czwartek, 31 grudnia 2015

Rozdział 17

Niedługo przygoda Shion dobiegnie końca.
Niedługo Shion zostanie...
Meh, dowiecie się w swoim czasie.

***

  Wstałam wcześnie rano i spojrzałam na wyświetlacz elektronicznego budzika. No dobra. Ktoś będzie miał dziś mocno przechlapane. Ciekawe kto. Zerwałam się z łóżka, związałam szybko włosy, chwyciłam plecak i szybko pobiegłam do szkoły. Wpadłam do szatni, kiedy ostatnie dziewczyny z niej wychodziły. Przebrałam się w strój do ćwiczeń i dosłownie poleciałam na lekcje z Bateshim. Wszystko byłoby umiarkowanie dobrze, gdyby nie to, że wywaliłam się zaraz po ponownym stanięciu na ziemi.

  - Dzień dobry, panno Devinill - usłyszałam nad sobą Spojrzałam w górę. Bateshi stał tuż przede mną z założonymi za plecami rękoma i patrzył na mnie z czystą wściekłością w oczach. Cóż się dziwić? Nie odzywałam się do niego już od miesiąca. - Wreszcie zaszczyciła mnie pani swoją obecnością. Nie było pani na zajęciach od dwóch tygodni. Ma pani coś na swoje usprawiedliwienie? - warknął, kiedy wstałam. Otrzepałam się z piachu i spojrzałam facetowi w oczy.

  - Spałam - odparłam twardo, nie dając mu wygrać walki na spojrzenia. W końcu jednak musiałam odpuścić i uciec wzrokiem w bok.

  - W takim razie miała pani wystarczająco dużo czasu, żeby wypocząć - syknął, a mi po plecach przeszły ciarki. Dokładnie do takiego stanu chciałam go doprowadzić. - Wszyscy trzy kółeczka wokół boiska, rozciągnąć się i macie wolne. A pani, panno Devinill, nawet pozycja przyszłej królowej nie uratuje.

  Ledwo powstrzymałam cisnące się na usta przekleństwa. Nienawidziłam, kiedy ktokolwiek wspominał coś o mnie-księżniczce albo mojej przyszłej roboty jako królowej i Bateshi doskonale o tym wiedział. Mimo wszystko, nie odezwałam się. Nie mogłam pogarszać sprawy. Miałam czego chciałam. Dzięki takim wybrykom przestane być wreszcie faworyzowana i nauczyciele dadzą mi porządny wycisk.

  Po 5 lekcji ledwo trzymałam się na nogach. Nie dziwiło mnie to za bardzo. Prawie nic nie jadłam od dwóch dni. Po prostu nie miałam czasu. Nawet na przerwach byłam zalatana. Biegałam od jednego nauczyciela do drugiego, chcąc poprawić testy lub zdobyć dodatkowe oceny.

  Pod prysznicem Eva i Rebecca pomagały mi utrzymać się w pionie. Kiedy wyszłyśmy, wcisnęły mi w ręce dwie puszki pepsi, nie mogąc nic więcej zrobić. Odmawiałam jedzenia. Nie kłopotałam się też ze zbytnim suszeniem włosów. Marella przecież nie będzie wiecznie czekała. Musiałam omówić z nią grafik moich zajęć dodatkowych. Dziewczyny prawie niosły mnie na rekach przez korytarze szkoły. Niemiłosiernie chciało mi się spać, ale po wypiciu dwóch wysoko słodzonych napojów z kofeiną poczułam się odrobinę lepiej i znów chodziłam o własnych siłach. Marella odmówiła udzielania mi dodatkowych lekcji. Usprawiedliwiała swoją decyzję troską o mnie i moje zdrowie. Wtedy dopadły mnie wątpliwości. Czy na pewno robiłam dobrze? Czy to wszystko miało jakiś konkretny cel? Nagle w moim umyśle usłyszałam dwa słowa wypowiedziane głosem Xenzetsu. Za mało. I znów ruszyłam dalej, pełna sił, z nowymi pomysłami.

  Na przedostatniej lekcji ledwo siedziałam. Chciałam już iść do mojej jaskini. Chciałam już się wyrwać z tego betonowego więzienia. Chciałam, chciałam..

