, długa sukienka z gorsetem zamiast koszulki i dresów, buty na wysokim obcasie zamiast adidasów i jakaś lalka zamiast mnie.

  - Nie sądzisz, że to przesada? - spytałam z wahaniem, obracając się przed lustrem i przyglądając się każdemu skrawkowi dziewczyny w odbiciu.

  - Nie, nie sądzę, a teraz przejdź się kilka razy stąd do drzwi, żebyś sobie nic nie skręciła, kiedy będziesz szła do ich pokoju spotkań - powiedziała władczym tonem. Skapitulowałam już zupełnie i zrobiłam to, o co prosiła mnie mama. Przy okazji trzy razy prawie wybiłam sobie zęby, a raz ledwo uratowałam sukienkę przed podpaleniem.

  - Zupełnie się do tego nie nadaję - warknęłam, przymierzając się do zdarcia tych zwałów materiału ze swojego ciała Zatrzymałam się, widząc zabójczy wzrok mojej mamy. Zapłaciła, a ja posłusznie podreptałam za nią do wyjścia. Przed budynkiem czekał czarny samochód z przyciemnianymi szybami. Zerknęłam na mamę, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że będę dziś traktowana trochę inaczej niż zwykle. Od strony kierowcy wysiadł facet w garniturze i zanim zdążyłam chociaż chwycić klamkę, on już otwierał przede mną drzwi. Kiwnęłam mu głową i uśmiechnęłam się w ramach podziękowania, a on jakoś tak dziwnie się na mnie popatrzył, po czym złożył mi pokłon. Zdębiałam, siedząc już w samochodzie. Mama wsiadła zaraz za mną nic nie mówiąc ani nie siląc się na żaden gest. Kiedy drzwi się za nią zamknęły, spojrzałam na nią wyczekująco.

  - Chcesz coś wiedzieć? - spytała wreszcie, nie mogąc już wytrzymać mojego nachalnego wzroku.

  - Czemu dopiero teraz? Ciocia mówiła o nich jak tylko się tu przenieśliśmy.. Mówiła, że Starszyzna już na mnie czeka. Czemu minęło tyle czasu, żeby chcieli się ze mną spotkać? - spytałam szybko.

  - To nie tak, że oni nie chcieli.. - mama zawiesiła się na chwilę. - Wiesz.. Oni chcieli, żebyś się wszystkiego trochę poduczyła.. Historii Podziemia, jego funkcjonowania, musiałaś popracować nad rozwinięciem swojej mocy. Po prostu uznali, że teraz jest dobry moment na poznanie ciebie - pokiwałam głową, myśląc, że nigdy nie zrozumiem staruszków. - Musisz wiedzieć jeszcze jedno. Starszyzna nigdy nie pokazuje swoich twarzy. Siedzą za gruba kurtyną i są podświetleni od tyłu, ale nie wychodzą, a jeśli już muszą, to nie pojawiają się bez nieprzezroczystej zasłony na twarz. Nikt nie wie czemu, ale każdy, kto próbował się dowiedzieć, tylko ich rozzłościł - westchnęła nieco zmęczonym głosem. Pokiwałam głową. Ona też chciała tylko to przeżyć. Westchnęłam, a raczej ledwo odetchnęłam przez zaciśnięty gorset. Chciałam już lecieć do swojej jaskini.

  Weszłyśmy do schodach do ogromnego budynku, wzorowanego na stylu prosto ze starożytnych Aten. Hol był ogromny i tak jak na zewnątrz, stworzono go na wzór starożytnych świątyń ateńskich. Jedyną różnicą był chyba czerwony dywan i elektryczne urządzenia, takie jak kamery albo winda. Minęłyśmy recepcję, windę i skierowałyśmy się do ogromnych drzwi. Dwójka demonów płci męskiej, ubrana w garnitury, otworzyła przed nami te dziwne wrota. Podziękowałam im grzecznie, czym zaskoczyłam ich tak, jak kierowcę. Skłonili się nisko i zamknęli za nami drzwi. Rozejrzałam się dyskretnie. Sala nie była duża. Pod przeciwległą ścianą siedziała trójka, jak się domyślałam, Czcigodnych Starszych. Tak jak mówiła mama, zza zasłon nie było widać nic oprócz ich cieni. Przed nimi, na dużych poduszkach, siedzieli prawie wszyscy ze Starego Pokolenia. Wszyscy oprócz mamy i Rafaela. Podeszłyśmy do pozostawionych na środku dwóch wolnych miejsc. Xenzetsu zerknął na mnie zszokowany, otaksowując się od góry do dołu wzrokiem, ale nie powiedział nic, kiedy ostentacyjnie go zignorowałam.

  - Witajcie Czcigodni Starsi - powiedziała mama, kłaniając się nisko.

  - Dzień dobry - powiedziałam, pozdrawiając ich skinieniem głowy.

  - Witajcie - zagrzmiał głos faceta, chyba tego siedzącego w środku. - Usiądźcie, Revi, Shion. Nie bój się księżniczko. Zadamy ci kilka pytań i będziesz mogła odejść - po jego głosie słyszałam, że się uśmiechał. Przewróciłam oczami. Jak ja pozwoliłam się tu zaciągnąć.

  - Jak idzie księżniczce w szkole? - spytał kobiecy głos postaci po lewej. Mama już odchrząknęła chcąc odpowiedzieć, ale.. - Nie chcę, żeby wypowiadała się jej matka. Panie Bateshi, proszę odpowiedzieć na pytanie.

  - Idzie jej naprawdę dobrze. Mimo, że jest z nami niecały rok, rozumie niektóre rzeczy lepiej niż demony wychowujące się tu od urodzenia - powiedział grzecznie. Kobieta po lewej skinęła głową.

  - Jak się u nas czujesz, Shion? - spytał facet po prawej.

  - Nie jest źle - zaczęłam, po czym poczułam na sobie morderczy wzrok mamy. Zignorowałam to, uśmiechając się do niej z wyższością. Czy ona myśli, że nie wiem jak trzeba gadać z takimi typkami?- Na początku musiałam się przyzwyczaić do niektórych rzeczy, które różnią Podziemia i Ziemię, ale idzie mi co raz lepiej, mimo, że nadal się uczę. Nie tak łatwo przestawić się po 15 latach.

  - To całkowicie zrozumiałe - odparł środkowy. Mama spojrzała na tatę zdziwiona, a on tylko wzruszył ramionami. - W takim razie..

  I tak minęły mi kolejne dwie godziny. Oni pytali, a ja odpowiadałam tak, że moja mama miała ochotę mnie zabić.

  - Doceniam twoją szczerość, księżniczko. Mam nadzieję, że będziesz przychodziła częściej - powiedziała kobieta po lewej na pożegnanie, a ja odparłam, że nie ma sprawy, mogłam wpadać. Wszyscy wstaliśmy, ukłoniliśmy się i wyszliśmy. Szłam przez budynek otoczona Starszym Pokoleniem. Praktycznie wepchnęli mnie do samochodu, a sami wsiedli do innych ustawionych pod ateńską świątynią. Jechałam sama, więc mogłam wreszcie się odrobinę rozluźnić. Usiadłam, wyciągając nogi przed siebie tak daleko, jak tylko pozwalało mi siedzenie przede mną. Trzasnęłam stawami palców i przekręciłam kark tak, że coś w nim chrupnęło. Odetchnęłam ciężko. Wreszcie rozluźniłam ramiona, które bezwładnie opadły na moje kolana. Teraz wyglądałam jak chłopak w damskim ciele, który nie umie siadać w sukience. Uśmiechnęłam się słysząc tą myśl. Była taka prawdziwa.

  Samochód zatrzymał się powoli. Sięgnęłam do klamki, ale znów się spóźniłam. Kierowca już otwierał przede mną drzwi. Wysiadając, znów mu podziękowałam, a on uśmiechnął się do mnie. Weszłam do holu i w ulgą zrzuciłam ze stóp szpilki. Na boso, trzymając buty w reku, wsiadłam do windy. Kiedy reszcie trafiłam do swojego mieszkania, rzuciłam buty w kąt. Zdjęłam sukienkę, gorset i nałożyłam bluzę. Przy naciąganiu na tyłek dresów prawie się wywaliłam kilka razy. Wcisnęłam stopy w zniszczone już adidasy i znów przebiegłam przez pokój. Pokonałam swoje łóżko, wybiłam się z parapetu i wyskoczyłam przez okno. Rozłożyłam skrzydła i uderzyłam nimi, mocno pchając powietrze za siebie. Popędziłam przed siebie. Widząc znajomą przerwę w koronach drzew, zanurkowałam w dół. Z rozpędu wpadłam do stawu, wstrzymując oddech. Zostając pod wodą, mocno pocierałam swoją twarz, żeby szpachla, którą mi nałożyli w salonie, zeszła. W końcu, po siódmym zanurzeniu, udało mi się ją odskrobać. Wytarłam twarz bluzą, którą miałam na sobie i podeszłam do ściany. Otworzyłam tunel i weszłam do jaskini, maskując za sobą właz. Stanęłam na skalnej posadzce i rozejrzałam się. Nic nie zostało naruszone lub przesunięte. W powietrzu nie dało się wyczuć innej mocy niż moja, wody i gór. Bardzo mnie to cieszyło. Uprzednio sprawdzając dla pewności każdy kąt pomieszczenia, zaczęłam podnosić ciężary. Po trzydziestym siódmym powtórzeniu, pociemniało mi przed oczami. Szybko odłożyłam sztangę na ziemie, pochyliłam się do przodu i zaczęłam powoli i głęboko oddychać. Kiedy wreszcie mogłam coś zobaczyć, położyłam się delikatnie na boku i zamknęłam oczy. Coś złego się ze mną działo. Coś czego nigdy nie chciałam doświadczyć. Słabłam z każdą chwilą co raz bardziej. Wyjęłam komórkę, chcąc zadzwonić do Evy albo Rebeccy, ale przypomniałam sobie. Nie mogły wiedzieć gdzie znajdowała się moja kryjówka. Wstałam i chwiejnie podeszłam do tunelu. Przecisnęłam się przez niego, otworzyłam właz i tracąc równowagę, wpadłam do wody. Zamaskowałam tunel i na chwiejnych nogach wyszłam ze stawu. Rozłożyłam skrzydła i wzleciałam powoli ponad drzewa. Trzymałam się nisko, prawie dotykałam ich wierzchołków. Nagle usłyszałam wołanie, a po chwili wyrósł przede mną Matthias.

  - Źle wyglądasz - stwierdził spokojnym głosem. Wyszeptałam, że mi słabo, po czym poczułam, że powoli zaczynam spadać. Nie dałam już rady. Ostatkami sił utrzymywałam się w powietrzu i tuż nad ziemią złożyłam skrzydła, by moje ciało uderzyło głucho o podłoże. Patrzyłam tępo przed siebie na wpół otwartymi oczami. Mat kucnął i wziął mnie na ręce. Zamknęłam oczy, kiedy poczułam, że zaczynamy się wznosić. Po kilku sekundach chyba zemdlałam, bo nie pamiętałam co dalej się działo.

  Otworzyłam oczy. Byłam w swoim pokoju. Poznałam to po swoich spodniach leżących na krześle i reszcie ciuchów leżących na, pod i naokoło biurka.

  - Jak się czujesz? - spytał ktoś, wchodząc do pokoju. Podniosłam się lekko na łokciach. Mat właśnie zamykał za sobą drzwi. W rekach trzymał talerz z kanapkami i kubek z herbatą.

  - Słabo. Nie mam sił - powiedziałam, opadając z powrotem na poduszkę.

  - Ja rozumiem, że możesz być zła za to co mówili Xenzetsu, mama czy ktokolwiek ze Starszego Pokolenia i masz do tego pełne prawo, ale to wcale nie znaczy, że możesz bezkarnie się wykańczać. Nie zabraniam ci ćwiczyć, to dobrze, że chcesz być lepsza. Ni obchodzi mnie zbytnio to, co odwalasz w szkole, ale mam jedną prośbę. Dbaj o siebie. Jedz odpowiednio, wysypiaj się. To bardzo ważne przy tak intensywnym treningu - Matthias usiadł na brzegu łóżka. Podniosłam się i wzięłam jedną kanapkę do ręki. Po chwili talerz był prawie pusty, a kubek został opróżniony.

  - Gin ci powiedział? - Mat kiwnął głową, a ja usiadłam, obejmując kolana ramionami. - Wiesz o tym, prawda? - spytałam bardziej dla zasady niż dla potwierdzenia swoich domysłów. Brat spojrzał na mnie. - Wiesz, gdzie codziennie znikam, prawda? - Mat cicho westchnął, po czym kiwnął głową. - To czemu im wszystkim tego nie powiesz? Przecież oni prawie schodzą na zawał, kiedy mnie nie ma.

  -Nie mówię, bo wiem, że tego nie chcesz - odparł lekko. Spojrzałam na niego zdziwiona. - Nie chcę, żebyś się przepracowywała, ale wiem, że żadna siła cię przed tym nie powstrzyma. Oszczędzam nerwów i tobie i Starszemu Pokoleniu.. Młodemu zresztą też.

  Uśmiechnęłam się lekko i podziękowałam bratu. Dzięki temu, że utrzymywał mój sekret, mogłam chodzić do swojej jaskini i nikt nie mógł mi tego zabronić. Po kilkunastu minutach, Mat wyszedł, kategorycznie zabraniając mi wychodzenia dziś z domu i jakiegokolwiek ćwiczenia. Zgodziłam się, choć nie bardzo mi pasował taki układ. No, ale czymś musiałam się mu odwdzięczyć za dotrzymanie tajemnicy. Zresztą.. Jutro nie musiałam iść już do szkoły, bo była sobota. Jeden dzień bez ćwiczeń by mnie nie zbawił. Po zjedzeniu tego, co przygotował dla mnie Mat, zaczęłam odzyskiwać siły. Wstałam i poszłam do salonu. Przejrzałam wszystkie swoje gry, po czym stwierdziłam, że nie miałam już w co grać. Cóż się dziwić? Ostatnią grę kupiłam jakoś trzy tygodnie temu i przeszłam ją w jeden dzień. Oceniłam swoje siły na tyle, ile starczyłoby mi na całonocny maraton. Przeliczyłam pieniądze schowane w poduszce leżącej na sofie. Stwierdziłam, że miałam ich wystarczająco dużo, żebym mogła kupić trzy gry i jeszcze wystarczyłoby mi na jakieś jedzenie. Spojrzałam z powrotem na sofę i zaśmiałam się cicho. Chowałam w niej tyle rzeczy, że nie zdziwiłabym się, gdyby któregoś pięknego dnia wyszedł stamtąd murzyn z całą rodziną. Przebrałam się i poleciałam do spożywczego. Masa chipsów, kilka paczek karmelków i kilka butelek mleka czekoladowego. Pakując ostatnią butelkę na wózek, kątem oka dostrzegłam postać, która pojawiła się obok mnie. Odwróciłam głowę. On spojrzał na mnie. Patrzyliśmy sobie nawzajem w oczy.

  - Co ty tu robisz? - spytał, siląc się na swobodny ton.

  - Kupuję jedzenie na jednoosobowe party, a co? - wskazałam na koszyk i odwróciłam się na pięcie. Pchałam koszyk z niejakim trudem. Bądź co bądź, nie odzyskałam jeszcze nawet 1/4 swojej siły. On nadal szedł za mną, jak cień. Mój najgorszy wróg, którego z wielką chęcią uczyniłabym częścią swojej paczki, gdyby tylko chciał. Ktoś, kto nienawidził osób, które miały więcej pieniędzy niż przeciętniacy i uprzykrzał im życie. Ktoś kto myślał, że takie osoby nie mają problemów. Ktoś, kto myślał, że wszystko da się rozwiązać pieniędzmi i pięściami. Ktoś, kto tych pieniędzy nie miał, więc używał tego, co mu zostało. Ktoś, kto na ziemi byłby przykładem definicji człowieka żyjącego w przekonaniu, że wszystkie stereotypy równają się prawdzie. Ktoś, kto wszystko musiał zdobywać własnymi rękoma, więc była prawie nie do złamania. Ktoś, kto nie przyjmował pomocy innych, martwiąc się o swoją dumę. Ktoś, kto nienawidził mnie tylko dlatego, że urodziłam się księżniczką. Oto i Max Jensen Cooper, jeden z najlepszych uczniów Akademii, na którą ledwo było go stać. Niósł w ręku mały, czerwony koszyk, w którym i tak prawie nic nie było. Żal mi go było. Harował jak wół za marne pieniądze, wykańczał się i przez to z dnia na dzień stawał się co raz bardziej gburowaty niż wcześniej. - Chcesz do mnie wpaść? - usłyszałam. Max spojrzał na mnie zdziwiony. Sama nie wiedziałam, kiedy te słowa padły z moich ust, ale co mi tam. Raz się żyje, a ja potrzebowałam towarzystwa. Potrzebowałam osoby, która nie wiedziała o moim konflikcie ze Starszym Pokoleniem.

  - Czy to jakiś podstęp? A może kpina? Chcesz mi pokazać, że jesteś lepsza ode mnie? - spytał spokojnie, wykładając swoje zakupy na ladę. Pokręciłam głową, a on tylko się uśmiechnął. - Nie wierzę ci..

  - I masz rację - odparłam bez emocji, a Max zerknął na mnie zaciekawiony. - Chciałam, żebyś mi coś ugotował, bo ja nie umiem. Dlatego jem to tu - wskazałam na swoje zakupy, kłamiąc bez mrugnięcia okiem. Max westchnął ciężko, kiedy ja płaciłam za siebie.