  - Dzień dobry - drzwi sali otworzyły się nagle. - Starszyzna chce spotkać się z Shion. Zwalniam ją z lekcji, dobrze? - powiedziała mama, patrząc w stronę biurka nauczyciela. Rafael pokiwał głową.

  - Jasne, nie ma sprawy... Powodzenia - dodał po sekundzie namysłu. No tak. Żeby tam pójść najpierw musiałam podnieść tyłek z miejsca. Podniosłam go. Chwyciłam plecak, spakowałam się w trybie natychmiastowym i wyszłam z klasy. Mama szła obok mnie. Bez słów, bez krepującej ciszy, bez ukradkowych spojrzeń i bez jakichkolwiek informacji. Uśmiechnęłam się pod nosem, zadowolona, że działało to w obie strony. Po chwili rozejrzałam się zaskoczona.

  - Gdzie idziemy? - spytałam zdezorientowana, kiedy po wyjściu ze szkoły, skierowałyśmy się w stronę przeciwną do położenia apartamentowca.

  - Idziemy cię przygotować - powiedziała taki tonem, że ciarki przebiegły mi po plecach. Temat został zakończony. Oczy prawie wypadły mi z orbit, a szczęka opadła na ziemię i wbiła się jeszcze kilka metrów wgłąb. Spojrzałam na mamę, chcąc coś powiedzieć, ale sam jej wzrok mnie powstrzymał. Posłusznie weszłam za nią do salonu piękności. Od wejścia dwie kobiety złapały mnie za ręce, zabrały plecak i zaczęły mnie rozbierać. Moja koszulka pofrunęła w kąt sali, zaraz za nią poleciały spodnie i reszta mojej garderoby. Najpierw obowiązkowo kazały mi wziąć prysznic. Potem nadszedł czas na maseczki, pedicure i manicure, ubrania, makijaż i fryzura. Kiedy skończyły, przejrzałam się w lustrze. Lekkie fale zamiast mojego zwykłego siana, makijaż zamiast zadrapań na twarzy, pomalowane paznokcie zamiast obdartych skórek, długa sukienka z gorsetem zamiast koszulki i dresów, buty na wysokim obcasie zamiast adidasów i jakaś lalka zamiast mnie.

  - Nie sądzisz, że to przesada? - spytałam z wahaniem, obracając się przed lustrem i przyglądając się każdemu skrawkowi dziewczyny w odbiciu.

  - Nie, nie sądzę, a teraz przejdź się kilka razy stąd do drzwi, żebyś sobie nic nie skręciła, kiedy będziesz szła do ich pokoju spotkań - powiedziała władczym tonem. Skapitulowałam już zupełnie i zrobiłam to, o co prosiła mnie mama. Przy okazji trzy razy prawie wybiłam sobie zęby, a raz ledwo uratowałam sukienkę przed podpaleniem.

  - Zupełnie się do tego nie nadaję - warknęłam, przymierzając się do zdarcia tych zwałów materiału ze swojego ciała Zatrzymałam się, widząc zabójczy wzrok mojej mamy. Zapłaciła, a ja posłusznie podreptałam za nią do wyjścia. Przed budynkiem czekał czarny samochód z przyciemnianymi szybami. Zerknęłam na mamę, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że będę dziś traktowana trochę inaczej niż zwykle. Od strony kierowcy wysiadł facet w garniturze i zanim zdążyłam chociaż chwycić klamkę, on już otwierał przede mną drzwi. Kiwnęłam mu głową i uśmiechnęłam się w ramach podziękowania, a on jakoś tak dziwnie się na mnie popatrzył, po czym złożył mi pokłon. Zdębiałam, siedząc już w samochodzie. Mama wsiadła zaraz za mną nic nie mówiąc ani nie siląc się na żaden gest. Kiedy drzwi się za nią zamknęły, spojrzałam na nią wyczekująco.

  - Chcesz coś wiedzieć? - spytała wreszcie, nie mogąc już wytrzymać mojego nachalnego wzroku.