  - Zgoda - mruknął, kiedy wychodziliśmy ze sklepu. Bez słowa poszliśmy do apartamentowca. Nie leciałam, choć tak byłoby szybciej. Powodem był stan Maxa. Ledwo trzymał się na nogach po dzisiejszych lekcjach. Tak jak ja wcześniej. Podświadomie wiedziałam, że nie jadł nic normalnego od dłuższego czasu, więc nie dałby rady latać. Wjechaliśmy windą na moje piętro, a kiedy wysiedliśmy, szczęka Maxa rozsypała się po ziemi.

  - No co? Zachodź - powiedziałam, skopując buty w stronę ściany. Poszłam do kuchni, a chłopak podążył za mną.

  - Nie tak wyobrażałem sobie mieszkanie księżniczki. Myślałem, że będzie bardziej zadbane i.. - Max zawiesił się szukając odpowiednich słów.

  - Bardziej eleganckie? Wystrojone? Błyszczące? Czystsze? - zaśmiałam się. - Takie rzeczy to nie u mnie. Nie mam czasu sprzątać. Od 7 do 18 mam lekcje. Potem idę trenować, uczę się i idę spać. W weekendy chodzę z chłopakami na piwo albo z dziewczynami połazić po sklepach, choć szczerze tego nienawidzę. A jeśli chodzi o elegancję.. Nie lubię jej. Drogie żyrandole i obrazy za miliony nawet mi się nie podobają. Wolę mieć plakaty na ścianach i lampki choinkowe - zakończyłam swoją przemowę, rozpalając gaz na kuchence pstryknięciem palców.

  - Jesteś zupełnie inna niż inni bogacze - przyznał Max, a ja postawiłam wodę na herbatę. Przygotowałam mu wszystkie potrzebne rzeczy, pokazałam gdzie co jest, po czym położyłam przed nim książkę kucharską, tak na wszelki wypadek, i zniknęłam w swoim pokoju. Z braku innego zajęcia, zaczęłam zbierać z podłogi swoje rzeczy. - Gdzie jest... - zaczął Max, przechodząc przez próg mojego pokoju. Spojrzałam na niego jakby przyłapał mnie co najmniej na ukrywaniu zwłok. Popatrzył na górę ciuchów, którą upychałam aktualnie do szafy, potem zwrócił wzrok na mnie. Stałam z pokerową miną, nie ważąc się nawet ruszyć, nie wiedząc jak mam się w tej sytuacji zachować. Max tylko prychnął, dusząc w sobie wybuch śmiechu. - Gdzie są przyprawy?

  -W półce nad kuchenką - odparłam w końcu. Demon wyszedł, a ja szybko upchnęłam wszystkie ciuchy w szafie i przeszłam do kuchni. Kiedy Max był zajęty gotowaniem, ja wyjęłam kilka ogromnych misek, których używałam do organizowania imprez na piętrze mojej paczki, ulokowanym nad moim mieszkaniem. Wysypałam do nich chipsy i postawiłam w salonie. Oddzielnie rzuciłam opakowania cukierków, a mleko czekoladowe postawiłam pod stołem. Zasiadłam na sofie i czekałam. Wiem, nie wolno kłamać i tak dalej, ale przecież Max nie musiał wiedzieć, że umiałam gotować prawie po mistrzowsku.

  Po jakimś czasie, demon wszedł do salonu niosąc dwa talerze wypełnione po brzegi ryżem z warzywami w sosie ostro-kwaśnym. Zjadłam wszystko co podsunął mi pod nos mój wróg. On sam jadł, jakby ktoś go poganiał. Zaniosłam puste naczynia do zlewu i wróciłam z dwoma nowo kupionymi grami w rękach. - W co chcesz zagrać? - spytałam.

  - Żartujesz sobie ze mnie? - sarknął Max. - Miałem ci tylko ugotować obiad. Teraz wychodzę.

  - Nigdzie nie idziesz, no weź. Zostań i zagraj ze mną - naburmuszyłam się. Max skrzywił się. Pewnie myślał o mnie nieprzyjemne rzeczy. Bardzo nieprzyjemne. Nie wiedziałam czemu tak myślał, ale widziałam to po jego oczach.

  - Nie wystarczają ci twoi przyjaciele? Musisz jeszcze brać się za mnie? - spytał lekko podenerwowany. Ledwo powstrzymałam szeroki uśmiech.  Nie ma tak Maksiu. Zbyt dobrze znam ludzi, demony i ich emocje. Czytałam z ciebie jak z otwartej księgi i w kilka sekund poznałam cię na wylot.

  - Nie muszę, nie schlebiaj sobie - prychnęłam. Po prostu mam ochotę z tobą pograć. Z nimi nie mam teraz najlepszych kontaktów - powiedziałam lekko. Max zdrętwiał, ale po chwili pokiwał głową. Usiadł obok mnie i wziął do ręki pada. Co prawda widziałam, że nie bardzo uśmiechało mu się siedzenie tu ze mną, ale przynajmniej udało mi się go zatrzymać. Nie chciałam, żeby wychodził. Nie teraz. Pierwszy raz od dłuższego czasu gadałam normalnie z kimś innym niż ze sobą i moimi przyjaciółmi, więc nie zamierzałam dać temu tak szybko się skończyć. Zaczęliśmy grać, ale po chwili znudziła nam się nowa gra. Wzięliśmy jedną z moich starych gier, w której trzeba było po prostu rozgromić przeciwnika. Wtedy dopiero zaczęła się jazda. Wrzeszczeliśmy z ustami pełnymi przekąsek, skakaliśmy po kanapie, o mało nie zniszczyliśmy całego salonu. Kiedy nadeszła pierwsza w nocy, pokój wyglądał jak po ataku bombowym, a my siedzieliśmy na ziemi, oparci plecami o wywróconą sofę objedzeni, zmęczeni i ledwo żywi.

  - Hej, Max - zaczęłam. Zwrócił twarz ku mnie. - To tak nie działa, że każdy kto ma pieniądze jest nieczuły, kłamliwy, nieuczciwy i chciwy. Owszem, większość jest, ale nie wszyscy..

  Max westchnął, przecierając twarz dłonią.

  - Tak do końca nie zmieniłem jeszcze o tobie zdania. Możesz okazać się fałszywa - powiedział, znów wbijając wzrok przed siebie.

  - Wiem o co ci chodzi - zaśmiałam się, by po chwili spoważnieć. - W takim razie będę z tobą szczera, dobrze? - spytałam, a chłopak pokiwał głową. - Nie zaprosiłam cię tu dlatego, że nie umiem gotować. Ogólnie, to mam kucharskie zdolności i nawet nieźle mi gotowanie wychodzi.

  - To czemu skłamałaś? - Max zmarszczył brwi, siadając prosto i patrząc na mnie.

  - Spokojnie, nie miałam niczego złego na myśli - uspokoiłam go. - Po pierwsze, chciałam ci pokazać, że nie wszyscy bogacze są tacy, za jakich ich bierzesz. Po drugie, zauważyłam, że ostatnio jesz bardzo mało i wyglądałeś co raz gorzej, więc pomyślałam... - zawiesiłam się i w tej chwili zrozumiałam swój błąd. Demon już stał na prostych nogach, wbijając we mnie wściekłe spojrzenie.

  - Więc o to ci chodziło! - wrzasnął. Miałam szczęście, że moje mieszkanie było jako tako dźwiękoszczelne. - Wiedziałem, do cholery, wiedziałem! Było ci mnie po prostu żal, tak?! To dlatego mnie tu zaprosiłaś! - Max westchnął głęboko, powstrzymując kolejny atak złości. Kiedy nawet nie próbowałam cofnąć swoich słów, spojrzał na mnie z wyższością. - Nienawidzę, kiedy ktoś się nade mną lituję. Sam sobie daję świetnie radę. Nie potrzebuję ani ciebie, ani twojej pokazowej dobroci. Pomagasz demonom, które cię nienawidzą z wzajemnością. To nie jest normalne. Nie wiem jak, ale cię rozgryzę i dowiem się, czemu tak robisz. Każdy z was, urzędasów, jest zakłamanym gnojkiem. Wszystko robicie na pokaz - to mówiąc, wyszedł z pokoju i wsiadł do windy. Spojrzałam pustym wzrokiem na niebo za oknem. Czarne niego naznaczone milionami białych, świecących gwiazd. W tym miejscu rozpoczęło się dziwne powiązanie mojego losu z losem młodego Coopera. Wstałam, wzdychając ciężko. Nie wiedząc ani o połączonym losie, ani o tym co tak naprawdę działo się za murami Ateńskiej świątyni, pogodziłam się z tym, że z Maxem Jensenem Cooperem nigdy nie uda mi się dogadać.

czwartek, 24 września 2015

Rozdział 16

Tak jak mówiłam, jest rozdział 16.
Jest fajniejszy od 15 i więcej się w sumie dzieje.
I jest fajnie. No.
Więc.. Tak, no.
Jem płatki.
Przepraszam, że wstawiam 4 dni po terminie, ale cały weekend byłam zalatana.
PFA4 było świetne, 9/10 polecam.


***

  Otworzyłam oczy. Ciemno, ale powoli już się przejaśniało. Przez okno wpadało nikłe, blednące już światło księżyca. Przekręciłam się na drugi bok. Leżałam na kanapie. Reszta zajęła podłogę, mówiąc, że skoro jestem dziewczyną, to mam mieć wygodnie. Z ich strony dobiegały do mnie miarowe, spokojne oddechy. Wszystko zdawało się nieruchome, uśpione, spokojne.. Wydawało się normalne. Ale tylko się zdawało. Każdy z nas leżał i czekał. Nie musiałam wstawać i zapalać światła, żeby wiedzieć, że wszyscy mieli otwarte oczy. Nikt się nie ruszał. Nikt się nie odzywał. I tak samo, nikt nie spał. Wszyscy mentalnie przygotowywali się na swoją pierwszą w życiu bitwę.

  -Nadchodzą - głos Xenzetsu przeciął ciszę. Nasz mentor wstał, a my zaraz za nim. Zjedliśmy przygotowane wieczorem kanapki. Atmosfera w pokoju była jakby podniosła, nikt nie ważył się nawet zapalić światła. Zamknęłam się w łazience. Dopiero tam pstryknęłam włącznikiem. Światło oślepiło mnie na kilka sekund. Przeciągnęłam dłonią po specjalnym stroju do walki rekrutów, który leżał przygotowany na pralce. Wyglądał trochę jak kombinezon z materiału na legginsy, ale widziałam jego testy. Tego cholerstwa nie przeciął żaden byle jaki nóż. Nałożyłam go i poczułam jakbym właśnie odnalazła swoją zagubioną, ulubioną koszulkę. Jakbym była stworzona do noszenia tego. Nałożyłam brudnozieloną bluzę i spojrzałam w lustro. Odbicie mówiło to, czego ja bałam się powiedzieć na głos. Byłam tym wszystkim podniecona. Cała ta akcja.. Wydawało mi się, że to właśnie to, na co czekałam całe 15 lat swojego życia. Wszyscy, bez wyjątku, bali się, że coś pójdzie nie tak, że zostaną ranni, że zginą. A ja stałam teraz przed lustrem i drżałam z ekscytacji, moje oczy błyszczały, a usta wyginały się lekko do góry, w ukrywanym na siłę uśmiechu. Wzięłam głęboki oddech, decydując się na zrzucenie maski. Wyszłam z łazienki uśmiechnięta od ucha do ucha i pełna życia. - Idziemy - powiedział Xen, patrząc na mnie. Przez chwilę był lekko zmieszany, widząc mój uśmiech, ale po chwili on i reszta chłopaków też delikatnie się uśmiechnęła. Wyszliśmy na podwórko. Mimo powolnie przerzedzających się ciemności, widziałam dosłownie wszystko. Każdy listek, każde źdźbło trawy..

  - Whoaa.. Lepiej niż w dzień - powiedziałam rozglądając się na wszystkie strony. Mat mruknął coś o mojej beztrosce i bezmyślności, po czym ucichł. Przestałam się ruszać. też to usłyszał. Kroki. Wszyscy zamarliśmy w oczekiwaniu. Ktoś do nas szedł i wcale się z tym nie krył. Xen spojrzał na mnie wyczekująco. Kiwnęłam głową i zamknęłam oczy.

  - Sześciu.. Nie. Siedem. Siedem aniołów. Jeden nastolatek, jeden starszy od reszty.

  - Dobra robota - Xen poklepał mnie po plecach. - Od teraz radzicie sobie sami. Mogę interweniować tylko wtedy, kiedy zagrożone będzie wasze życie. Postarajcie się nie robić nic głupiego. Nie mam dziś nastroju do sprzątania po wypadku - uśmiechnął się do nas złośliwie. Mat pokazał mu środkowy palec i razem z chłopakami odwrócił się do nas tyłem. Zerknęłam na Xenzetsu. Moje przypuszczenia się potwierdziły. Jego złośliwy grymas przerodził się w zaniepokojenie widoczne na całej jego twarzy. Spojrzał na mnie, a ja kiwnęłam głową, pamiętając jego słowa z wczorajszych rozmów. Xenzetsu ulotnił się, a my zostaliśmy we czwórkę.

  - Otaczają nas - ostrzegł Mat. Gin spojrzał na mnie.

  - Co robimy? - spytał lekko uśmiechnięty.

  - Czemu to mnie pytasz, człowieku? Jestem w tej sytuacji pierwszy raz - powiedziałam zdziwiona. Gin obejrzał się w moją stronę i uśmiechnął się z przekąsem.

  - Bo jesteś naszą przyszłą królową i myślę, że wiesz co mamy zrobić..

  - Nie mam pojęcia - przerwałam mu, ustawiając się przodem do drzew. Stanęliśmy w okręgu plecami do siebie. Z pomiędzy drzew wyszli blondwłosi ludzie, którzy widząc nas, zasyczeli wrogo i zamienili się w ubrane na biało istoty. Przez chwilę jedyne o czym myślałam to to, że te istoty nie są tak piękne jak się ludziom wydawało. Przeciętna blondynka ze sztucznym cycem była ładniejsza niż ta.. ten.. to, co przed chwilą jeszcze miało piersi. - Na pohybel temu czemuś! - wrzasnęłam biorąc rozbieg. Skupiłam noc w stopach, wybiłam się w górę i kopnęłam z wyskoku to, co przed chwilą było jeszcze kobietą. Stwór odleciał w tył i natychmiast uderzył o pień drzewa. Spojrzał jeszcze w dół zanim jego głowa opadła na pierś. - Ale jazda! - zawołałam. - Jeden z głowy! - wrzasnęłam, wskazując na bezwładne ciało zwisające z gałęzi. Wtedy zaczęło się piekło. Anioły z dzikim wrzaskiem rzuciły się na nas. My rzuciliśmy się na nich, jednak jedyną, która wrzeszczała, byłam ja. Wszystko było dobrze przez pierwszych kilka sekund. Potem sprawy zaczęły się komplikować. Odpierałam jeden atak po drugim. Nie miałam czasu nawet pomyśleć o kontrze, broniłam się instynktownie. Odskoczyłam, kiedy dwa atakujące mnie anioły weszły sobie w drogę. Oddychając ciężko, zerknęłam w stronę Davida i Gina. Stali do siebie plecami i odpierali ataki trójki aniołów. Spojrzałam z powrotem przed siebie w momencie, w którym jeden z moich przeciwników trafił mnie pięścią tuż pod mostkiem. Otworzyłam usta szeroko w niemym krzyku, jednak zdołałam złapać go za nadgarstek. Spojrzał na mnie zaskoczony, a ja wzruszyłam ramieniem. - Nie tym razem - szepnęłam, kładąc dłoń na szyi stwora. Pokręcił głową, próbując się wyrwać. Za późno. Jego szyja wybuchła, kiedy czarne płomyczki przeskoczyły z moich palców do jego przełyku. Sama nie wiedziałam co się właśnie stało, ale też nie miałam zbytnio czasu się zastanawiać. Włosy wypadające z ciasno zawiązanego kucyka powoli zaczęły mi zasłaniać widok. Korzystając z tego, że mój drugi przeciwnik próbował pozbyć się z oczu krwi swojego sprzymierzeńca, spojrzałam w stronę Mata. Mój brat uginał się pod ciosami najstarszego potwora, który okazał się być najsilniejszy.
- Mat! - krzyknęłam, chcąc rzucić się w stronę brata, ale anioł, z którym walczyłam, złapał mnie za nadgarstek. Odwróciłam głowę w jego stronę przerażona. Zupełnie o nim zapomniałam.

  - Za mojego ojca - syknął, a następny dźwięk, który usłyszałam, to odgłos głuchego uderzenia. Na chwile mnie zamroczyło. Pieść anioła trafiła prosto w mój nos. Poczułam jak krew zaczyna spływać po jego ściankach.

  - O ty gnoju - warknęłam, wymierzając cios wolną ręką. Trafiłam pięścią dokładnie w jabłko adama. Anioł zaczął się krztusić, wbijał przerażony wzrok w ziemie, próbując złapać oddech. Wykorzystałam jego chwile słabości i szybko kopnęłam go kolanem w brzuch, a kiedy się schylił, próbując zredukować ból, ja wyciągnęłam zwykły nóż z buta i wbiłam go miedzy żebra anioła. Przeciwnik runął na ziemie, a ja rzuciłam się w stronę Matthiasa. Gin właśnie zabił jednego ze stworów i zajął się tym, który chciał ruszyć na mnie. Poczułam gotującą się w mojej klatce piersiowej moc, która tylko szukała ujścia. Nie czułam nic, nie miałam na to teraz czasu. Wszystko tutaj było jednym wielkim strachem. Patrząc z przerażeniem na Mata, który kilka kroków za sobą miał ścianę domku, czułam wielki żal do siebie, że nie przyłożyłam się bardziej do wychowania fizycznego. Byłabym szybsza, mogłabym być już przy Matthiasie i mu pomagać. Zaklęłam w duchu i przyspieszyłam. Nagle odbiłam się od czegoś z impetem. Złapałam równowagę i zdezorientowana pomacałam przestrzeń przed sobą. - Co jest?! - wrzasnęłam, uderzając w niewidzialne coś pięścią.

  - To bariera! - zawołał Xenzetsu. Wzięłam głęboki wdech. Bariera, do jasnej cholery! Wypuściłam powietrze przez zęby. Zamknęłam oczy, gromadząc strzępki tlącej się we mnie mocy i umieszczając je na prawej pięści.

  - A może coś jeszcze?! - wrzasnęłam, wymierzając cios w barierę. Kilka sekund po uderzeniu spod mojej pięści zaczęły wypełzać pierwsze małe pęknięcia, które po chwili rozrosły się, pokrywając barierę siatką świecących rys. Kilka sekund potem runęła z głuchym trzaskiem jak szkło. Mało mnie obchodziło teraz to czy w dotyku też była jak szyba, mało mnie obchodziło to, że mogłabym sobie pokaleczyć nogi biegnąc po szczątkach bariery. Na szczęście nic takiego się nie stało i już po chwili pędziłam w stronę mojego brata, który był już przyparty do ściany. Od ostatecznego ciosu uratowało go zniszczenie bariery. Stary anioł odwrócił się w moją stronę, ale zaraz potem zwrócił się ku Matthiasowi. Nagle wszystko zwolniło. Powietrze rozdarł krzyk, kiedy pazury anioła zatopiły się w skórze Mata, żłobiąc w jego klatce piersiowej cztery pręgi. Zatrzymałam się. Czułam jak przerażenie odbiera mi władze nad ciałem.

  - Shion! Rusz się! - usłyszałam Xenzetsu. Spojrzałam na niego z autentycznym przerażeniem w oczach, po czym znów ruszyłam ku bratu. Nie mogłam się poddać, bo inaczej mój brat mógłby zginąć. Xen mógłby nie zdążyć. Gdy byłam blisko anioła, odwróciłam głowę i zamknęłam oczy, wbijając z rozpędu bark w prawą stronę jego klatki piersiowej. Nie upadł, ale musiał zrobić kilka chwiejnych kroków w tył, żeby zachować równowagę. Spojrzałam na ranę brata. Nie była tak głęboka jak myślałam, ale musiała piekielnie boleć. Zwróciłam twarz w stronę anioła, ale po chwili moja głowa i tak odleciała mi w tył, kiedy dostałam prawym sierpowym. Złapałam Matthiasa za rękę i maksymalnie szybko wepchnęłam w niego swoją moc, po czym wchłonęłam ją z powrotem razem z częścią jego bólu. Teraz oboje mogliśmy walczyć. Odkręciłam się i korzystając z siły odrzutu, zmiażdżyłam aniołowi nos pięścią lecącą po łuku niczym młot na zawodach. Coś chrupnęło, anioł zasyczał wściekle, łapiąc dłonią pogruchotaną, ociekającą krwią miazgę. Złożyłam obie dłonie razem, wyprostowałam palce i otuliłam je mocą formując ją coś na kształt szerokiego ostrza, po czym wbiłam to cudo w brzuch starego stwora i pociągnęłam je w dół. Flaki wypadły, plaskając cicho o ziemie tak jak ich właściciel, przy akompaniamencie ogłuszającego krzyku. Matthias wyjął z buta nóż do krojenia pomidorów i wbił go w skroń potwora, jedyną odsłoniętą cześć anioła. Krzyk zgasł w chwili, w której Mat puszczał rękojeść. Spojrzeliśmy w stronę Davida i Gina. Oni szli już w nasza stronę. Wszyscy ciężko oddychaliśmy. Spojrzałam na Matthiasa, uśmiechnęliśmy się do siebie.

  - No nieźle - powiedział, zieleniejąc nagle. Kilka sekund później odbiegł kawałek, żeby zwrócić nadtrawione lekko kanapki. Dopiero kiedy spojrzałam w niebo, rozejrzałam się, a mój wzrok trafił na siedem poniewierających się ciał, doszło do mnie wszystko co się stało. Emocje wróciły, pojawiając się i zamierając niespodziewanie. Wszyscy byliśmy we krwi, w większej lub mniejszej części też swojej. Zabiliśmy ich. Wszystkich. Zabiliśmy. Zabiłam. Zabiłam żywe istoty mające rodziny i życia.. Nie. To wróg, który tak samo zabijał naszych. Nie wolno okazywać im litości nawet po ich śmierci. Wróciłam do swojej w pełni ludzkiej wersji i spojrzałam na Xenzetsu idącego ku nam. Był poważny. Matthias usiadł na ziemi miedzy nami, zapewniając, że nie będzie już wymiotował.

  - Spisaliście się na medal - powiedział nasz nauczyciel, klepiąc mnie po głowie. Od tej chwili zapanowała wygodna cisza. Otuleni milczeniem wróciliśmy do domku. Pan Xenzetsu chciał zabrać chłopaków nad pobliskie jezioro, żeby się umyli, a mi zostawili wolną łazienkę, ale wybiłam mu ten pomysł z głowy. Matthias nie mógł iść z tak paskudnymi ranami. Nie były może głębokie, ale nie warto było ryzykować. Wspólnymi siłami opatrzyliśmy mojego starszego braciszka. Trójka chłopaków go trzymała, żeby nie wierzgał za mocno, a ja go zszywałam. Poszło mi zadziwiająco dobrze i bezboleśnie jak na pierwszy raz, co nie oznaczało, że było zupełnie dobrze. Kilka razy nie chcący pchnęłam zakrzywioną igłę za głęboko. Na szczęście po kilkunastu minutach było po wszystkim. Mat zasnął prawie od razu po podaniu mu środków przeciwbólowych, więc mogliśmy spokojnie go zostawić i pójść nad jezioro się umyć. Kategorycznie odmówiłam zostania w domku i skorzystania z łazienki. Nie chciałam teraz być sama. Jak nic bym się załamała, poryczała albo coś jeszcze. Chwyciłam ręcznik, czyste ciuchy i dobiegłam do chłopaków znikających miedzy drzewami. Gin mówił coś do Davida, że jeśli mu niedobrze, to powinien wsadzić dwa palce do gardła i nie trzymać tego w sobie, bo to toksyczne, a pan Xenzetsu komentował całą scenkę, dorzucając od siebie, że Gin jest gotowy na bycie ojcem. Całą czwórką zgodnie się zaśmialiśmy. Szłam na samym przodzie, dość żwawym krokiem, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Śmiałam się z nimi, a w kącikach moich oczu niebezpiecznie czaiły się łzy. Kiedy tylko dotarliśmy nad jezioro, David zrzucił z siebie ubranie w biegu i wskoczył do wody. Gin zrobił to samo po wcześniejszym otrząśnięciu się z szoku po usłyszeniu dzikiego wrzasku przyjaciela. Odłączyłam się niepostrzeżenie od kolorowej gromady, skręcając w lewo. Weszłam w pobliskie krzaki. Tak jak myślałam, było tam schowane łagodne zejście z każdej strony otoczone gęstymi krzewami. Czułam, że któraś z moich nauczycielek maczała w tym palce. Zdjęłam powoli z siebie materiał stroju bojowego i weszłam do chłodnej, prawie zimnej wody. Zadrżałam mimowolnie. Nie przeszkadzała mi jej temperatura, tylko przypominała o tym, że za sobą zostawiłam trójkę zabitych własnoręcznie stworzeń, które były teraz zimniejsze niż cokolwiek, co mnie otaczało. Nie zorientowałam się kiedy woda zaczęła mi sięgać bioder. Stwierdziłam, że nie było sensu dalej wchodzić. Ochlapałam się wodą i zaczęłam trzeć. Najpierw dłonią, potem kostkami, a kiedy i to nie pomogło, użyłam paznokci. Dopiero wtedy udało mi się do końca usunąć krew ze skóry. Stanęłam spokojnie i spojrzałam na przestrzeń przede mną. Tafla jeziora była gładka niczym lustro. Właśnie. Lustro. Żeby umyć twarz, potrzebowałam lustra. Spojrzałam na swoje odbicie. Nadawało się. Delikatnie zamoczyłam dłoń i zaczęłam pocierać obszar pod nosem i naokoło ust. Jeden anioł rozbił mi nos, a drugi rozciął wargę. Cóż.. Mogło być gorzej. Wyciągnęłam ręce do góry i przeciągnęłam się. Nagle poczułam gwałtowny skurcz w okolicy żeber. Skuliłam się lekko, przyciskając dłonie do bolącego miejsca. Spojrzałam w dół na swoją klatkę piersiową i brzuch. Od mostka aż na żebra pod lewą piersią rozciągał się ogromny, ciemnofioletowy, prawie czarny siniak. A jednak było gorzej. Miałam stłuczone żebra. Skrzywiłam się mocno. Tylko tego mi jeszcze brakowało. Westchnęłam lekko i pochyliłam głowę do przodu, zanurzając włosy w wodzie. Przeczesywałam je palcami, żeby choć trochę wypłukać z nich krew. Odrzuciłam je na plecy. Nie zauważyłam kiedy urosły mi tak długie. Sięgały mi teraz za tyłek, co było dość dużym wyczynem przy moim wzroście. Moje włosy były naprawdę długie. Podświadomie zrezygnowałam z myślenia o nich. Mój mózg wolał czuć się źle. Niestety nie mogłam nic na to poradzić. Czułam się źle. Zabiłam trzy żywe stworzenia. Byli wrogami, fakt. Mordowali naszych, fakt. Za to im się należało i w tym aspekcie nie miałam nic do dodania, zasłużyli przez to na śmierć, ale bardziej chodziło o to, że..

  - Shion! - usłyszałam krzyk Davida, a po nim jeszcze dwa głosy nawołujące mnie.

  - Spróbujcie podejść kawałek bliżej, a gwarantuje, że jutro będziecie śpiewać w operze głosami wyższymi od sopranu! - wrzasnęłam, dla bezpieczeństwa stając tyłem do krzaków. Odwróciłam nieznacznie głowę, zerkając za siebie. Odetchnęłam z ulgą, kiedy okazało się, że jestem jeszcze zupełnie sama. Szybko wyszłam na brzeg, związałam mokre włosy w kucyk, wytarłam ciało i ubrałam się w czarną koszulkę i szare dresy. Rozpuściłam włosy i zrobiłam na nich turban z ręcznika. Pozbierałam swoje rzeczy, zdjęłam ręcznik z głowy i przerzuciłam go przez ramie, pozwalając, żeby trochę już wyschnięte włosy rozsypały się po moich ramionach i plecach.

  - No nareszcie.. Już się baliśmy, że zemdlałaś czy coś - westchnął David, kiedy wyłoniłam się z pomiędzy krzaków. pokazałam mu język. Reka Gina otarła się o moje ramie, kiedy mijał mnie, żeby podejść do Xenzetsu. Od razu przypomniał mi się ten martwy wyraz oczu anioła, któremu rozsadziłam szyje. Drugi z nich powiedział, że zabiłam jego ojca. Coś ścisnęło mnie w sercu. Podniosłam głowę do góry i uśmiechnęłam się lekko. Wyglądałam naturalnie, ale za cholerę taka nie byłam.

  Kiedy wróciliśmy do domku, każdy zajął się swoimi sprawami. Gin zakopał się po uszy w książkach, które znalazł w jakiejś skrzyni, David grał na PSP, które wbrew zakazom, zabrał ze sobą, a Mat nadal spał. Xenzetsu wyszedł, mówiąc, że idzie na zwiady, żeby sprawdzić czy na pewno nikogo poza nami tu nie ma. Wiedziałam, że tak naprawdę poszedł sprzątnąć ciała. A ja.. Ja siedziałam nieruchomo, wpatrzona w jeden punkt. Nikt na mnie nie zwracał uwagi, często miałam takie zatrzymania procesów myślowych. Tymczasem ja myślałam o tym, co powiedział mi pan Xenzetsu. "To żywe istoty. Będziesz dała radę?" czy coś takiego. Zaraz potem przypomniałam sobie swoje słowa. "To tylko wrogowie." Miałam rację. Jeśli będę traktowała je jak maszyny, to powinno być dobrze.

  Około 17 zaczęliśmy się pakować. Xenzetsu spał do tej pory, żeby mieć siłę prowadzić w nocy. Zapięłam zamek torby i rozejrzałam się po salonie. Sięgnęłam po komórkę. Żadnych wiadomości. Nie dziwiłam się. Ja też nie miałam ochoty na rozmowę. O 17.50 zarzuciłam plecak na ramię i wyszłam z domku jako ostatnia, gasząc wszystkie światła. Wrzuciłam swoje rzeczy do bagażnika, a po mnie swoje pakunki ustawiali w kolejności Gin, Matthias i David. Uważali, żeby nic się nie pobiło, nie podrapało, nie zniszczyło ani nie wybuchło. Ja miałam na to zdrowo wywalone, więc znów zajęłam miejsce z przodu obok kierowcy. Zapięłam pasy i czekałam aż najbardziej zorganizowany gatunek świata wtoczy się do samochodu i pozapina pasy. Czy wszyscy mężczyźni uważają, że siedzenie na środkowym miejscu z tyłu to jakaś ujma na honorze czy coś? Wreszcie mogliśmy ruszać w drogę. Pierwsze kilka godzin drogi minęło w dość luźnej atmosferze. Gin czytał, oświetlając książkę latarką, David grał na swoim PSP, a Matthias pisał z Akim. Co jakiś czas rozmawiali miedzy sobą o czymś, czego ja nie słyszałam siedząc z przodu ze słuchawkami na uszach. Siedziałam zwrócona ciałem do okna i patrzyłam na widoki za nim. Widoki w sumie były marne, bo robiło się co raz ciemniej, ale nie chciałam patrzeć przed siebie. Widziałabym wyraźnie jak Xenzetsu zerkał na mnie z niepokojem, a teraz przynajmniej mogłam udawać, że niczego nie zauważałam. Czasem patrzyłam we wsteczne lusterko albo zerkałam do tyłu przez lewe ramie, starannie omijając wzrokiem nauczyciela.
  Najwcześniej, bo o 20 padł Matthias. Wciąż był wykończony bólem i nikt nie miał mu tego za złe. Rany, choć płytkie, były długie, a klatka piersiowa jest dobrze unerwionym miejscem. Kilka minut po nim poddał się David. Stwierdziłam to po głośnym chrapaniu, którego chwilę potem pozbył się Gin, szturchając naszego prywatnego bachora w żebra. Mój najstarszy przyjaciel, zielonowłosy mól książkowy, wpadł w objęcia Morfeusza kilka minut po północy. Wtedy zdjęłam słuchawki z uszu, wreszcie nie musząc słuchać ciągłego klikania, przewracania stron, chichotów, szeptów, stłumionych przekleństw i wszystkiego, co zagłuszałoby pracę silnika.

  - Jak się czujesz? - spytał pan Xenzetsu, zerkając na mnie po dłuższej chwili ciszy. Wzruszyłam ramionami. - Mówię poważnie. Martwię się. Byłaś dziś bardzo cicha, praktycznie nieprzytomna..

  - To był mój pierwszy raz - przerwałam mu, nie odwracając wzroku od ciemności mijającej nas za oknem. - Wszyscy już wcześniej zabijali, wiesz? Eva, Gabe i Aki też.. Oni wszyscy już to przeżyli.. Ja nie. To był pierwszy raz kiedy kogoś zabiłam, a już mam na koncie trzy życia.. - szepnęłam, a Xen milczał, pozwalając mi wyrzucić wszystko z siebie. - Wiesz.. Na początku było fajnie. Naprawdę fajnie się bawiłam rywalizując ze wszystkimi. Oceny, wyścigi, zawody, sztuki walki. To wszystko było dla mnie tylko zabawą, nie zdawałam sobie sprawy z tego, na co się porwałam. Teraz zrobiło się poważniej. Nie wiedziałam do tej pory jak zareaguje na odebranie komuś życia. Nie jestem jakoś ześwirowana czy coś, ale nie wiem czy dam radę tak na dłuższą metę. Nie wiem czy nie jest dla mnie jeszcze za wcześnie.. Może powinnam zrezygnować? Albo powinnam coś w sobie zmienić?
  - Co zmienić? - przerwał mi Xenzetsu spokojnie, ale widziałam jak zmarszczył brwi w początkowej fazie złości. - Co miałabyś w sobie zmienić, co? Wyrzucić z siebie emocje? To równałoby się z wyrzuceniem z siebie człowieczeństwa, a wiesz przecież, że demony to tylko nazwa wymyślona przez bezmózgowców. Jesteśmy ludźmi..

  - Ze specjalnymi zdolnościami, wiem.. Wiem to! - zawołałam nagle, uderzając pięścią w kolano. - Wiem to, ale.. Co innego mam zrobić? Jak na razie wszystko przypomina mi o tym, że zabiłam te stworzenia, a we mnie szaleje huragan, który wszystko pochłania, wszystkie emocje.. To boli.