  - Czemu dopiero teraz? Ciocia mówiła o nich jak tylko się tu przenieśliśmy.. Mówiła, że Starszyzna już na mnie czeka. Czemu minęło tyle czasu, żeby chcieli się ze mną spotkać? - spytałam szybko.

  - To nie tak, że oni nie chcieli.. - mama zawiesiła się na chwilę. - Wiesz.. Oni chcieli, żebyś się wszystkiego trochę poduczyła.. Historii Podziemia, jego funkcjonowania, musiałaś popracować nad rozwinięciem swojej mocy. Po prostu uznali, że teraz jest dobry moment na poznanie ciebie - pokiwałam głową, myśląc, że nigdy nie zrozumiem staruszków. - Musisz wiedzieć jeszcze jedno. Starszyzna nigdy nie pokazuje swoich twarzy. Siedzą za gruba kurtyną i są podświetleni od tyłu, ale nie wychodzą, a jeśli już muszą, to nie pojawiają się bez nieprzezroczystej zasłony na twarz. Nikt nie wie czemu, ale każdy, kto próbował się dowiedzieć, tylko ich rozzłościł - westchnęła nieco zmęczonym głosem. Pokiwałam głową. Ona też chciała tylko to przeżyć. Westchnęłam, a raczej ledwo odetchnęłam przez zaciśnięty gorset. Chciałam już lecieć do swojej jaskini.

  Weszłyśmy do schodach do ogromnego budynku, wzorowanego na stylu prosto ze starożytnych Aten. Hol był ogromny i tak jak na zewnątrz, stworzono go na wzór starożytnych świątyń ateńskich. Jedyną różnicą był chyba czerwony dywan i elektryczne urządzenia, takie jak kamery albo winda. Minęłyśmy recepcję, windę i skierowałyśmy się do ogromnych drzwi. Dwójka demonów płci męskiej, ubrana w garnitury, otworzyła przed nami te dziwne wrota. Podziękowałam im grzecznie, czym zaskoczyłam ich tak, jak kierowcę. Skłonili się nisko i zamknęli za nami drzwi. Rozejrzałam się dyskretnie. Sala nie była duża. Pod przeciwległą ścianą siedziała trójka, jak się domyślałam, Czcigodnych Starszych. Tak jak mówiła mama, zza zasłon nie było widać nic oprócz ich cieni. Przed nimi, na dużych poduszkach, siedzieli prawie wszyscy ze Starego Pokolenia. Wszyscy oprócz mamy i Rafaela. Podeszłyśmy do pozostawionych na środku dwóch wolnych miejsc. Xenzetsu zerknął na mnie zszokowany, otaksowując się od góry do dołu wzrokiem, ale nie powiedział nic, kiedy ostentacyjnie go zignorowałam.

  - Witajcie Czcigodni Starsi - powiedziała mama, kłaniając się nisko.

  - Dzień dobry - powiedziałam, pozdrawiając ich skinieniem głowy.

  - Witajcie - zagrzmiał głos faceta, chyba tego siedzącego w środku. - Usiądźcie, Revi, Shion. Nie bój się księżniczko. Zadamy ci kilka pytań i będziesz mogła odejść - po jego głosie słyszałam, że się uśmiechał. Przewróciłam oczami. Jak ja pozwoliłam się tu zaciągnąć.

  - Jak idzie księżniczce w szkole? - spytał kobiecy głos postaci po lewej. Mama już odchrząknęła chcąc odpowiedzieć, ale.. - Nie chcę, żeby wypowiadała się jej matka. Panie Bateshi, proszę odpowiedzieć na pytanie.

  - Idzie jej naprawdę dobrze. Mimo, że jest z nami niecały rok, rozumie niektóre rzeczy lepiej niż demony wychowujące się tu od urodzenia - powiedział grzecznie. Kobieta po lewej skinęła głową.

  - Jak się u nas czujesz, Shion? - spytał facet po prawej.

  - Nie jest źle - zaczęłam, po czym poczułam na sobie morderczy wzrok mamy. Zignorowałam to, uśmiechając się do niej z wyższością. Czy ona myśli, że nie wiem jak trzeba gadać z takimi typkami?- Na początku musiałam się przyzwyczaić do niektórych rzeczy, które różnią Podziemia i Ziemię, ale idzie mi co raz lepiej, mimo, że nadal się uczę. Nie tak łatwo przestawić się po 15 latach.