  - Przejdzie ci, naprawdę. Uwierz, że przechodziłem to samo jak byłem trochę młodszy od ciebie - odparł Xen, zaciskając mocniej obie dłonie na kierownicy. - Musisz się po prostu przyzwyczaić. Nic innego ci nie pozostało. Mogłabyś wrócić na Ziemie i tam żyć, udając, że nic się nie stało, ale byś tak nie zrobiła. Nie jesteś typem, który ucieka. Poza tym, w którymś momencie instynkt wziąłby górę i czułabyś potrzebę wyładowania się na kimś. Uwierz, że będzie ci lepiej tutaj, mówię z własnego doświadczenia, mała. Tu jest twój dom, a twoim przeznaczeniem jest nami dowodzić jako Królowa. Jednak to, jak będziesz odbierać życia, a będziesz to robić, bo to jest nasz pierwotny odruch, to, jak będziesz rządzić i to, jaka się staniesz.. To zależy tylko od ciebie.. - powiedział. Po moich policzkach stoczyły się łzy, które spadły na moją bluzę. Nie wycierałam ich, nie mogłam, bo by to zauważył. Nie chciałam, żeby widział mnie w mojej chwili słabości. Miałam być królową, a kto by słuchał takiej rozlazłej królowej? I tak już za dużo mu nagadałam. Powinnam była to zatrzymać dla siebie, jak wszystko, co mnie bolało, a bolało mnie wiele rzeczy. - Shion, śpisz? - spytał cicho. Odchrząknęłam, żeby oczyścić gardło.

  - Nie - odparłam równie cicho, mając nadzieje, że mój głos się nie załamie. Niestety, przeliczyłam się. Mój głos załamał się jak jeszcze nigdy, a moją piersią wstrząsnął cichy szloch. Aż tak płakałam? Nie zauważyłam tego. Jednak Xenzetsu zauważył. Skręcił na pobocze i wyłączył silnik. Siedzieliśmy chwilę w ciszy, kiedy on zaciskał i rozluźniał uścisk na kierownicy. W końcu uderzył w nią prawą dłonią i odpiął pasy.

  - Wysiadaj - nakazał głębokim głosem. Posłusznie wysiadłam z auta i razem z nauczycielem przeszłam za tył samochodu. Wyjął z niego dwie bluzy. Narzucił mi na ramiona jedną, a sam nałożył drugą. Po chwili grzebania w bagażniku, wyjął dwa piwa. Zamknął klapę na tyle cicho, żeby nie obudzić chłopaków, ale widziałam, że miał ogromną ochotę trzasnąć nią z całej siły. Postawił szklane butelki na ziemi i bez ostrzeżenia podniósł mnie do góry. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, już siedziałam na klapie bagażnika. Xenzetsu zamknął samochód, podał mi jedną z butelek, a sam usiadł obok mnie z drugą w reku. Otworzył mi piwo tradycyjnym sposobem, choć myślałam, że użyje mocy. Pociągnęłam nosem stawiając butelkę na kolanach. Trzymałam ją oburącz, bojąc się, że wypadnie mi jeśli będę trzymała ją tylko jedną drżącą ręką. - Uspokój się, dobrze? Spokojnie - szepnął Xenzetsu, patrząc w niebo. Pociągnął kilka łyków piwa, ja zrobiłam to samo. Siedzieliśmy w ciszy, ja wpatrzona w ziemie, on w niebo. Stykaliśmy się ramionami. Powoli się uspokajałam, łzy nie ciekły już całymi wodospadami. Kiedy piwa zostało mi na dwa łyki, Xenzetsu skończył już swoje. - Wiesz.. Rozumiem czemu tak się czujesz. Dorastałaś na Ziemi, gdzie są inne zasady, obyczaje, nauczanie, kodeksy.. Rozumiem czemu czujesz się nieswojo tutaj, czemu udajesz silną..

  - Nie udaję - powiedziałam twardo.

  - Tak to wygląda, przepraszam jeśli się pomyliłem - powiedział poważnym tonem. - Po prostu wyglądasz jakbyś dusiła wszystko w sobie, bo zamiast dać sobie pomóc, to wolisz udawać, że wszystko jest dobrze.. Czekaj - mruknął i zamyślił się na chwile. - Masz racje, jesteś silna. Jesteś co raz silniejsza, ale twoją słabością są duma i chęć nieokazywania swoich słabszych stron. Wiesz, że zawsze możesz do mnie przyjść, zapytać o coś, wyżalić się, ponarzekać, pokrzyczeć, popłakać, a to i tak zostanie miedzy nami. Może i wydaje się dość nieprzyjemny, ale jestem naprawdę miły - zaśmiałam się cicho. Znów nastała cisza. Poruszyłam butelką, żeby zobaczyć jak ciecz w środku przelewa się z jednej ścianki na drugą.

  - Wiesz.. Cały czas chce mi się ryczeć. Czuję, że się nie nadaje do tego wszystkiego, że jestem na to za słaba, że nie dam sobie z tym rady.. Boję się tego, co będzie. Już nie chodzi o samo zabijanie. Boję się panowania. Nigdy nie byłam dobra w kierowaniu nawet pięcioosobową grupą, nie mówiąc o całym państwie - przełknęłam głośno ostatnie dwa łyki piwa i spojrzałam na Xenzetsu załzawionymi oczami. - Boję się.. - wyszeptałam, kiedy on też zwrócił wzrok w moją stronę. Patrzyłam w ciemne, ciemne zielone oczy, szukając w nich pocieszenia. Po moim policzku stoczyła się łza. Złapał moja twarz w dłonie i wytarł kciukami łzy.

  - Nie mów nic więcej - powiedział, zeskakując z bagażnika i po chwili stał tuż przede mną. Rozłożył ramiona, stając miedzy moimi nogami. Oplotłam jego klatkę piersiową, kładąc głowę tuż pod jego brodą. Wzięłam głębszy wdech, żeby zapytać czemu to robi, ale ścisnął mnie mocniej. - Mówiłem, żebyś się nie odzywała. Wszystko będzie dobrze, obiecuję - powiedział. Pokiwałam głową bez przekonania. Odsunął mnie kawałek od siebie i złapał mnie za podbródek siłą zmuszając mnie do spojrzenia mu w oczy. - Naprawdę wszystko się ułoży, tylko pamiętaj, że zawsze możesz do mnie przyjść i się wyżyć. A nawet jeśli nie będzie źle, to i tak przychodź. Lubię twoje towarzystwo. Wierzę w ciebie i pamiętaj, że nikt na ciebie nie będzie naciskał. Musisz wszystko zrozumieć w swoim tempie - uśmiechnął się lekko, zakładając kosmyk moich włosów za ucho. Pokiwałam głową i odwzajemniłam delikatny uśmiech. Xenzetsu spoważniał nagle. Spojrzałam na niego. Jego włosy były w nieładzie, na policzkach i naokoło ust miał dwudniowy zarost. Jego piękne, zielone oczy patrzyły prosto w moje. Pchnięta instynktem powoli wyciągnęłam dłoń w kierunku jego twarzy. Nie odsunął się, czekał. Położyłam delikatnie palce na jego policzku i pogłaskałam go. Nachylił się w moją stronę. Tym razem to ja się nie odsunęłam. Patrzyłam prosto na niego. Przesunęłam rękę z policzka na ramie. Poczułam jego dłoń na karku i po chwili jego usta były już na moich. Zamknęłam oczy. To nie był typowo nieśmiały pocałunek. To nie był nawet typowy pocałunek. Zawirowało mi w głowie, kiedy Xenzetsu przyciągnął mnie bliżej siebie. Nagle anioły, które zabiłam przestały istnieć. Moje problemy przestały istnieć. Przestał istnieć cały świat. Xenzetsu całował mnie powoli i czule, z palcami jednej reki wplątanymi w moje włosy tuż nad karkiem. Drugą reką przytrzymywał mnie przy sobie, trzymając ją pewnie na moich plecach. Ja obie dłonie trzymałam na jego ramionach. Xen odsunął się ode mnie trochę, wciąż jednak trzymając mnie dość blisko. - Czas jechać.. - powiedział, podnosząc mnie tak jak poprzednio i stawiając na ziemi. Chwycił moją dłoń i pociągnął ku drzwiom pasażera, które przede mną otworzył. Wsiadłam do samochodu i patrzyłam jak Xen okrąża samochód, coś do siebie szepcząc. Kiedy otwierał drzwi wydawało mi się, że słyszę 'Czemu tak musi być, no?' Meżczyzna zasiadł za kierownicą i odpalił samochód. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się szeroko. Ruszyliśmy, powoli nabierając prędkości.

  - Czemu..

  - Mówiłem, żebyś się nie odzywała - powiedział. W ciemności zauważyłam, że był rozluźniony. Nie był zły ani nic, wiec musiał mieć powód dla którego nie chciał teraz rozmawiać. Kiwnęłam głową. Mój przygnębiający nastrój wrócił. Nie w całości, bo zamiast huraganu połykającego mnie kawałek po kawałku była tylko czarna, chłodna pustka. Czułam się odrętwiała wszystkimi wydarzeniami. Xenzetsu włączył jedną z płyt, które mi zakosił miesiąc temu. Uśmiechnęłam się pod nosem instynktownie. Składanka lżejszych, wolniejszych kawałków, idealnych do podróżowania nocą. Następne 4 godziny przespałam, otulona bluzą mojego przyjaciela, nauczyciela, byłego przyjaciela mojej matki i mojego instruktora w jednym.

  - Shion.. - poczułam lekkie stukanie w ramie. Otworzyłam leniwie oczy. Poraziło mnie wschodzące słońce, wiec zamknęłam je z powrotem. Po chwili, mrugając kilkakrotnie, znów je otworzyłam i spojrzałam w lewo. Xenzetsu zerkał na mnie z delikatnym uśmiechem. Przetarłam oczy rękawem bluzy, który sięgał aż za moją dłoń. - Witam z powrotem. Właśnie dojeżdżamy - powiedział cicho. Pokiwałam głową, przecierając oczy. Xen wyciągnął ku mnie słuchawki, których używało się przy pracach na budowie. To były słuchawki wygłuszające głośne dźwięki. Sam miał drugą parę na swoich kolanach. Musieliśmy się zatrzymać kiedy spałam albo coś. Spojrzałam na nauczyciela zdezorientowana, a on tylko uśmiechnął się przebiegle. Wzięłam w ręce słuchawki i poczekałam na znak. Zajechaliśmy na parking pod apartamentowiec. Silnik zgasł, Xen i ja nałożyliśmy słuchawki na uszy. Rozejrzałam się. Staliśmy na samym końcu parkingu, gdzie prawie nikt nie mógł nas usłyszeć. Spojrzałam na nauczyciela, po czym zrobiłam dokładnie taką samą minę jak on wcześniej. Wkładał do odtwarzacza płytę jakiegoś heavy metalowego zespołu, którego nazwy nawet nie kojarzyłam. Albo planował to kilka dni wstecz, albo naprawdę musieliśmy zrobić dość długi postój, bo żeby znaleźć taką płytę.. Uśmiechnęliśmy się do siebie, kiwając głowami. Zamknęłam oczy, kiedy Xen wcisnął guzik. Muzyka była tak głośna, że nawet moje słuchawki na niewiele się zdawały. Po kilku sekundach nauczyciel na siłę wyciągnął płytę z odtwarzacza. Nie dało się tego słuchać, ale nie było to ważne. Ważniejsze były teraz miny moich przerażonych kolegów patrzących na nas jak na psychopatów. Zdjęłam słuchawki uśmiechając się lekko. Po chwili mój uśmiech zgasł. Wysiadłam z samochodu cała obolała. Spojrzałam na ekran prawie wyładowanej komórki. Było po piątej. Wzięłam swój plecak i mijając wszystkich bez słowa, ruszyłam do swojego mieszkania. Cały czas myślałam nad tym, co mówiłam wczoraj. To prawda, źle się czułam, bałam się. Było mi źle. Z jednej strony dlatego, że zabiłam pierwszy raz w życiu. Z drugiej strony przejmowałam się bardziej swoją niemocą. Gdybym była silniejsza i nie panikowałabym, Mat nie miałby teraz czterech ran ciągnących się wzdłuż klatki piersiowej. Westchnęłam stając przed lustrem. Spojrzałam w nie i z szoku upuściłam torbę na ziemie, kiedy moje ramiona opadły bezwładnie po obu moich stronach. Zbliżyłam twarz do tafli i przyjrzałam się nasadzie swoich włosów.

  - Bez jaj.. - szepnęłam, przeczesując je palcami. Nie wydawało mi się. Zaczynałam siwieć. Stres? No, ale w tym wieku? Westchnęłam głęboko. Widziałam już zbyt dużo dziwacznych rzeczy przez ostatnie pół roku, wiec siwiejące przedwcześnie włosy nie wywoływały u mnie jakichś większych emocji. Po prostu kupie farbę i wszystko będzie dobrze. Chwyciłam pasek od torby i pociągnęłam ją za sobą do pokoju. Wstawiłam pranie, wywietrzyłam pokój i przebrałam się w wygodniejsze ciuchy. Czarne dresy, czarna koszulka, czarna bluza.. Dobrze, że buty miałam chociaż czarno-czerwone, bo wyglądałabym już totalnie jak pseudo dresiara w żałobie. Sprawdziłam czy wszystko powyłączałam, po czym zjechałam windą na dół i truchtem ruszyłam przed siebie. Zmęczenie ulotniło się od razu. Skierowałam swoje kroki ku siłowni, którą otworzono dopiero 10 minut wcześniej. Położyłam na ladzie należne pieniądze, a znajoma kobieta kiwnęła tylko głową. Jako, że bywałam tu często, znała mnie z widzenia. Na szczęście nie kojarzyła, że jestem z rodziny królewskiej, przez co oszczędzano mi tytułów i specjalnego, sztywnego traktowania.

  Wzięłam hantle i zaczęłam pompować. Zawsze gdy czułam się odrętwiała, smutna czy zła - ćwiczyłam. Tak było od zawsze i nie zamierzałam tego zmieniać.

  Zerknęłam na zegarek. Nie miałam pojęcia w jaki sposób uspokoiłam swoje emocje, ale zrobiłam to w dwie godziny. Odetchnęłam dość zmęczona. Obiecałam sobie w duchu, że podnoszenie sztangi będzie ostatnim ćwiczeniem.

  - Co ty odwalasz? - warknął pan Xenzetsu, stając nagle obok mnie, kiedy robiłam już ostatnie 10 powtórzeń. Kiedy skończyłam, pomógł mi odłożyć sztangę na uchwyty. Podniosłam się do siadu, ocierając wierzchem dłoni pot z czoła. - Pytałem o coś, koleżanko. Czemu nie śpisz już grzecznie w łóżeczku? - zmarszczył brwi.

  - Musiałam trochę pomyśleć - mruknęłam, wycierając twarz koszulką. Wstałam chwiejnie, by zaraz stracić równowagę. Xen podtrzymał mnie.

  - Wiedziałem, że tak będzie - westchnął, zarzucając sobie moje ramie na kark. Pomógł mi dotrzeć do ławki, po czym odszedł kupić napój izotoniczny i dwa batony czekoladowe z chrupkami. Pochłonęłam to, co mi dał. Poczekaliśmy kilka minut aż odzyskałam trochę sił, po czym ruszyliśmy powoli do apartamentowca. - Shion.. - powiedział, kiedy miałam już wysiadać z windy. Spojrzałam na niego wyczekująco, czując jak zmęczenie powoli wraca do mojego ciała. Zdziwiona zauważyłam jak twarz Xenzetsu przybiera dziwny wyraz twarzy. Jego oczy były jakby zaniepokojone, co nie było do niego podobne. Zmarszczyłam brwi, a wtedy on uśmiechnął się nagle. - Już nic, nie ważne. Chciałem zapytać, czy aby na pewno nie jesteś ranna, ale widząc co wyczyniałaś na siłowni, szczerze w to wątpię - wyszczerzył się. Westchnęłam ciężko, kręcąc głową.

  - Tak, dokładnie. Nic mi nie jest, wszystko w porządku - potwierdziłam z lekkim uśmiechem. Mój wzrok mimowolnie przesunął się ku ustom Xenzetsu. Siłą skierowałam spojrzenie na jego oczy i srogo skarciłam się w duszy. Nie myśl o tym, człowieku. To nic nie znaczyło, byłam załamana, on mnie tylko pocieszał.. Ale nie mogłam udawać, że to nigdy nie miało miejsca, to nie w moim stylu. Trzeba było przedstawić sprawę jasno. Aż z całego tego myślenia założyłam ręce na piersiach. - Wiesz co.. Wczoraj w nocy.. Poniosło nas. To było trochę dziecinne i nie na miejscu - zaśmiałam się lekko, patrząc prosto na niego. Jego oczy ze zdziwienia były teraz szeroko otwarte. - Nie chciałam, żeby były jakieś niedopowiedzenia, więc.. Dzięki, że mnie pocieszyłeś i w ogóle, to było miłe - uśmiechnęłam się.

  - Nie ma za co, księżniczko, do usług - powiedział, uśmiechając się lekko, po czym oboje zaczęliśmy si śmiać. - Nigdy nie myślałem, że do tego wrócisz. Myślałem, że będziesz udawać, że nic się nie wydarzyło.. Nie spodziewałem się tego po nastoletniej dziewczynce z szopą zamiast włosów.