  - To całkowicie zrozumiałe - odparł środkowy. Mama spojrzała na tatę zdziwiona, a on tylko wzruszył ramionami. - W takim razie..

  I tak minęły mi kolejne dwie godziny. Oni pytali, a ja odpowiadałam tak, że moja mama miała ochotę mnie zabić.

  - Doceniam twoją szczerość, księżniczko. Mam nadzieję, że będziesz przychodziła częściej - powiedziała kobieta po lewej na pożegnanie, a ja odparłam, że nie ma sprawy, mogłam wpadać. Wszyscy wstaliśmy, ukłoniliśmy się i wyszliśmy. Szłam przez budynek otoczona Starszym Pokoleniem. Praktycznie wepchnęli mnie do samochodu, a sami wsiedli do innych ustawionych pod ateńską świątynią. Jechałam sama, więc mogłam wreszcie się odrobinę rozluźnić. Usiadłam, wyciągając nogi przed siebie tak daleko, jak tylko pozwalało mi siedzenie przede mną. Trzasnęłam stawami palców i przekręciłam kark tak, że coś w nim chrupnęło. Odetchnęłam ciężko. Wreszcie rozluźniłam ramiona, które bezwładnie opadły na moje kolana. Teraz wyglądałam jak chłopak w damskim ciele, który nie umie siadać w sukience. Uśmiechnęłam się słysząc tą myśl. Była taka prawdziwa.

  Samochód zatrzymał się powoli. Sięgnęłam do klamki, ale znów się spóźniłam. Kierowca już otwierał przede mną drzwi. Wysiadając, znów mu podziękowałam, a on uśmiechnął się do mnie. Weszłam do holu i w ulgą zrzuciłam ze stóp szpilki. Na boso, trzymając buty w reku, wsiadłam do windy. Kiedy reszcie trafiłam do swojego mieszkania, rzuciłam buty w kąt. Zdjęłam sukienkę, gorset i nałożyłam bluzę. Przy naciąganiu na tyłek dresów prawie się wywaliłam kilka razy. Wcisnęłam stopy w zniszczone już adidasy i znów przebiegłam przez pokój. Pokonałam swoje łóżko, wybiłam się z parapetu i wyskoczyłam przez okno. Rozłożyłam skrzydła i uderzyłam nimi, mocno pchając powietrze za siebie. Popędziłam przed siebie. Widząc znajomą przerwę w koronach drzew, zanurkowałam w dół. Z rozpędu wpadłam do stawu, wstrzymując oddech. Zostając pod wodą, mocno pocierałam swoją twarz, żeby szpachla, którą mi nałożyli w salonie, zeszła. W końcu, po siódmym zanurzeniu, udało mi się ją odskrobać. Wytarłam twarz bluzą, którą miałam na sobie i podeszłam do ściany. Otworzyłam tunel i weszłam do jaskini, maskując za sobą właz. Stanęłam na skalnej posadzce i rozejrzałam się. Nic nie zostało naruszone lub przesunięte. W powietrzu nie dało się wyczuć innej mocy niż moja, wody i gór. Bardzo mnie to cieszyło. Uprzednio sprawdzając dla pewności każdy kąt pomieszczenia, zaczęłam podnosić ciężary. Po trzydziestym siódmym powtórzeniu, pociemniało mi przed oczami. Szybko odłożyłam sztangę na ziemie, pochyliłam się do przodu i zaczęłam powoli i głęboko oddychać. Kiedy wreszcie mogłam coś zobaczyć, położyłam się delikatnie na boku i zamknęłam oczy. Coś złego się ze mną działo. Coś czego nigdy nie chciałam doświadczyć. Słabłam z każdą chwilą co raz bardziej. Wyjęłam komórkę, chcąc zadzwonić do Evy albo Rebeccy, ale przypomniałam sobie. Nie mogły wiedzieć gdzie znajdowała się moja kryjówka. Wstałam i chwiejnie podeszłam do tunelu. Przecisnęłam się przez niego, otworzyłam właz i tracąc równowagę, wpadłam do wody. Zamaskowałam tunel i na chwiejnych nogach wyszłam ze stawu. Rozłożyłam skrzydła i wzleciałam powoli ponad drzewa. Trzymałam się nisko, prawie dotykałam ich wierzchołków. Nagle usłyszałam wołanie, a po chwili wyrósł przede mną Matthias.