  - Oj, zamknij się - burknęłam. - Ponoć gdzieś ptaszki śpiewają o tym, że chciałeś, żebym wreszcie poszła spać - powiedziałam, nie bardzo wiedząc co wychodzi z moich ust. Uśmiechnęłam się ciepło. - Dziękuję.. Za wszystko. Do zobaczenia.

  - Do potem - powiedział, odwzajemniając gest, po czym wysiadłam, on wcisnął guzik, drzwi windy się zamknęły, a ja zostałam sama. Rozebrałam się w biegu, zostawiając ciuchy gdzie popadło, po czym rzuciłam się na łóżko całkiem naga, wpełzłam pod kołdrę, owinęłam ramiona naokoło poduszki i zasnęłam.

  - Shion.. - usłyszałam przerażający szept. Rozejrzałam się. Ciemno. Skąd dochodził głos? Do kogo należał? Gdzie ja byłam? - Shion..

  - Kim jesteś?! - zawołałam, rozglądając się. Nie wiedziałam gdzie znajdowała się osoba wypowiadająca w kółko moje imię. Wyciągnęłam przed siebie ręce, obracając się w każdą stronę, ale jedyne co łapałam, to powietrze. Nie odważyłam się ruszyć z miejsca, wiec obracałam się tylko wokół własnej osi. - Kim jesteś?! Czego ode mnie chcesz?! - krzyknęłam, lekko spanikowana. Kiedy echo mojego głosu ucichło, zapadła całkowita cisza. Nagle, tuż przed moimi oczami, pojawiła się trupio blada twarz z przekrwionymi oczami i białymi, strzępkami włosów. Odskoczyłam w tył z przerażająco głośnym krzykiem. Postać się oddaliła. Zaczęła drżeć w niekontrolowanym chichocie. Kiedy spojrzała prosto na mnie, miałam nadzieje, że tylko mi się wydawało. Niestety, to była prawda. Patrzyłam na przerażającą wersję swojej twarzy. Miała na policzku trochę krwi. Zbliżyła się do mnie, a ja nie mogłam się ruszyć. Oddychałam, ledwo dając rade panice. Nagle znikąd pojawiła się jej dłoń. Zbliżyła się do mnie powoli, dotknęła mojego czoła delikatnie, przejechała palcami po policzku i przytrzymała się na chwile przy szyi. Kiedy jej zimne palce dotknęły mojej skóry, jej twarz zbliżyła się do mojej. Poczułam odór zgnilizny i siarki. Czułam dwie dłonie, po obu stronach mojej szyi. Po chwili straciłam oddech z przerażenia. - Kim jesteś? - wycharczałam, kiedy udało mi się uchwycić jeden pełny wdech.

  - Jestem Śmiercią i obudziłam się, by ocalić moje imię - wyszeptała mi na ucho, po czym ścisnęła mocno moją szyje. Jej oczy nagle zniknęły, a w pustych oczodołach zaczął zbierać się żółty płyn. Wyszczerzyła zęby, spomiędzy których wyciekała krew. Podniosła mnie, ściskając moją szyje mocniej. Zaczęłam się dusić. Chciałam szarpać jej dłonie, miotałam nogami na wszystkie strony, ale i moje ręce i nogi trafiały w nicość. - Nie wygłupiaj się - zachichotała, zaciskając uchwyt mocniej. - Jak ty chcesz zniszczyć coś, co jest niematerialną częścią ciebie? Jak chcesz uderzyć swoją moc? - uśmiechnęła się, po czym otworzyła usta, z których wydobył się nieludzki wrzask.

  Poderwałam się do siadu. Na szybko obmacałam szyje i rozejrzałam się wokoło. Wszystko było po staremu. Niczego nie miałam na skórze, a już na pewno nie było tam dłoni. Widziałam normalnie. Położyłam się z powrotem, oddychając głęboko, próbując uspokoić szalejące serce. Zerknęłam na zegarek, który wskazywał trzecią po południu. Potarłam twarz, wzdychając ciężko. Przypomniałam sobie swoją zdeformowaną twarz. Co to, do cholery, było? Spojrzałam na sufit, po czym zdecydowałam się wstać i trochę ogarnąć. Ciepła kąpiel i syty obiad pomogły mi zapomnieć o dziwnym koszmarze. Na dodatek znów byłam śpiąca. Położyłam się spać z dziwnym przeczuciem, że ktoś cały czas na mnie patrzy, że jest obok. Zwaliłam to na podświadomy strach po koszmarze i owinąwszy się kołdrą, ponownie zasnęłam.

  Usiadłam na łóżku na wpół nieprzytomna. Podrapałam się po brzuchu, ziewając szeroko. Wytarłam wierzchem dłoni ślinę cieknącą z moich ust, po czym oblizałam usta i rozejrzałam się po pokoju. Wszystko było tak, jak zostawiłam to poprzedniego popołudnia. Nawet kilkudniowy kawałek pizzy leżał nadal na swoim miejscu. Zerknęłam na kalendarz i ostatkiem sił myślowych próbowałam przypomnieć sobie jaki był dziś dzień. Kiedy przerażająca prawda do mnie dotarła, zerwałam się z łóżka. Poniedziałek. Na zegarku widniała godzina 5.38, czyli miałam tylko 52 minuty na ogarnięcie siebie, mieszkania i swoich emocji. Musiałam się trochę pozbierać, bo jeśli ktoś dowie się, że po pierwszej akcji mam koszmary, to nigdy więcej nie wyjdę z domu. Z mieszkaniem uporałam się w 15 minut. Więcej czasu, bo 20 minut, zajęło mi rozczesywanie włosów. Szybko się umyłam, ubrałam i wsiadłam do windy, zupełnie ignorując swój głód i brak jedzenia na cały dzień. Pobiegłam do szkoły. Przebrałam się w strój od wychowania fizycznego i weszłam na salę. Drzwi prowadzące na plac za szkołą były otwarte, a ja usłyszałam głos więcej niż jednego człowieka. Zamknęłam oczy. Trzech mężczyzn. Bateshi, Sedori i Rafael robili sobie właśnie małe zebranie. Po cichu podeszłam do drzwi, chcąc wystraszyć choć jednego z nauczycieli, ale zanim zdążyłam w ogóle pomyśleć o nagłym wyskoczeniu na nich z krzykiem, usłyszałam ciche warknięcie obok mojego ucha. Odruchowo zaatakowałam, ale Gin z łatwością mnie zablokował. Przyłożył palec do ust i nachylił się w moją stronę.

  - Chyba powinnaś coś usłyszeć, więc się nie ujawniaj - szepnął ledwo słyszalnie, po czym wyszedł cicho z sali. Kucnęłam, żeby trochę wyrównać oddech i wtedy poczułam, że do trójki nauczycieli dołączył czwarty. Xenzetsu.

  - I jak? Co powiedziała Revi? - spytał Rafael. Xen westchnął zrezygnowany.

  - Powiedziała, że wszyscy powinni się wziąć za siebie. Poszło im nieźle jak na pierwszy raz. Jest tylko jeden mały, duży problem. Shion - podskoczyłam na dźwięk swojego imienia. Odkryli mnie? - Rozmawiałem o niej z Revi. Gdyby była zwykłym demonem, to powiedziałbym, że idzie jej dobrze, ale ona jest przyszłą królową. Jak na księżniczkę ma bardzo mało mocy i ledwo umie nad nią panować. Ponad to, nie umie zbytnio radzić sobie z zabijaniem. Kiedy powiedziałem Revi to, co Shion powiedziała mi w drodze powrotnej stwierdziliśmy, że ma bardzo kruchą psychikę. Sztuki walki opanowała jako tako, na historii i innych lekcjach też idzie jej w miarę dobrze, ale to nadal za mało. Za mało. Za mało jak na księżniczkę - powiedział, wzdychając ponownie, a ja zesztywniałam. CO?

  - Masz rację - stwierdził Bateshi. - Za mało jak na przyszłą królową.

  - Zgadzam się z tym - dodał Rafael. Poczułam jak coś nagle ścisnęło mnie za gardło. Za mało? To, że się przepracowywałam, to za mało? To, że się nie wysypiałam, to, że harowałam dwa razy ciężej od innych, to za mało? Otworzyłam oczy szerzej, czując jak moje serce szaleje. Nie byłam taka jak wszyscy. Tak powiedziałby Xenzetsu. Tak powiedzieliby wszyscy ze Starszego Pokolenia. Tak stwierdziliby moi przyjaciele. Przecież od zawsze byłam uważana za tą inną, inną niż wszyscy. Zawsze radziłam sobie sama z każdym problemem. Musiałam sama podejmować decyzje. Zawsze radziłam sobie sama, zupełnie sama. Nikt mi nie powiedział co mam robić ze swoją mocą, bo nikt nie wiedział co mam z nią robić. Nawet mama dawała mi tylko niejasne wskazówki na lekcjach. Do wszystkiego musiałam dojść sama lub z niewielką pomocą Xenzetsu, który jako jedyny choć trochę zrozumiał jak działam i chciał mi pomóc. Właśnie.. Xenzetsu.. Co on mówił? 'Masz rację, jesteś silna. Jesteś co raz silniejsza. Wiesz, że zawsze możesz do mnie przyjść, zapytać o coś, wyżalić się, ponarzekać, pokrzyczeć, popłakać, a to i tak zostanie miedzy nami. Wszystko będzie dobrze, obiecuje. Wierze w ciebie i pamiętaj, że nikt na ciebie nie będzie naciskał. Musisz wszystko zrozumieć w swoim tempie.' Gówno prawda. Znowu musiałam zostać z tym wszystkim sama. Opowiedział mojej matce to, co ja opowiedziałam jemu, wszystko o moim strachu, o moim żalu.. Zacisnęłam zęby. Czułam się zdradzona. Musiałam stać się taka, jak kiedyś. Samodzielna. Jeszcze bardziej wytrwała niż byłam teraz. Silniejsza. Mocniejsza. Niemożliwa do złamania. Nie do pokonania. Najlepsza. Musiałam stać się najlepsza, bo 'dobra' i 'co raz lepsza' to za mało. Wstałam i już nie ukrywając swojej obecności, pomaszerowałam ku drzwiom wyjściowym, nie chcąc słuchać dalszej rozmowy.

  - Shion! - usłyszałam za sobą. Przystanęłam w drzwiach, czując jak moje życie zaczęło się w tym momencie walić. Trzymałam dłoń na rogu ściany, odwracając gwałtownie głowę, odrzucając włosy do tyłu. Xenzetsu biegł w moją stronę, ale kiedy nagle na niego spojrzałam, zatrzymał się. Był w połowie sali, wyciągał do mnie rękę. Zacisnęłam szczękę, wbijając palce w ścianę. Tynk i wszystko co było pod spodem, posypało się na ziemie. Wyrwałam do przodu i choć z opóźnieniem, Xenzetsu ruszył za mną. Kiedy tylko znalazłam się przed szkołą, rozwinęłam skrzydła i poderwałam się do góry. Pomknęłam jak strzała do apartamentowca. Tuż przed wleceniem do pokoju przez otwarte okno, złożyłam skrzydła i zwinęłam się w kłębek, padając z rozpędu na łóżko. Natychmiast się podniosłam. Już ja im pokaże, do cholery. Zaciskając pięści, ruszyłam do windy. Nie wiedziałam czemu przyleciałam do swojego mieszkania, ale nie potrzebna była mi ta wiedza. Wjechałam na najwyższe piętro - ogród mamy.  Spojrzałam na kamień, którym Revi cisnęła we mnie pierwszego dnia i nagle w mojej głowie wykiełkował pomysł. Stając na krawędzi dachu, spojrzałam w dół. Xenzetsu właśnie wlatywał do mojego pokoju. Idealnie. Rozwinęłam skrzydła, machnęłam nimi parę razy i wzleciałam nad miasto. Znajdowałam się zbyt wysoko, żeby ktokolwiek mógł powiedzieć, czy to ptak, czy to może wkurzona księżniczka demonicznego rodu. Nawet już będąc za miastem nie zwolniłam ani nie zniżyłam lotu. Spojrzałam w dół na ogromny las. Dopiero gdy zauważyłam szczelinę miedzy koronami drzew, zanurkowałam w dół. Z rozpędu wbiłam się stopami w ziemie tak, że naokoło miejsca, w którym spadłam było około 30 cm koło wgniecionego podłoża. Gestem wyrównałam teren i spojrzałam przed siebie. Wodospad zasilający mały staw był celem mojej podróży. Wyciągnęłam ramiona na boki, dłonie były zwrócone do zewnątrz. Woda rozstąpiła się, a ja weszłam na suchy grunt, który tworzył się naokoło mnie, kiedy posuwałam się do przodu. Wodospad także się rozstąpił, a ja jedną ręką przytrzymując wodę, drugą dłoń położyłam na skale i zamknęłam oczy. Wyczuliłam zmysł dotyku i pogłaskałam kamień. Odsunęłam od niego rękę, zwinęłam ją w pięść, odciągnęłam ją do tyłu, a kiedy moc już zebrała się na jej wierzchu, otworzyłam oczy i wymierzyłam potężny cios w skalną ścianę. Odłamki skał wleciały do wewnątrz. Otwór, który powstał, był na tyle duży, żebym się w nim ledwo zmieściła. Oto mi chodziło. Wczołgałam się do tunelu. Przesuwając się do przodu czułam dotkliwy ból otartych kolan i pleców. W powietrzu unosił się przyjemny zapach wilgoci wodospadu i starych gór. Drążyłam sobie drogę, aż w końcu, zgodnie z moim przypuszczeniem, przedostałam się do jaskini. Zeskoczyłam na kamienną posadzkę, a echo moich kroków rozeszło się po grocie. Przez chwile rozprostowywałam kości i wyjmowałam kamyczki z kolan, po czym znów weszłam do tunelu. Kiedy dotarłam na jego koniec, położyłam dłoń wierzchem do podłoża tuż przed swoimi kolanami i uniosłam ją w górę, tym samym zamykając wejście do nowo odkrytego miejsca. Wycofałam się z powrotem do jaskini usiadłam przy ścianie ze skrzyżowanymi nogami. Złożyłam ręce tak, jak mnisi, kiedy medytowali. Z tą różnicą, że ja nie medytowałam, tylko zbierałam moc w palcu wskazującym prawej dłoni. Po chwili wycelowałam w kilka kolejnych punktów na suficie i wystrzeliłam w tamtą stronę zmaterializowaną moc. Tym samym zrobiłam sobie otwory wentylacyjne. Wstałam i otrzepałam się z kurzu. Spojrzałam poważnie na ściany jaskini i zabrałam się za jej przerabianie. Ze skał zrobiłam sobie ławeczkę do ćwiczeń, półki do postawienia czegoś, drabinki i kilku kamiennych przeciwników. Pod ścianą, w której był tunel, wytworzyłam sobie skalne łóżko. Oparłam ręce o biodra i kiwnęłam głową, względnie zadowolona ze swojej pracy. Zamyśliłam się na chwile. Potrzebowałam kilku prętów, które nie wygięłyby się zbyt szybko. Tylko skąd je wziąć? Nagle mnie oświeciło. Wysypisko śmieci, które mijałam o drodze. Było na nim mnóstwo dziwnych rzeczy, wiec powinnam tam znaleźć też metalowe pręty. Zamknęłam oczy, po czym stwierdziłam, że nikt nie znajdował się w obrębie wzniesienia. Przeczołgałam się przez tunel, wyszłam na powietrze i zamaskowałam właz. Ostrożnie wzleciałam nad korony drzew, po czym śmignęłam na wysypisko. Skrzywiłam się lekko, czując stęchły odór śmieci, ale ignorując go, zaczęłam przeszukiwać stertę po stercie. Było mi piekielnie gorąco, pot lał się ze mnie hektolitrami.. Mimo to, nie przerywałam poszukiwań. W końcu stanęłam w rozkroku, wycierając czoło przedramieniem i popatrzyłam pod nogi. Jedenaście długich i sześć krótszych i grubszych prętów. Przetransportowanie ich zajęło mi kolejne pół godziny, ale w końcu rzuciłam na skalną posadzkę ostatnie trzy. Wygramoliłam się z jaskini i usiadłam na kamieniu pod wodospadem. Przyjemnie chłodna woda oblewała moje ciało. Całe napięcie i gniew ulotniły się wraz z wysiłkiem włożonym w urządzenie pomieszczenia i transport materiałów. Napiłam się odrobinę wody i stanęłam w rozkroku. Zamaskowałam wejście do tunelu, rzuciłam ostatnie spojrzenie na skały za wodną zasłoną i wzleciałam ponad najwyższe drzewa.

  Powrót do domu zajął mi trochę dłużej niż zakładałam. Wszystko przez zmęczenie. Wleciałam do swojego pokoju, a gdy tylko dotknęłam stopami ziemi, złożyłam skrzydła i pomaszerowałam do łazienki. Spodziewałam się Xenzetsu, który wyskoczyłby na mnie z wkurzonym wrzaskiem, pytaniami i morderczym wzrokiem. Całe szczęście, że się pomyliłam. Poruszyłam ramionami, rozluźniając mięśnie i zanurzyłam się w wodzie po brodę.

  Przez następnych kilka dni czas wolny spędzałam w jaskini. Olewałam zaproszenia przyjaciół na partyjki kart czy wypady za miasto. Ostentacyjnie odwracałam się od Xenzetsu, Bateshiego, Sedoriego i mamy, gdy widziałam ich gdziekolwiek indziej niż na lekcjach. Żadne z nich nie wiedziało o co mi chodziło, co było powodem mojego złego nastroju. Xen próbował do mnie zagadywać, podobno chodził też do mojego mieszkania, ale nigdy jeszcze mnie tam nie zastał. Cóż się dziwić? Pręty same się nie pospawają, kontrola mocy i inne sztuczki same się nie opanują.

  Po dwóch tygodniach od znalezienia jaskini, Oli nawet próbował mnie śledzić. Ledwo udało mi się od niego zwiać, jednak po szaleńczym, bezowocnym pościgu, odpuścił. Miesiąc minął jak z bicza strzelił, ale Xenzetsu ani myślał się poddawać. Nie przestawał za mną łazić, zagadywać, a nawet namawiać na obiad, za który by zapłacił. Obiecywał, że zapłaci za wszystko co będę chciała zjeść, obym tylko się do niego odezwała. A ja nieustępliwie milczałam, wciąż słysząc w uszach jego słowa pocieszenia. Znikałam zawsze zaraz po lekcjach.

  Zadzwonił dzwonek oznajmiający koniec lekcji. Wypadłam z sali z zamiarem zniknięcia zanim dorwą mnie kolejne osoby próbujące nie śledzić wraz z Olivierem. Moje plany zniweczyła mama, która chwytając mnie za ramie, wciągnęła moją osobę do pokoju nauczycielskiego.

  - Nie wiem o co ci chodzi - zaczęła, nie dając mi dojść do głosu. - Wiem, że nie obrażasz się bez powodu. Wiem też, że za żadne skarby świata nie wyjawisz mi powodu - kiwnęłam głową, zgadzając się z nią po całości. - Mam do ciebie sprawę, która nie może czekać zanim znowu się do mnie łaskawie odezwiesz. Nie wiem dokładnie kiedy, ale za kilka dni pójdziemy się spotkać ze Starszyzną. Nie chciałabym musieć się za ciebie wstydzić, gdybyś się spóźniła, więc na przerwach masz siedzieć grzecznie w szkole, a po lekcjach masz nigdzie nie wychodzić, dobrze?

  Pokiwałam głową niechętnie, po czym wybiegłam z pokoju nauczycielskiego i skierowałam się do apartamentowca. Nikt nie mówił, że nie mogłam iść dzisiaj. Uśmiechnęłam się pod nosem. Wysiadłam z windy, rzuciłam plecak w korytarzu, chwyciłam bluzę, z rozbiegu wskoczyłam na łóżko, przebiegłam przez nie i wyskoczyłam przez otwarte okno. Rozłożyłam skrzydła i poleciałam do swojej samotni. Co jak co, ale ucieczkę i latanie opanuję po mistrzowsku. Otworzyłam tunel, przeczołgałam się przez niego i stanęłam na zimnej, jaskiniowej posadzce. Zdjęłam z siebie ubrania i chwyciłam ciuchy leżące na kamiennym łóżku. Ubrana na czarny, sportowy stanik i białe luźne spodenki w czarną kratę, związałam kucyk. Splunęłam na ziemie. Rozciągnęłam się, po czym padłam na ławeczkę, chwyciłam metalowy drążek i zaczęłam podnosić sztangę własnej roboty. Po kilkudziesięciu powtórzeniach odłożyłam ją na miejsce i położyłam się na ziemi. Uniosłam nogi w górę, opierając je o drabinki i zaczęłam robić brzuszki. Potem, podtrzymując głowę rękoma, na zmianę przyciągałam i prostowałam to lewą, to prawą nogę. Żadna z nich ani razu nie dotknęła ziemi. Kiedy wstałam, pot spływał po moich plecach, w które wbiły się drobne kamyczki, a które usunęłam jednym ruchem dłoni. Otrzepałam tyłek. Podeszłam pod zawieszoną w sztucznej wnęce kratę, którą zrobiłam z prętów znalezionych na wysypisku. Splunęłam na dłonie, potarłam jedną o drugą. Podskoczyłam, chwytając drążek i podciągnęłam się raz i drugi. Opuszczałam się i podnosiłam, i znowu. Za mało. To było wciąż za mało. Kiedy przypomniałam sobie o czym rozmawiało Starsze Pokolenie wtedy, za salą.. Moje serce uderzyło, pompując we mnie tlący się płomyczek, który po chwili wybuchł niczym pożar z niepohamowanej wściekłości. Dostałam zastrzyk świeżej energii, której źródłem był czysty, niezachwiany gniew. Zeskoczyłam na ziemię i chwyciłam mniejszą, lżejszą sztangę. Trzymając ją na karku, zaczęłam robić przysiady. Raz, dwa. Góra, dół. Czułam jak moje włosy podrygiwały w rytm moich ruchów. Odrzuciłam sztangę do tyłu i padłam na ziemie, z miejsca zaczynając robić pompki. Podłoga na zmianę zbliżała się i oddalała. Czułam jak moje mięśnie pracują. Wstałam odrobinę bardzo zmęczona, zdjęłam buty i skarpety i przecisnęłam się przez tunel. Zeskoczyłam do stawu, nie zawracając sobie głowy odsuwaniem wody. Usiadłam na kamieniu pod wodospadem i pozwoliłam, by chłodna woda spływała po moim ciele. Oparłam głowę o skalną ścianę, odchylając się odrobinę do tyłu. Siedziałam tak chyba z dwie minuty, kiedy poczułam, że ktoś się zbliża. Szybko weszłam do tunelu i zakamuflowałam wejście, zostawiając mały otwór, przez który mogłam niezauważenie obserwować świat zewnętrzny. Po kilku minutach ciągnących się w nieskończoność, zobaczyłam ruch między drzewami. Zaraz potem z lasu wyłonił się Xenzetsu idąc ramię w ramię z Matthiasem. O czymś rozmawiali, ale nie słyszałam o czym. Kiedy podeszli bliżej, zauważyłam nerwową gestykulacje Mata i wkurzoną minę naszego nauczyciela.

  - Mówiłem, żebyś bardziej jej pilnował! Miałeś się dowiedzieć gdzie dokładnie leci! Jakim cudem mogłeś ją zgubić?! Właśnie ty! Jakim cudem nawet TY ją zgubiłeś!? - wrzasnął nagle czarnowłosy, zatrzymując się. Mat mimowolnie skulił się w sobie. Nie winiłam go za to. Xenzetsu pomasował skronie i zawiesił się, patrząc w jeden punkt. Nagle kucnął i przejechał dłonią po ziemi w miejscu, w którym wczoraj wylądowałam i uderzyłam w podłoże mocniej niż zazwyczaj. Przerażona przeskanowałam swoją pamięć i o mało nie odetchnęłam z ulgą, przypominając sobie moment, w którym przywróciłam gruntowi względnie normalny wygląd. Mimo to, Xen nadal kucał, wiercąc spojrzeniem dziury w glebie, jak gdyby oczekiwał, że ta opowie mu ze szczegółami gdzie byłam, ile miałam włosów i co dziś jadłam. Nie zdziwiłabym się, gdyby tak się stało. Wzrok mojego nauczyciela mógł wszystko. W końcu wstał, rozglądając się naokoło. - Była tu niedawno. Najdawniej wczoraj - powiedział podejrzanie spokojnym tonem. Moje serce stanęło, mokre plecy oblał zimny pot, a ja miałam wrażenie, że woda kapiąca z moich włosów robi za dużo hałasu. Jeśli by mnie tu znaleźli, jeśli znaleźliby to miejsce.. Nie, wolałam o tym nawet nie myśleć. Siedziałam cicho, wstrzymując oddech i błagałam w duchu, żeby żaden wkurzony demon nie usłyszał głośnego bicia mojego serca. Mat przeciągnął wzrokiem naokoło, zatrzymując go na wodospadzie. Wydawało mi się, że wiedział, że patrzył prosto na mnie. i że przez jego spojrzenie, w skale powstanie kilka dodatkowych otworów. Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Xen powędrował za wzrokiem Mata i spojrzał na szczyt wzniesienia i coś do siebie mruknął. - Shion nie jest wystarczająco inteligentna, żeby schować się w jaskiniach, nie? - spytał mojego brata, ale ten tylko wzruszył ramionami. Zazwyczaj już bym skakała, próbując uderzyć lub uderzając nauczyciela za takie komentarze, ale tym razem dziękowałam za jego niezachwiane przekonanie, że jestem bardziej tępa niż przeciętny but.

  Kiedy wreszcie odeszli na tyle daleko, że nie dałam rady nawet ich wyczuć, odważyłam się ruszyć. Zatkałam otwór, przez który patrzyłam na dwójkę debili płci męskiej i wycofałam się do jaskini. Przebierając się w suche ubrania, dziękowałam wszystkiemu co istnieje za to, że istnieje. Rośliny, woda, skały.. Przyroda ma tak specyficzne aury, że bardzo łatwo je pomylić z tą naszą, demoniczną. Oczywiście tylko, jeśli moc była w stanie spoczynku. Westchnęłam, roztrzepując mokre włosy i odtworzyłam w myślach całą tą dziwaczną sytuacje sprzed kilku chwil. Wszystko było dobrze, wręcz idealnie, bo mnie nie znaleźli, ale jedno mnie zastanawiało. Gabriella znałam od dziecka, z Evą przyjaźniłam się też masę czasu, tak jak z Akim.. Wiec czemu zdawało mi się, że to Mat rozpracował gdzie się ukrywałam? Cała ta trójka znała idealnie tor jakim biegną moje myśli, ale żadne z nich nie wpadło na pomysł, że mogłabym ukrywać się w jaskiniach. Przecież to byłoby pierwsze miejsce jakiego bym szukała na dłuższy pobyt na łonie przyrody. Zastanawiało mnie czemu Matthias na to wpadł. Nigdy z nim ani przy nim o tym nie rozmawiałam. A może wcale nie wiedział gdzie jestem? Może tylko mi się zdawało? Nie. Patrzył prosto na mnie, mimo, że były na to minimalne szanse. Ale skoro tak, to czemu nie powiedział Xenzetsu, że to bardzo możliwe, żebym miała tu kryjówkę. Przecież tak bardzo chciał się dowiedzieć czy wszystko ze mną w porządku. Przecież tak bardzo się o mnie martwił. Zmarszczyłam brwi i zastanowiłam się chwilę, kończąc suszyć włosy swoją mocą. A może Mat wcale się nie martwił tak bardzo, jak to pokazywał? Może wiedział, że nie było o co się martwic? Może tak naprawdę próbuje wszystkich odwieść od znalezienia mnie, wskazując im fałszywe kierunki i tropy. Uśmiechnęłam się pod nosem. Jeśli było tak, jak myślałam, to dzięki mojemu braciszkowi długo jeszcze nie znajdą mojej kryjówki i mnie samej.

niedziela, 28 czerwca 2015

Rozdział 15

Witam, witam.
Tak jak obiecałam, rozdział 15 przyniesie coś nowego.
W 16 będzie coś jeszcze nowszego, ale to w 16. 
Teraz jest jak jest, a jest fajnie. :3

***

  Stałam na szczycie wieżowca i patrzyłam przed siebie. Zdawałam sobie sprawę z tego, że to tylko sen, mimo to widok zapierał dech w piersiach. Była noc, a światła z okien i latarni zahipnotyzowałyby każdego, kto siedziałby teraz ze mną. Powoli wstałam i rozpościerając ramiona, weszłam na barierkę. Przechadzałam się w tę i z powrotem balansując niebezpiecznie na krawędzi. Nagle zapragnęłam polecieć. Stanęłam przodem do ciemnej pustki i przechyliłam się lekko do przodu. Bujałam się raz w stronę przepaści, raz w stronę dachu budynku. W końcu grawitacja zwyciężyła, a ja poleciałam w dół. Pęd powietrza zapierał mi dech w piersiach. Popatrzyłam przed siebie. Światła migały leniwie. Zobaczyłam pięknie oświetlone miasto i twarz Toma oraz Ren. Tęskniłam za nimi. Zaraz potem mignęły mi postaci wszystkich moich żyjących przyjaciół i obojga rodziców. Na końcu ujrzałam twarz  Xenzetsu. Zdziwiłam się. Wszystkie do tej pory były uśmiechnięte i szczęśliwe, ale nie on. On krzyczał coś, był przerażony i wyciągał do mnie ręce. Uświadomiłam sobie, że jest mi tak zimno, jak wtedy, kiedy miałam gorączkę przed wizją. Wyciągnęłam ramiona na boki, a razem z nimi rozpostarłam skrzydła, które wydawały mi się większe niż zazwyczaj. Zatrzymałam się w powietrzu i powoli otworzyłam oczy, budząc się. Spojrzałam przed siebie. Coś było nie tak. Zdrętwiałam. Byłam na podwórku, wisiałam w powietrzu, a z dołu dochodziły do mnie krzyki. Spojrzałam w dół i strach już na dobre sparaliżował moje ciało. Wisiałam na wysokości dziesiątego piętra, a pode mną znajdował się tylko twardy chodnik i grupka demonów. Przerażona powoli rozejrzałam się na boki i trochę się uspokoiłam. Moje skrzydła były rzeczywiście rozpostarte na całą szerokość i co raz to unosiły się, to opadały. Mimo to nie przestawałam drżeć. Bałam się.

  - Shion! - usłyszałam krzyk. Spojrzałam ponownie w dół. Ku mnie leciał pan Xenzetsu.Nie ruszyłam się ani o milimetr, póki mężczyzna do mnie nie dotarł. - Złóż skrzydła. Schowaj je - szepnął powoli. Pokręciłam głową energicznie, wbijając palce w drżące ramiona. Co on? Na łeb upadł? Jeśli się ruszę, zginę. - Złapię cię. Zaufaj mi - powiedział, wyciągając ręce przed siebie tak, żeby znajdowały się pode mną. Spojrzałam na niego niepewnie. Uśmiechnął się, ale oczy nadal miał zmartwione. Powoli złożyłam skrzydła i opadłam w ramiona pana Xenzetsu. Przyczepiłam się do niego jak rzep, oplatając go nogami w talii. Wczepiłam palce w jego plecy, a twarz ukryłam w jego koszulce. Strach mnie opuszczał. Pan Xensetsu objął mnie mocno. Przylgnęłam do niego jeszcze mocniej, próbując uspokoić swój ciężki oddech i przerażone serce. Mężczyzna głaskał mnie po głowie, póki nie stał już na pewnym gruncie. Wtedy ześliznęłam się na ziemie, niepewnie stawiając jedną i drugą stopę na podłożu. Tata chwycił mnie w ramiona i przytulił mocno. Mama miała łzy w oczach, a Matthias i Aki wydali z siebie westchnienie ulgi. Wszyscy razem weszliśmy z powrotem do budynku, choć ja miałam z tym niewielki problem, bo nogi nadal miałam jak z waty. Rozeszliśmy się do swoich mieszkań. Mat i Aki do mojego brata, a ja, moi rodzice i Xenzetsu do mieszkania mamy i taty. Opatulili mnie kocem, dali ciepłej herbaty i głaskali po głowie, czekając aż się uspokoję.

  - Co się właściwie stało? Czemu to zrobiłaś? - spytała już spokojnie mama, trzymając tatę za rękę. Powoli wzruszyłam ramionami.

  - Nie wiem. Zasnęłam w łóżku, obudziłam się w powietrzu. Wiem tyle co wy - mruknęłam, próbując przypomnieć sobie cokolwiek, jednak nie pamiętałam nic. Ani tego jak dostałam się na dach, ani tego jak skoczyłam i co robiłam. Nastała cisza, którą po chwili przerwał nam tata.

  - Dzisiaj zakończmy ten temat. Ustaliliśmy już, że lunatykowałaś, ale jest jeszcze jedna rzecz, która nie daje nam spokoju - podrapał się po brodzie, a my spojrzeliśmy na niego wyczekująco. - Co robiłaś u niego w środku nocy? - wskazał na Xenzetsu. Nagle oboje zdaliśmy sobie sprawę z tego, że nastolatka nocująca u swojego nauczyciela to nie jest normalna rzecz. Miałam ochotę trzasnąć głową o szklany stolik stojący przede mną. Trzeba to jakoś odkręcić, bo to serio wymknęło się spod kontroli.

  - Byłam zmęczona tą całą wycieczką, a jeszcze musiałam oddać prace domową tacie. Poszłam do pana Xenzetsu po pomoc, jednak kiedy skończyliśmy, nie chciało mi się wracać do swojego mieszkania. Zaniosłam ci prace i zostawiłam ją na biurku. Wróciłam do pana Xenzetsu, żeby nie siedzieć samej w domu. Moi przyjaciele albo poszli spać, albo siedzieli w parach, wiec co miałam zrobić? Przerywać im ich krótką chwilę, w której mogą być sam na sam? - powiedziałam, nonszalancko wzruszając ramionami. Mama uniosła brwi, kierując wzrok na Xenzetsu.

  - No co? Było jak mówi Pudel. Mam się jeszcze tłumaczyć co robiłem w swoim domu? Miałem ją zatrzymać po lekcji, bo nie dość, że się spóźniła, to jeszcze przygniotła mnie do ziemi wbijając do klasy po dzwonku, ale ty kazałaś ją puścić. Nie miałem jak się jej odpłacić, a punkty karne niezbyt mnie satysfakcjonują. Pomyślałem, że za kare może dotrzymać mi towarzystwa. Chciałem się nad nią trochę poznęcać. Kazać jej posprzątać moją kuchnie czy coś, ale kiedy zobaczyłem w jakim jest stanie, odechciało mi się tego wszystkiego - cmoknął niezadowolony.

  - A można wiedzieć, co żeście robili? - brwi taty powędrowały w górę.