  - Źle wyglądasz - stwierdził spokojnym głosem. Wyszeptałam, że mi słabo, po czym poczułam, że powoli zaczynam spadać. Nie dałam już rady. Ostatkami sił utrzymywałam się w powietrzu i tuż nad ziemią złożyłam skrzydła, by moje ciało uderzyło głucho o podłoże. Patrzyłam tępo przed siebie na wpół otwartymi oczami. Mat kucnął i wziął mnie na ręce. Zamknęłam oczy, kiedy poczułam, że zaczynamy się wznosić. Po kilku sekundach chyba zemdlałam, bo nie pamiętałam co dalej się działo.

  Otworzyłam oczy. Byłam w swoim pokoju. Poznałam to po swoich spodniach leżących na krześle i reszcie ciuchów leżących na, pod i naokoło biurka.

  - Jak się czujesz? - spytał ktoś, wchodząc do pokoju. Podniosłam się lekko na łokciach. Mat właśnie zamykał za sobą drzwi. W rekach trzymał talerz z kanapkami i kubek z herbatą.

  - Słabo. Nie mam sił - powiedziałam, opadając z powrotem na poduszkę.

  - Ja rozumiem, że możesz być zła za to co mówili Xenzetsu, mama czy ktokolwiek ze Starszego Pokolenia i masz do tego pełne prawo, ale to wcale nie znaczy, że możesz bezkarnie się wykańczać. Nie zabraniam ci ćwiczyć, to dobrze, że chcesz być lepsza. Ni obchodzi mnie zbytnio to, co odwalasz w szkole, ale mam jedną prośbę. Dbaj o siebie. Jedz odpowiednio, wysypiaj się. To bardzo ważne przy tak intensywnym treningu - Matthias usiadł na brzegu łóżka. Podniosłam się i wzięłam jedną kanapkę do ręki. Po chwili talerz był prawie pusty, a kubek został opróżniony.

  - Gin ci powiedział? - Mat kiwnął głową, a ja usiadłam, obejmując kolana ramionami. - Wiesz o tym, prawda? - spytałam bardziej dla zasady niż dla potwierdzenia swoich domysłów. Brat spojrzał na mnie. - Wiesz, gdzie codziennie znikam, prawda? - Mat cicho westchnął, po czym kiwnął głową. - To czemu im wszystkim tego nie powiesz? Przecież oni prawie schodzą na zawał, kiedy mnie nie ma.

  -Nie mówię, bo wiem, że tego nie chcesz - odparł lekko. Spojrzałam na niego zdziwiona. - Nie chcę, żebyś się przepracowywała, ale wiem, że żadna siła cię przed tym nie powstrzyma. Oszczędzam nerwów i tobie i Starszemu Pokoleniu.. Młodemu zresztą też.

  Uśmiechnęłam się lekko i podziękowałam bratu. Dzięki temu, że utrzymywał mój sekret, mogłam chodzić do swojej jaskini i nikt nie mógł mi tego zabronić. Po kilkunastu minutach, Mat wyszedł, kategorycznie zabraniając mi wychodzenia dziś z domu i jakiegokolwiek ćwiczenia. Zgodziłam się, choć nie bardzo mi pasował taki układ. No, ale czymś musiałam się mu odwdzięczyć za dotrzymanie tajemnicy. Zresztą.. Jutro nie musiałam iść już do szkoły, bo była sobota. Jeden dzień bez ćwiczeń by mnie nie zbawił. Po zjedzeniu tego, co przygotował dla mnie Mat, zaczęłam odzyskiwać siły. Wstałam i poszłam do salonu. Przejrzałam wszystkie swoje gry, po czym stwierdziłam, że nie miałam już w co grać. Cóż się dziwić? Ostatnią grę kupiłam jakoś trzy tygodnie temu i przeszłam ją w jeden dzień. Oceniłam swoje siły na tyle, ile starczyłoby mi na całonocny maraton. Przeliczyłam pieniądze schowane w poduszce leżącej na sofie. Stwierdziłam, że miałam ich wystarczająco dużo, żebym mogła kupić trzy gry i jeszcze wystarczyłoby mi na jakieś jedzenie. Spojrzałam z powrotem na sofę i zaśmiałam się cicho. Chowałam w niej tyle rzeczy, że nie zdziwiłabym się, gdyby któregoś pięknego dnia wyszedł stamtąd murzyn z całą rodziną. Przebrałam się i poleciałam do spożywczego. Masa chipsów, kilka paczek karmelków i kilka butelek mleka czekoladowego. Pakując ostatnią butelkę na wózek, kątem oka dostrzegłam postać, która pojawiła się obok mnie. Odwróciłam głowę. On spojrzał na mnie. Patrzyliśmy sobie nawzajem w oczy.