  - No jak to 'co'? Nie dymałbym nieletniej, poza tym, to wasza córka, więc nie byłoby mi z tym do śmiechu - żachnął się Xenzetsu. Mama zjechała go wzrokiem, a ja pospieszyłam z satysfakcjonującym wyjaśnieniem.

  - Obejrzeliśmy film o kolesiu, który potrafił stworzyć bombę ze wszystkiego. Fajny był. Potem graliśmy trochę w jakieś mordobicie, ale chyba zasnęłam w połowie, bo nie pamiętam jak skończyła się rozgrywka - powiedziałam, wdzięczna za mój dar przekonywania. Kiedy Xenzetsu powiedział, że zostawił mnie śpiącą na kanapie, a sam położył się w swoim łóżku, rodzice ostatecznie łyknęli naszą opowiastkę. Mama kazała nam obiecać, że coś takiego nigdy więcej nie będzie miało miejsca, na co zgodnie przytaknęliśmy. Dostałam mini wykład na temat odpowiedzialnego zachowania w szkole, ale w końcu nam odpuścili. Mama wsiadła do windy ze mną i panem Xenzetsu, żeby móc przypilnować, czy aby na pewno pójdziemy do swoich mieszkań. Zerknęłam na nich przez ramie. Patrzyli na mnie dziwnie, jak na niedoszłą samobójczynie. O mało nie westchnęłam zirytowana. Myślałam, że to sen, wiec robiłam co chciałam, a teraz co? Po pożegnaniu się z tamtą dwójką, położyłam się ponownie spać.

  Przez całą siedmiodniową przerwę wcielałam w życie swój pomysł, który przyszedł mi do głowy u wojskowych. Nad moim mieszkaniem było jeszcze jedno nieużywane piętro, więc postanowiłam je zająć. Razem z Olim, za pieniądze zebrane od wszystkich przyjaciół, kupiłam dwie czerwone kanapy i z niewielką pomocą Bateshi'ego, przetransportowaliśmy je na 22. piętro. Na podłodze poukładaliśmy trzy stare dywany, które dostaliśmy od mamy, ale pomyśleliśmy, że ściany też nie mogą zostać puste. Kupiliśmy kilkadziesiąt puszek z farbą w sprayu i całą dziewiątką zapełniliśmy całe pomieszczenie różnymi rysunkami i napisami, śmiejąc się przy tym, jakby nas coś opętało. Wybiliśmy też dziurę w ścianie, żeby dobudować tajemne, drewniane schody prowadzące z mojego mieszkania do naszej 'kryjówki'. Gabriell przyniósł cztery, duże głośniki, Eva wieżę, Mat stół i wszystko było gotowe. Całość zrobiliśmy w tydzień.

  Następne trzy miesiące były nadzwyczaj zalepione obowiązkami. Mieliśmy jeszcze mniej czasu na cokolwiek innego niż nauka i treningi. Mimo to, opłaciło się. Poziom naszej wiedzy był teraz na poziomie końca drugiej klasy tego demonicznego liceum. Rzuciłam plecak w kąt pokoju i padłam na łóżko, wyczerpana ostatnim dniem trzymiesięcznego semestru. Czas w Podziemiu płynął zupełnie inaczej niż na Ziemi. Kiedy tam była zima, tutaj panowało lato. W ten sposób dowiedziałam się, że przybyliśmy tu pod koniec sierpnia. Zabawne. Pół roku poza miejscem, które uważałam za swój dom, zupełnie mnie zmieniło. Byłam bardziej punktualna, rozsądna, pracowita, opanowana i rozważna. Oczywiście dotyczyło to tylko oficjalnej wersji mnie. Na ogół nadal byłam roztrzepana, leniwa i wybuchowa.

  Przekręciłam głowę, spojrzałam na zegarek i zaklęłam siarczyście. Mimo rażącej niechęci do jakiegokolwiek ruchu, stoczyłam się z łóżka. Ze słuchawkami na uszach ruszyłam do windy, która zawiozła mnie na parter. Z rękoma w kieszeniach szłam przez miasto pełne demonów. W końcu dotarłam do ogromnego, opuszczonego budynku, a kiedy do niego weszłam, przywitał mnie niespodziewany kop nadchodzący z lewej. Uchyliłam się szybko, złapałam napastnika za kostkę i przyciągnęłam do ziemi. Podtrzymał się na rekach. Szybko odskoczyłam, puszczając jego nogę. Zbyt wolno. Ledwo uchyliłam się przed kolejnym atakiem. Nie dałam rady atakować. Najpierw musiałam się obronić. Podskoczyłam, uciekając przed podkoszeniem, a w następnej sekundzie dostałam nogą w prawy bok. Przeleciałam kilka metrów i odbiłam się od ściany. Łapiąc oddech, podniosłam się z ziemi i ruszyłam na przeciwnika. Celowałam nogą w głowę, ręką w szyje.. Nic to nie dało, wszystko blokował. Przeskoczyłam nad nim i kopnęłam go w plecy. Zabolało. Uśmiechnęłam się wymierzając kolejne ciosy w kręgosłup. Odwrócił się, łapiąc mnie za rękę i przerzucił przez swoje plecy. Ledwo wróciłam do pozycji pionowej, a on znów był przede mną. Zwinął obie dłonie w pieści i składając je razem, wbił mi je w brzuch. Wypchnął całe powietrze z moich płuc, zawartość żołądka podeszła mi do gardła. Zostałam dosłownie wbita w ścianę. Opadłam na kolana, próbując wyrównać oddech.

  - Starczy na dziś. Idziemy coś zjeść? - spytał Xenzetsu, wyciągając do mnie rękę. Złapałam jego dłoń i podciągnęłam się do pionu. Niewiele myśląc, rzuciłam się na mężczyznę, okładając go najróżniejszymi kombinacjami ataków. Odpierał wszystkie z co raz większą trudnością. Zmarszczył brwi, widząc mój wzrok. Zablokował kopniecie w szyje. Obróciłam się w powietrzu i wymierzyłam cios pietą w skroń. Xenzetsu cofnął się kilka kroków w tył, zdezorientowany siłą odrzutu, a ja znów go zaatakowałam. Nie miał czasu na reakcje. Wykopałam go w powietrze i pozwoliłam, żeby z potężnym łomotem wbił się w ziemie. Usiadłam na nim okrakiem i opierając łokcie na swoich kolanach, uśmiechnęłam się szelmowsko.

  - I co panie wszechmocny? Przegrałeś - zaśmiałam się, lekko dysząc. Xenzetsu uniósł się na łokciach trochę naburmuszony. Poczochrałam jego włosy przyjaźnie. - Przepraszam. Następnym razem będę dla pana łagodniejsza. Następnym razem. Dziś to pan stawia mi obiad - wstałam, otrzepując spodnie z pyłu. Zaraz potem wylądowałam na ziemi, a Xenzetsu roześmiał się głośno.

  - Może teraz pójdziemy się trochę ogarnąć, co ty na to? - powiedział, wskazując zakurzone ubrania i moje lekko krwawiące otarcia. Przytaknęłam mu. Po jako takim ogarnięciu się, spojrzałam w okno. Było już ciemno, za ciemno na tak wczesną porę. Co się dziwić? Dopiero pierwsza połowa lutego.

  - Gotowa? - spytał pan Xenzetsu, zjawiając się nagle za mną. Kiwnęłam głową, nie za bardzo zdziwiona tak nagłym wtargnięciem mężczyzny do mojego domu.
  Szliśmy przez miasto rozmawiając o nowej grze, którą Xenzetsu miał mi jutro pokazać. Przez ostatnie trzy miesiące zaczęliśmy bardzo się kumplować i mówiliśmy do siebie bez zbędnych grzeczności. Niektórzy mówili nawet, że zachowujemy się trochę jak rodzeństwo. Wtedy Mat zaczynał gwałtownie protestować, a my patrzyliśmy na siebie chwile i wybuchaliśmy głośnym, niekontrolowanym śmiechem.

  Po wczorajszej wyprawie do fastfooda, rozeszliśmy się do mieszkań pod czujnym wzrokiem mojej matki. Następnego dnia zjechałam windą dwa piętra niżej, na 19. piętro i wbiłam z buta do sypialni Xenzetsu.

  - Wstawaj! - wrzasnęłam, wskakując na śpiącego mężczyznę. Złapał mnie za rękę i rzucił na łóżko. Nachylił się nade mną, a ja spojrzałam na niego zdezorientowana. Jego czarne jak bezgwiezdna noc włosy sterczały na wszystkie strony, zielone, lekko podkrążone oczy, jarzyły się niebezpiecznie, a po ustach błądził niebezpieczny uśmiech. Po chwili zaczął mnie łaskotać. Śmiałam się, wyrywałam i wierzgałam dziko, wołając, żeby przestał, ale posłuchał dopiero, kiedy ktoś wsiadł do windy. Zabrał ze mnie ręce, a ja szybko sturlałam się z łóżka i pobiegłam do salonu, z biegu skacząc na kanapę. Od incydentu sprzed trzech miesięcy stale mam na karku przyzwoitkę w postaci przyjaciół moich rodziców. Nie wiem czemu tak się przejmują tym, że spędzam za dużo czasu z Xenzetsu i czasem u niego nocuję. Nie robimy nic nieprzyzwoitego, sam powiedział, że nawet nigdy nie myślał o tym, żeby coś ze mną robić. Według niego jestem wrednym pudlem, nieletnią córką swojej pierwszej miłości i nawet nie do końca uważa mnie za dziewczynę. Moim zdaniem jestem bezpieczna tak długo, aż nie zacznę zachowywać się jak na dziewczynę przystało... A na to się na razie nie zapowiadało.

  Usiadłam na ziemi, opierając się plecami o sofę. Xenzetsu przeskoczył oparcie i wyłożył się na kanapie. Podał mi płytkę, którą ja włożyłam do konsoli. Wszystko uruchamiało się dłuższą chwilę, ale było warto. Mega grafika, dopracowane szczegóły. Mimo, że to tylko zwykłe mordobicie, wszystko było dopięte na ostatni guzik. Swoją postać pierwszy wybierał Xenzetsu. Spojrzałam na niego zdziwiona, kiedy wybrał kobietę.

  - No co? Nie mam cycków w rzeczywistości, to chociaż w grze chce mieć - burknął, wybierając zbroje i broń. Potem przyszła kolej na mnie. Oczywiście wybrałam faceta. Wyglądał trochę jak mężczyzna leżący za mną, ale na szczęście nikt nigdy się nie zorientował. Kiedy wszystko było już włączone, ustalone, załączone i poubierane, zaczęliśmy grać. I znów moje bojowe krzyki przyciągnęły niemałą uwagę. Po godzinie naokoło nas siedział wianuszek demonów jedzących, kibicujących, pijących lub po prostu wpatrzonych w ekran. Nie ma co. Przyzwoitka pierwsza klasa. Po jeszcze kilku godzinach bijatyk, przepychanek, turlania się i innego przytulania podłogi, do mieszkania wkroczyła mama. W tym momencie kilku przyjaciół się wykruszyło i w salonie zostało piej osób, które na widok królowej dostały gęsiej skórki.

  - Widzę, że dobrze się bawicie - powiedziała z poważną miną. Kiwnęłam głową, pożerając kolejną garść chipsów ukradzionych od Gina. David właśnie został rozgromiony przez Xenzetsu i siedział naburmuszony, nie dając się ruszyć, czym tarasował mi dojście do pada. Zaczęłam się z nim kłócić i go szarpać. Powiedziałam, że nie ma za co się obrażać, bo przegrał tylko i wyłącznie przez swoją nieumiejętność grania. Odparował mi łaciną podwórkową, wiec pokazałam mu środkowy palec. W odwecie rzucił się na mnie z pięściami. Przygotowałam się do kontrataku. Nagle usłyszeliśmy dziwny dźwięk. Wymierzyłam jeden celny cios w twarz i odwróciłam się, szukając źródła nienormlanego warkotu. Wszyscy spojrzeliśmy na Olivera kulącego się w kącie.

  - Oli.. Co ci jest? - spytałam z dziwnym przeczuciem, że coś było nie tak. Nie odezwał się. Drżał niekontrolowanie na całym ciele i mamrotał coś do siebie. Jak wtedy, u cioci. Zupełnie mu odbiło.

  - Znowu? - westchnął Xenzestu ciężko. Spojrzałam na niego. - Tak, zdarzało się to wcześniej na treningach pozalekcyjnych. Nie wiem od czego to. Nigdy mi nie wyjaśnił...

  - Koniec tych pogaduszek. Ogarnijcie go, skoro wiecie jak - przerwała nam mama. Oli nagle wstał i ruszył na mnie z byka. Spojrzałam na Xenzestu i bez słów rozumiejąc co chcemy zrobić, kiwnęliśmy głowami. Odciągnęłam ramie do tyłu i w tym samym momencie co Xen, wbiłam pięść w brzuch Oliviera. Dla pewności docisnęłam mocniej i dopiero wtedy zabrałam. Mój przyjaciel ugiął się powoli, jakby sam nie mógł uwierzyć w to, co się właśnie stało i padł na ziemie nieprzytomny. Wszyscy popatrzyliśmy po sobie. - Czy ktoś mi wytłumaczy co się tu dzieje? - spytała zdenerwowana mama. Opowiedziałam jej skróconą wersję historii z napadami Oli'ego, Xenzetsu dorzucał coś od siebie i w końcu skończyłam stwierdzeniem, że nikt tak naprawdę nie wie co się z nim dzieje. Mama westchnęła cicho i wyszła, przedtem mówiąc, że zostawia zajęciem się problemem Oli'ego naszej dwójce - mi jako przyjaciółce i Xenzetsu jako mentorowi. Wszyscy wyszli, a my spojrzeliśmy po sobie.

  - Wiesz może, gdzie nie narobi zbyt dużych szkód, gdyby zaczął szaleć? - spytał Xenzetsu, biorąc nieprzytomnego na ręce, a ja zamyśliłam się przez chwile.

  - Mam pomysł - pstryknęłam palcami i poprowadziłam Xenzetsu do windy. Przejechaliśmy na 22. piętro. Nasza 'kryjówka' miała posłużyć jako tymczasowy azyl dla naszej trójki umieszczonej na celowniku mojej mamy. Po ułożeniu Oliviera na dwóch grubych kocach i okryciu go kołdrą, spojrzeliśmy po sobie. I co teraz? Jedno z nas musiałoby zostać tutaj z Olim, ale byłoby to cholernie nudne, wiec postanowiliśmy pilnować go razem. Przynieśliśmy karty, szklanki, dwa dzbanki z herbatą i laptopa, którego podłączyłam do ogromnych głośników. Przy akompaniamencie muzyki i naszego głośnego śmiechu, graliśmy w kakao*, popijając ciepłą herbatę. Tak minęły nam trzy godziny. W końcu Oli zaczął się przebudzać.

  - Co? Gdzie ja jestem? - mruknął podnosząc się na łokciach.

  - Kakao i po kakao. Idziesz kupić - zaśmiałam się, rzucając ostatnią kartę na stół. Xenzetsu zaklął szpetnie. - Miałeś atak, wiec się znokautowaliśmy i przetransportowaliśmy do naszej bazy. Witamy w psychiatryku - odparłam klękając na sofie i przechylając się przez jej oparcie, żeby móc widzieć Oli'ego.

  - Dobra Młody. Tłumacz się wreszcie. Za długo już to ciągniemy - powiedział Xenzetsu, przesiadając się na miejsce obok mnie. Olivier posłusznie zajął drugą czerwoną sofę i napił się zimnej herbaty z piątego dzbanka, który zrobiłam w ciągu tych trzech godzin.