  - Co ty tu robisz? - spytał, siląc się na swobodny ton.

  - Kupuję jedzenie na jednoosobowe party, a co? - wskazałam na koszyk i odwróciłam się na pięcie. Pchałam koszyk z niejakim trudem. Bądź co bądź, nie odzyskałam jeszcze nawet 1/4 swojej siły. On nadal szedł za mną, jak cień. Mój najgorszy wróg, którego z wielką chęcią uczyniłabym częścią swojej paczki, gdyby tylko chciał. Ktoś, kto nienawidził osób, które miały więcej pieniędzy niż przeciętniacy i uprzykrzał im życie. Ktoś kto myślał, że takie osoby nie mają problemów. Ktoś, kto myślał, że wszystko da się rozwiązać pieniędzmi i pięściami. Ktoś, kto tych pieniędzy nie miał, więc używał tego, co mu zostało. Ktoś, kto na ziemi byłby przykładem definicji człowieka żyjącego w przekonaniu, że wszystkie stereotypy równają się prawdzie. Ktoś, kto wszystko musiał zdobywać własnymi rękoma, więc była prawie nie do złamania. Ktoś, kto nie przyjmował pomocy innych, martwiąc się o swoją dumę. Ktoś, kto nienawidził mnie tylko dlatego, że urodziłam się księżniczką. Oto i Max Jensen Cooper, jeden z najlepszych uczniów Akademii, na którą ledwo było go stać. Niósł w ręku mały, czerwony koszyk, w którym i tak prawie nic nie było. Żal mi go było. Harował jak wół za marne pieniądze, wykańczał się i przez to z dnia na dzień stawał się co raz bardziej gburowaty niż wcześniej. - Chcesz do mnie wpaść? - usłyszałam. Max spojrzał na mnie zdziwiony. Sama nie wiedziałam, kiedy te słowa padły z moich ust, ale co mi tam. Raz się żyje, a ja potrzebowałam towarzystwa. Potrzebowałam osoby, która nie wiedziała o moim konflikcie ze Starszym Pokoleniem.

  - Czy to jakiś podstęp? A może kpina? Chcesz mi pokazać, że jesteś lepsza ode mnie? - spytał spokojnie, wykładając swoje zakupy na ladę. Pokręciłam głową, a on tylko się uśmiechnął. - Nie wierzę ci..

  - I masz rację - odparłam bez emocji, a Max zerknął na mnie zaciekawiony. - Chciałam, żebyś mi coś ugotował, bo ja nie umiem. Dlatego jem to tu - wskazałam na swoje zakupy, kłamiąc bez mrugnięcia okiem. Max westchnął ciężko, kiedy ja płaciłam za siebie.

  - Zgoda - mruknął, kiedy wychodziliśmy ze sklepu. Bez słowa poszliśmy do apartamentowca. Nie leciałam, choć tak byłoby szybciej. Powodem był stan Maxa. Ledwo trzymał się na nogach po dzisiejszych lekcjach. Tak jak ja wcześniej. Podświadomie wiedziałam, że nie jadł nic normalnego od dłuższego czasu, więc nie dałby rady latać. Wjechaliśmy windą na moje piętro, a kiedy wysiedliśmy, szczęka Maxa rozsypała się po ziemi.

  - No co? Zachodź - powiedziałam, skopując buty w stronę ściany. Poszłam do kuchni, a chłopak podążył za mną.

  - Nie tak wyobrażałem sobie mieszkanie księżniczki. Myślałem, że będzie bardziej zadbane i.. - Max zawiesił się szukając odpowiednich słów.

  - Bardziej eleganckie? Wystrojone? Błyszczące? Czystsze? - zaśmiałam się. - Takie rzeczy to nie u mnie. Nie mam czasu sprzątać. Od 7 do 18 mam lekcje. Potem idę trenować, uczę się i idę spać. W weekendy chodzę z chłopakami na piwo albo z dziewczynami połazić po sklepach, choć szczerze tego nienawidzę. A jeśli chodzi o elegancję.. Nie lubię jej. Drogie żyrandole i obrazy za miliony nawet mi się nie podobają. Wolę mieć plakaty na ścianach i lampki choinkowe - zakończyłam swoją przemowę, rozpalając gaz na kuchence pstryknięciem palców.

  - Jesteś zupełnie inna niż inni bogacze - przyznał Max, a ja postawiłam wodę na herbatę. Przygotowałam mu wszystkie potrzebne rzeczy, pokazałam gdzie co jest, po czym położyłam przed nim książkę kucharską, tak na wszelki wypadek, i zniknęłam w swoim pokoju. Z braku innego zajęcia, zaczęłam zbierać z podłogi swoje rzeczy. - Gdzie jest... - zaczął Max, przechodząc przez próg mojego pokoju. Spojrzałam na niego jakby przyłapał mnie co najmniej na ukrywaniu zwłok. Popatrzył na górę ciuchów, którą upychałam aktualnie do szafy, potem zwrócił wzrok na mnie. Stałam z pokerową miną, nie ważąc się nawet ruszyć, nie wiedząc jak mam się w tej sytuacji zachować. Max tylko prychnął, dusząc w sobie wybuch śmiechu. - Gdzie są przyprawy?

  -W półce nad kuchenką - odparłam w końcu. Demon wyszedł, a ja szybko upchnęłam wszystkie ciuchy w szafie i przeszłam do kuchni. Kiedy Max był zajęty gotowaniem, ja wyjęłam kilka ogromnych misek, których używałam do organizowania imprez na piętrze mojej paczki, ulokowanym nad moim mieszkaniem. Wysypałam do nich chipsy i postawiłam w salonie. Oddzielnie rzuciłam opakowania cukierków, a mleko czekoladowe postawiłam pod stołem. Zasiadłam na sofie i czekałam. Wiem, nie wolno kłamać i tak dalej, ale przecież Max nie musiał wiedzieć, że umiałam gotować prawie po mistrzowsku.

  Po jakimś czasie, demon wszedł do salonu niosąc dwa talerze wypełnione po brzegi ryżem z warzywami w sosie ostro-kwaśnym. Zjadłam wszystko co podsunął mi pod nos mój wróg. On sam jadł, jakby ktoś go poganiał. Zaniosłam puste naczynia do zlewu i wróciłam z dwoma nowo kupionymi grami w rękach. - W co chcesz zagrać? - spytałam.

  - Żartujesz sobie ze mnie? - sarknął Max. - Miałem ci tylko ugotować obiad. Teraz wychodzę.

  - Nigdzie nie idziesz, no weź. Zostań i zagraj ze mną - naburmuszyłam się. Max skrzywił się. Pewnie myślał o mnie nieprzyjemne rzeczy. Bardzo nieprzyjemne. Nie wiedziałam czemu tak myślał, ale widziałam to po jego oczach.

  - Nie wystarczają ci twoi przyjaciele? Musisz jeszcze brać się za mnie? - spytał lekko podenerwowany. Ledwo powstrzymałam szeroki uśmiech.  Nie ma tak Maksiu. Zbyt dobrze znam ludzi, demony i ich emocje. Czytałam z ciebie jak z otwartej księgi i w kilka sekund poznałam cię na wylot.