  - Wiec.. Od czego tu zacząć? - podrapał się po karku wolną ręką. Siedzieliśmy chwilę w ciszy, żeby Oli mógł zebrać myśli, ale im dłużej trwała cisza, tym bardziej miałam wrażenie, że chyba nic od niego nie wyciągniemy. Kiedy Xenzetsu chciał się odezwać, położyłam mu dłoń na kolanie. Spojrzał na mnie, a ja przyłożyłam palec do ust. Oli wreszcie się odezwał. - Stosunkowo wcześnie odkryłem swoją moc. Miałem może z 13 lat. Nie wiedziałem co się dzieje, nie umiałem nad tym panować, nie umiałem panować nad swoim instynktem. Wiele razy przypadkowo coś spaliłem. Doszło nawet do tego, że zacząłem nawet czytać o egzorcyzmach i potajemnie szukałem egzorcysty - zaśmiał się niemrawo. - Pewnego pięknego dnia, dokładnie w moje 14. urodziny, doświadczyłem czegoś nowego. Poczułem emocje, które nie powinny zaistnieć u mnie w tym samym czasie. Bezgraniczne szczęście i radość przeplatały się ze wściekłością i chęcią mordu. Siedziałem akurat w parku, a jedynymi osobami, jakie były tam oprócz mnie, okazały się dwie dziewczyny. Jedna trajkotała przez telefon coś o nowym chłopaku. Poczułem, że to do niej należą te pozytywne uczucia. Za nią, za drzewem, stała druga, bardziej ponura dziewczyna. Zaciskała pieści, a jej gniew nadal rósł. Być może niepotrzebnie, ale zdecydowałem się zareagować. Nie byłem pewien czy to co czułem to tylko moja wyobraźnia, czy naprawdę czułem to co one, ale wolałem nie ryzykować. Niby od niechcenia zagadnąłem ponurą dziewczynę. Zacząłem coś mówić.. Chyba o tym, że niewyraźnie wygląda i spytałem czy wszystko dobrze.. Ona tylko zacisnęła zęby, ale w końcu udało mi się ją dociągnąć od koleżanki. Okazało się, że naprawdę czułem to, co one. Potwierdziła to Sybil, ta ponura, zwierzając mi się ze swoich problemów. Zaprzyjaźniliśmy się, ale po kilku miesiącach wyjechała.. Mniejsza z tym. Ważne, że od tamtego czasu zacząłem odczuwać wszystkie negatywne uczucia innych ludzi. Tylko negatywne. Jeśli jakimś dobrym trafem była niedaleko jakaś równie szczęśliwa osoba, jej uczucia też do mnie docierały. Zazwyczaj tak nie było. Nic z tym nie robiłem. Nie próbowałem nawet pomagać tym ludziom. Nie wiedziałem jak, skoro było ich tak wielu, a ich uczuć zlewających się z jedno, nie sposób było rozróżnić. Zacząłem to ignorować. Po pewnym czasie poczułem, że te uczucia zaczynają się we mnie gromadzić. Co raz bardziej skotłowane, uciśnięte, nie mające ujścia, najczarniejsze ludzkie uczucia były we mnie. Po tygodniu zacząłem robić się bardziej nerwowy i drażliwy. W końcu.. W końcu nadszedł pierwszy dzień, z którego nic nie pamiętałem. Naświetliły mi to media. Prawdopodobnie trzech zabitych ludzi. Nie miałem pojęcia czy to moja robota, czy nie, ale rano czułem się dziwnie lekki. Miesiąc żyłem w przekonaniu, że ktoś po mnie przyjdzie i zamknie w zakładzie dla umysłowo chorych. Kiedy zaczynałem już wariować, odnalazła mnie Hilda. Nie mówiłem jej o swoich atakach. Ona myślała, że z czasem mi przejdzie. Ja wiedziałem, że czas nie ma tu nic do rzeczy. Nie rozmawialiśmy o tym. W końcu myślała, że mi przeszło, ale ja po prostu nauczyłem się czuć, kiedy nadchodzi ten czas i wychodziłem na kilka dni z domu. Jechałem wtedy do lasu oddalonego kilkadziesiąt kilometrów od naszego miasta. Szalałem, rozrywałem zwierzęta gołym rękoma, niszczyłem drzewa, moją ofiarą padło też kilku ludzi.. Nie przeżyli. I tak było dopóki nie dotarliśmy tutaj. Mogłem niezauważalnie wymknąć się gdzieś i ukryć w ruinach, żeby nie narobić większych szkód. Niestety, znów się to zaczęło. Ataki były nieregularne, a ja nie mogłem wyczuć kiedy się zbliżają. Kilka razy zdarzyło mi się to na pozalekcyjnym treningu z panem Xenzetsu, kilka razy obudziłem się siedząc w wannie, a moje mieszkanie było istnym pobojowiskiem. Wyglądało jak po wojnie. Miałem szczęście, że nikogo nie było wtedy nikogo w mieszkaniach pod i nade mną. Eva pewnie była u Gabriella, a Rebecca znów rozmawiała ze Starszym Pokoleniem w jakimś barze. Dziś atak zdarzył się pierwszy raz od dwóch miesięcy. Dziwie się, że dałem rade wytrzymać tak długo - Olivier zamilkł, wykręcając palce.

  - Dobra. Rozumiem już o co chodzi - powiedział Xen. Spojrzałam na niego ciekawa co powie. - Trzeba było tak od razu. Powinieneś prosto z mostu takie rzeczy, bo to niebezpieczne. Chociaż.. Sam powinienem domyślić się co z tobą jest nie tak - zacisnął zęby. - Każdy z nas, każdy Koufun tak ma. Jest możliwość nad tym panować. Gdybyś powiedział wcześniej, dostosowałbym ci trening i nie musielibyśmy teraz tu siedzieć..

  - Przepraszam. Mogłem wam to powiedzieć, ale bałem się, że nie zrozumiecie - jęknął, ledwo powstrzymując napływające do oczy łzy.

  - Nikt cie nie ocenia. Nie rycz - powiedział twardo mężczyzna, po czym zapadła krótka cisza. - A ty, Shion? Co o tym myślisz? - zwrócił się do mnie. Zamyśliłam się na chwilę.

  - Mam dla ciebie tylko jedną rade. Lecz się Oli, lecz się - westchnęłam. Chłopak zdziwiony, podniósł na mnie wzrok. - Powinieneś nam zaufać, a nie odgrywać jakąś szopkę nie wiadomo po co. Nikt by cie nie odtrącił, nikt by się nie śmiał.. No, może trochę, ale wiesz jacy jesteśmy. Rozwiązalibyśmy problem, a potem zalewalibyśmy się ze wszystkiego co nam nie wyszło.

  - Co? - Xenzetsu usiadł tak, żeby móc patrzeć na mnie wzrokiem pełnym niedowierzania. Chyba we mnie zwątpił. - Jak można śmiać się z jakiejkolwiek porażki?

  - Każda przegrana zmusza nas do cięższej pracy nad sobą. Kiedy jesteśmy już silniejsi i wspominamy to, co było kiedyś, to aż zbiera się na histeryczny śmiech. Po prostu umiemy zostawić wszystko za sobą bez uciekania przed przeszłością - powiedziałam, rozpierając się na kanapie. Po chwili namysłu, Xen przyznał mi racje. Pogawędziliśmy jeszcze chwile, po czym obu moim przyjaciołom przyszedł do głowy pomysł trenowania w nocy. Ja natomiast zdecydowałam się na długą, gorącą kąpiel. Stojąc już umyta przed lustrem, rozczesywałam mokre włosy. Nagle coś przykuło moją uwagę. Zbliżyłam twarz do tafli i dotknęłam nasady włosów. Przeczesałam je palcami, marszcząc brwi. Po chwili wzruszyłam ramionami i wyszłam z łazienki. Musiało mi się tylko wydawać. To niemożliwe, żebym siwiała już w tym wieku.

  - Słuchajcie, dzieciaki! - zawołała mama we czwartek rano. Grzecznie ustawiliśmy się naprzeciwko niej, dysząc lekko po bieganiu karnych kółek. - Ruszacie na misję! - Oświadczyła, uśmiechając się szeroko. - Zostaniecie podzieleni na grupy, do każdej z nich zostanie przydzielony ktoś ze Starszego Pokolenia.

  - Jakie misje? O co chodzi? - zdziwiłam się. Mama spojrzała na mnie, poważniejąc nagle.

  - Nie muszę przed wami ukrywać jaka jest sytuacja. Anioły co raz częściej napadają na miasta położone niedaleko granicy. Jest to dobra okazja, żebyście zobaczyli na czym polega prawdziwa walka - wyprostowała się, nieświadomie splatając ręce za plecami. - Macie być gotowi jutro przed 8.00 rano. W pokojach macie listy potrzebnych rzeczy, dokładny opis misji i listy grup, do których zostaliście dołączeni. To wszystko - zakończyła, odwracając się. Weszła z powrotem do budynku, zostawiając nas z Bateshim. Naokoło rozległy się szmery, szepty i pomruki niepokoju. Zacisnęłam pięści, drżąc niekontrolowanie.

  - Już chcą nas wysyłać na misje dla dorosłych? - szepnęła Laura. Ignorując ją, wyrzuciłam ręce w górę z okrzykiem bojowym.

  - Tylko na to czekałam! - zawołałam, śmiejąc się w głos.

  - Dobra, dobra. Skoro decyzja zapadła, zwalniam was z reszty lekcji. Idźcie się wymyć, wypocząć, najeść.. Róbcie co chcecie - westchnął Bateshi. Wszyscy ruszyli ku szatniom. Wszyscy oprócz mnie. Ja zostałam jeszcze na siłowni. Do mieszkania wróciłam dopiero godzinę później. Wzięłam prysznic, spakowałam się według listy, wcisnęłam do torby strój do zadań specjalnych i przebrałam się w piżamę. Siedziałam w salonie jedząc, oglądając filmy i grając w gry. W końcu o 18.30 ruszyłam do pokoju. Przechodząc obok lustra zerknęłam na nie pobieżnie. Nie wyglądałam najgorzej, jednak coś znów kazało mi się sobie przyjrzeć. Pokręciłam głową. Zaczynałam już lekko świrować. Wydawało mi się przez chwilę, że moje tęczówki były zupełnie przezroczyste. Zaraz potem walnęłam się na łóżko i spałam jak zabita do następnego ranka.

  Podniosłam głowę i wyłączyłam budzik. Przygotowanie się zajęło mi kilkanaście minut. Chwyciłam torbę i kartkę z przydziałem grup, po czym wsiadłam do windy. Kilka głębokich oddechów uspokoiło mnie na tyle, na ile mogłam być teraz spokojna. Wcisnęłam guzik i ruszyłam na spotkanie.

  - Co tak wcześnie, Devinill? - spytał Dave z szyderczym uśmiechem. Odpowiedziałam mu krzywym spojrzeniem i ruszyłam do swoich przyjaciół. Po kilku następnych minutach dołączyli do nas nasi 'przewodnicy'. A żeby jeszcze zrobili to w normalny sposób.. Gdzie tam! Oni musieli do nas przyjść czadowym spacerkiem, wyglądając jak gwiazdy filmowe. Mało tego.. Moim mistrzem mocy miał być w tyłek kopany Xenzetsu, który już szczerzył się jakby wygrał miliony. Jeśli coś pójdzie nie tak, uratuje mnie i będzie nam to wypominał do końca życia. Tak być nie będzie. Przyciągnęłam do siebie Mata, Gabriella i Gina, z którymi byłam w grupie i zniżyłam głos do szeptu.

  - Trzeba mu utrzeć nosa, a żeby to zrobić, musimy wziąć tą misje na poważnie - warknęłam. Reszta zgodziła się ze mną i dzięki temu powstał klub GMSG, którego mottem było "Nigdy nie myl się przy Sam Wiesz Kim'. Podczas motywującej przemowy, udało mi się zmienić misje zabicia Aniołów w misje pokonania Xenzetsu.

  - Dobra! Czas zetrzeć na pył Anioły! - zawołał Xen, wskakując do jeepa. Wrzuciłam swoje rzeczy do bagażnika i zajęłam miejsce obok kierowcy. Po chwili mknęliśmy już w przeciwnym kierunku niż reszta. Nastój niepokoju zamienił się w radosny śmiech i luźne rozmowy. Jednak czułam, że nadal jest coś nie tak. Xenzetsu był jakiś cichy i zbyt poważny. Kiedy spytałam go o powód, odpowiedział mi tylko krótkim spojrzeniem, które wydało mi się być przepełnione troską i niepokojem. Wtedy ogarnął mnie dziwny chłód. Nie miałam ochoty na rozmowę z rozbrykanym Gabriellem, dyskusję o grach z Ginem czy nawet kłótnie z Matem. Usiadłam prosto w fotelu i zacisnęłam pięści, kładąc je na udach.

  - Proszę, nie rób nic głupiego - szepnął Xenzetsu. Chyba tylko ja to usłyszałam, bo reszta nie przerwała swojej paplaniny. - Myśl i działaj ostrożnie. Shion, proszę, naprawdę. To już nie są ćwiczenia. Wy możecie tam zginąć.

  - Ale.. Przecież ty tam będziesz - próbowałam zmienić ton głosu na swobodny. Nie wyszło.

  - Nie zawsze mogę zdążyć na czas, dlatego proszę cię, uważaj na siebie - szepnął skręcając w polną drogę. Kiwnęłam głową, zaciskając usta. Xen zaszczycił mnie ciepłym spojrzeniem, które chwyciło moje serce. Pokiwałam głową jeszcze raz, pokazując, że zrozumiałam o czym mówił i znów wbiłam wzrok przed siebie. - Dobra, wysiadka - powiedział po zaparkowaniu samochodu przed drewnianym domkiem. - Chłopaki, weźcie rzeczy i pozanoście do środka. Ja i Shion idziemy na zwiady - zarządził. Spojrzałam na niego zdziwiona. Wyłapał mój wzrok i uśmiechnął się uspokajająco. - Spokojnie, ze mną nic ci się nie stanie. Jeszcze nie nadszedł twój czas walki - szepnął, kładąc dłoń na mojej pięści. Jego dotyk podziałał kojąco. Napięcie opuściło moje ciało i rozluźniłam się trochę.

  - Powodzenia! - wołali koledzy, stojąc na schodach. Odmachałam im i dołączyłam do Xenzetsu. Szliśmy, w milczeniu rozglądając się dokładnie. Miedzy drzewami czułam się dziwnie spokojna. Po chwili wyszliśmy na małą polanę.

  - Pamiętasz kiedy powiedziałem ci o tym ataku masowego rażenia? - odezwał się w końcu. Kiwnęłam głową. - Spróbuj go zrobić - zażądał.

  - Ale.. Tu? Teraz? - pokręciłam głową. - Niemożliwe. To jedyne co mi nie wychodzi. Nie potrafię tego zrobić.. - zamilkłam, kiedy Xen wziął moją twarz w dłonie.

  - Musisz się tego nauczyć. Dam ci parę wskazówek, które mogą ci się przydać. Musisz to umieć - powiedział zupełnie poważnie, patrząc w moje oczy. Kiwnęłam głową, kiedy puścił moją twarz. Zrozumiałam, że w ten sposób stara się mnie ochronić - ucząc mnie. Zamknęłam oczy i rozłożyłam ręce na boki i poczułam jak moc rozlewa się po moim ciele, jak wypływa z niego i tworzy skrzydła. Zrobiłam tak, jak uczył mnie Xen. Zebrałam całą moc z jedną, małą kulkę i puściłam ją tak, by rozeszła się okręgiem naokoło mnie. Otworzyłam oczy i spojrzałam na Xenzetsu, który patrzył na mnie uważnie.

  - Nie było źle, ale spróbuj jeszcze raz - mruknął, podchodząc do mnie. - Zamknij oczy - polecił. Spełniłam jego prośbę. Potem zaczął mnie ustawiać. Rozstawił szerzej moje nogi, wnętrze moich dłoni skierował do zewnątrz, głowę uniósł odrobinę wyżej i stanął za mną. - Złóż skrzydła - szepnął. Ciarki przeszły mi po plecach. - Dobrze. Teraz zrób to co wcześniej, ale nie puszczaj dopóki ci nie powiem - zrobiłam co kazał. Kłębek mocy zebrał się we mnie, nierównomierna, czułam, że jest trochę jak śnieżka. Niby okrągła, ale bliżej jej do kółka narysowanego przez kolesia z Parkinsonem. - Wyobraź sobie, że ściskasz ją w dłoniach. Ściśnij ją, nie przejmuj się ciśnieniem. Mocniej - spełniłam jego żądanie, które powtórzyło się kilka razy. W końcu poczułam jak ta mała kulka mocy pulsuje tuż pod moim sercem. - Jeszcze jeden raz. Ostatni.. Zmiażdż ją - szepnął mi prosto do ucha. Przeszedł mnie niekontrolowany dreszcz. - Teraz.. Wyrzuć to z siebie - powiedział. Rozluźniłam wyimaginowany uścisk, a kulka błysnęła lekko, wybuchając po chwili, tworząc naokoło mnie jakby szklaną barierę. Otworzyłam oczy, powracając do ludzkiej formy. - Widzisz? - powiedział Xen, podchodząc do mnie. Drzewa naokoło były wyschnięte na wiór. Jakieś 6 metrów ode mnie zauważyłam pas gołej ziemi. Xenzetsu przyszedł zza niego.

  - To.. To dotarło aż tam? - wskazałam okrąg. Xen pokiwał głową. -Yay! Nareszcie! - zawołałam, przyklejając się do mężczyzny.

  - Posłuchaj, Shion - powiedział, odsuwając mnie od siebie i kładąc dłonie na moich ramionach. - Jeszcze raz powtarzam, to nie zabawa. Możesz zginąć.

  - Wiem.. Wiem to - uśmiechnęłam się lekko.

  - Będziesz musiała odebrać życie tak samo oddychającym istotom. Nie przeszkadza ci to? - szepnął, patrząc mi w oczy. Zawiesiłam się. Zapomniałam o tym. Anioły też miały rodziny, przyjaciół, znajomych.. Żyły tak samo jak my.. Ale byli wrogami. Wyprostowałam się, zaciskając pięści.

  - To nic - zacisnęłam zęby. - To wrogowie, a dla wrogów nie ma żadnej litości, jeśli oni nie mają litości dla naszych - wycedziłam. Xen poczochrał moje włosy.

  - Zuch dziewczyna. To co? Wracamy? - spytał. Kiwnęłam głową, zaciskając zęby. Podróż zajęła nam 11 godzin, więc polowanie mieliśmy zacząć rano. Do tej pory mieliśmy udawać, że nas nie ma, nawet jeśli Anioły przyszłyby wcześniej niż przewidziała mama. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ten dzień, ta bitwa, a raczej czas po bitwie, zmieni mnie bardziej niż ostatnie pół roku. Zresztą.. Jeden moment, jedna myśl.. To ona zmieniła mnie tak bardzo, że cała moja przyszłość stanęła pod znakiem zapytania. Jeden moment wstrząsnął moim życiem. Miało to się ujawnić dopiero pół roku później, kiedy...



***

Tym razem wstawiam rozdział dzień wcześniej.
Pierwszy poniedziałek wakacji będę miała bardzo zawalony.
Dlatego zdecydowałam się wstawić to dzień wcześniej.
Za tydzień - dwa pojawi się rozdział Peace, Love and Basket.
Pozdrawiam i do następnego. :3