  - Nie muszę, nie schlebiaj sobie - prychnęłam. Po prostu mam ochotę z tobą pograć. Z nimi nie mam teraz najlepszych kontaktów - powiedziałam lekko. Max zdrętwiał, ale po chwili pokiwał głową. Usiadł obok mnie i wziął do ręki pada. Co prawda widziałam, że nie bardzo uśmiechało mu się siedzenie tu ze mną, ale przynajmniej udało mi się go zatrzymać. Nie chciałam, żeby wychodził. Nie teraz. Pierwszy raz od dłuższego czasu gadałam normalnie z kimś innym niż ze sobą i moimi przyjaciółmi, więc nie zamierzałam dać temu tak szybko się skończyć. Zaczęliśmy grać, ale po chwili znudziła nam się nowa gra. Wzięliśmy jedną z moich starych gier, w której trzeba było po prostu rozgromić przeciwnika. Wtedy dopiero zaczęła się jazda. Wrzeszczeliśmy z ustami pełnymi przekąsek, skakaliśmy po kanapie, o mało nie zniszczyliśmy całego salonu. Kiedy nadeszła pierwsza w nocy, pokój wyglądał jak po ataku bombowym, a my siedzieliśmy na ziemi, oparci plecami o wywróconą sofę objedzeni, zmęczeni i ledwo żywi.

  - Hej, Max - zaczęłam. Zwrócił twarz ku mnie. - To tak nie działa, że każdy kto ma pieniądze jest nieczuły, kłamliwy, nieuczciwy i chciwy. Owszem, większość jest, ale nie wszyscy..

  Max westchnął, przecierając twarz dłonią.

  - Tak do końca nie zmieniłem jeszcze o tobie zdania. Możesz okazać się fałszywa - powiedział, znów wbijając wzrok przed siebie.

  - Wiem o co ci chodzi - zaśmiałam się, by po chwili spoważnieć. - W takim razie będę z tobą szczera, dobrze? - spytałam, a chłopak pokiwał głową. - Nie zaprosiłam cię tu dlatego, że nie umiem gotować. Ogólnie, to mam kucharskie zdolności i nawet nieźle mi gotowanie wychodzi.

  - To czemu skłamałaś? - Max zmarszczył brwi, siadając prosto i patrząc na mnie.

  - Spokojnie, nie miałam niczego złego na myśli - uspokoiłam go. - Po pierwsze, chciałam ci pokazać, że nie wszyscy bogacze są tacy, za jakich ich bierzesz. Po drugie, zauważyłam, że ostatnio jesz bardzo mało i wyglądałeś co raz gorzej, więc pomyślałam... - zawiesiłam się i w tej chwili zrozumiałam swój błąd. Demon już stał na prostych nogach, wbijając we mnie wściekłe spojrzenie.

  - Więc o to ci chodziło! - wrzasnął. Miałam szczęście, że moje mieszkanie było jako tako dźwiękoszczelne. - Wiedziałem, do cholery, wiedziałem! Było ci mnie po prostu żal, tak?! To dlatego mnie tu zaprosiłaś! - Max westchnął głęboko, powstrzymując kolejny atak złości. Kiedy nawet nie próbowałam cofnąć swoich słów, spojrzał na mnie z wyższością. - Nienawidzę, kiedy ktoś się nade mną lituję. Sam sobie daję świetnie radę. Nie potrzebuję ani ciebie, ani twojej pokazowej dobroci. Pomagasz demonom, które cię nienawidzą z wzajemnością. To nie jest normalne. Nie wiem jak, ale cię rozgryzę i dowiem się, czemu tak robisz. Każdy z was, urzędasów, jest zakłamanym gnojkiem. Wszystko robicie na pokaz - to mówiąc, wyszedł z pokoju i wsiadł do windy. Spojrzałam pustym wzrokiem na niebo za oknem. Czarne niego naznaczone milionami białych, świecących gwiazd. W tym miejscu rozpoczęło się dziwne powiązanie mojego losu z losem młodego Coopera. Wstałam, wzdychając ciężko. Nie wiedząc ani o połączonym losie, ani o tym co tak naprawdę działo się za murami Ateńskiej świątyni, pogodziłam się z tym, że z Maxem Jensenem Cooperem nigdy nie uda mi się dogadać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz