Niedługo Shion zostanie...
Meh, dowiecie się w swoim czasie.
***
Wstałam wcześnie rano i spojrzałam na wyświetlacz elektronicznego budzika. No dobra. Ktoś będzie miał dziś mocno przechlapane. Ciekawe kto. Zerwałam się z łóżka, związałam szybko włosy, chwyciłam plecak i szybko pobiegłam do szkoły. Wpadłam do szatni, kiedy ostatnie dziewczyny z niej wychodziły. Przebrałam się w strój do ćwiczeń i dosłownie poleciałam na lekcje z Bateshim. Wszystko byłoby umiarkowanie dobrze, gdyby nie to, że wywaliłam się zaraz po ponownym stanięciu na ziemi.
- Dzień dobry, panno Devinill -
usłyszałam nad sobą Spojrzałam w górę. Bateshi stał tuż przede mną z założonymi
za plecami rękoma i patrzył na mnie z czystą wściekłością w oczach. Cóż się
dziwić? Nie odzywałam się do niego już od miesiąca. - Wreszcie zaszczyciła mnie
pani swoją obecnością. Nie było pani na zajęciach od dwóch tygodni. Ma pani coś
na swoje usprawiedliwienie? - warknął, kiedy wstałam. Otrzepałam się z piachu i
spojrzałam facetowi w oczy.
- Spałam - odparłam twardo, nie
dając mu wygrać walki na spojrzenia. W końcu jednak musiałam odpuścić i uciec
wzrokiem w bok.
- W takim razie miała pani
wystarczająco dużo czasu, żeby wypocząć - syknął, a mi po plecach przeszły
ciarki. Dokładnie do takiego stanu chciałam go doprowadzić. - Wszyscy trzy kółeczka
wokół boiska, rozciągnąć się i macie wolne. A pani, panno Devinill, nawet
pozycja przyszłej królowej nie uratuje.
Ledwo powstrzymałam cisnące się na
usta przekleństwa. Nienawidziłam, kiedy ktokolwiek wspominał coś o
mnie-księżniczce albo mojej przyszłej roboty jako królowej i Bateshi doskonale
o tym wiedział. Mimo wszystko, nie odezwałam się. Nie mogłam pogarszać sprawy.
Miałam czego chciałam. Dzięki takim wybrykom przestane być wreszcie
faworyzowana i nauczyciele dadzą mi porządny wycisk.
Po 5 lekcji ledwo trzymałam się na
nogach. Nie dziwiło mnie to za bardzo. Prawie nic nie jadłam od dwóch dni. Po
prostu nie miałam czasu. Nawet na przerwach byłam zalatana. Biegałam od jednego
nauczyciela do drugiego, chcąc poprawić testy lub zdobyć dodatkowe oceny.
Pod prysznicem Eva i Rebecca
pomagały mi utrzymać się w pionie. Kiedy wyszłyśmy, wcisnęły mi w ręce dwie
puszki pepsi, nie mogąc nic więcej zrobić. Odmawiałam jedzenia. Nie kłopotałam
się też ze zbytnim suszeniem włosów. Marella przecież nie będzie wiecznie
czekała. Musiałam omówić z nią grafik moich zajęć dodatkowych. Dziewczyny
prawie niosły mnie na rekach przez korytarze szkoły. Niemiłosiernie chciało mi
się spać, ale po wypiciu dwóch wysoko słodzonych napojów z kofeiną poczułam się
odrobinę lepiej i znów chodziłam o własnych siłach. Marella odmówiła udzielania
mi dodatkowych lekcji. Usprawiedliwiała swoją decyzję troską o mnie i moje
zdrowie. Wtedy dopadły mnie wątpliwości. Czy na pewno robiłam dobrze? Czy to
wszystko miało jakiś konkretny cel? Nagle w moim umyśle usłyszałam dwa słowa
wypowiedziane głosem Xenzetsu. Za mało. I znów ruszyłam dalej, pełna
sił, z nowymi pomysłami.
Na przedostatniej lekcji ledwo
siedziałam. Chciałam już iść do mojej jaskini. Chciałam już się wyrwać z tego
betonowego więzienia. Chciałam, chciałam..
- Dzień dobry - drzwi sali
otworzyły się nagle. - Starszyzna chce spotkać się z Shion. Zwalniam ją z
lekcji, dobrze? - powiedziała mama, patrząc w stronę biurka nauczyciela. Rafael
pokiwał głową.
- Jasne, nie ma sprawy... Powodzenia
- dodał po sekundzie namysłu. No tak. Żeby tam pójść najpierw musiałam podnieść
tyłek z miejsca. Podniosłam go. Chwyciłam plecak, spakowałam się w trybie
natychmiastowym i wyszłam z klasy. Mama szła obok mnie. Bez słów, bez
krepującej ciszy, bez ukradkowych spojrzeń i bez jakichkolwiek informacji.
Uśmiechnęłam się pod nosem, zadowolona, że działało to w obie strony. Po chwili
rozejrzałam się zaskoczona.
- Gdzie idziemy? - spytałam
zdezorientowana, kiedy po wyjściu ze szkoły, skierowałyśmy się w stronę
przeciwną do położenia apartamentowca.
- Idziemy cię przygotować -
powiedziała taki tonem, że ciarki przebiegły mi po plecach. Temat został
zakończony. Oczy prawie wypadły mi z orbit, a szczęka opadła na ziemię i wbiła
się jeszcze kilka metrów wgłąb. Spojrzałam na mamę, chcąc coś powiedzieć, ale
sam jej wzrok mnie powstrzymał. Posłusznie weszłam za nią do salonu piękności.
Od wejścia dwie kobiety złapały mnie za ręce, zabrały plecak i zaczęły mnie
rozbierać. Moja koszulka pofrunęła w kąt sali, zaraz za nią poleciały spodnie i
reszta mojej garderoby. Najpierw obowiązkowo kazały mi wziąć prysznic. Potem
nadszedł czas na maseczki, pedicure i manicure, ubrania, makijaż i fryzura.
Kiedy skończyły, przejrzałam się w lustrze. Lekkie fale zamiast mojego zwykłego
siana, makijaż zamiast zadrapań na twarzy, pomalowane paznokcie zamiast
obdartych skórek, długa sukienka z gorsetem zamiast koszulki i dresów, buty na
wysokim obcasie zamiast adidasów i jakaś lalka zamiast mnie.
- Nie sądzisz, że to przesada? - spytałam
z wahaniem, obracając się przed lustrem i przyglądając się każdemu skrawkowi
dziewczyny w odbiciu.
- Nie, nie sądzę, a teraz przejdź
się kilka razy stąd do drzwi, żebyś sobie nic nie skręciła, kiedy będziesz szła
do ich pokoju spotkań - powiedziała władczym tonem. Skapitulowałam już zupełnie
i zrobiłam to, o co prosiła mnie mama. Przy okazji trzy razy prawie wybiłam
sobie zęby, a raz ledwo uratowałam sukienkę przed podpaleniem.
- Zupełnie się do tego nie nadaję -
warknęłam, przymierzając się do zdarcia tych zwałów materiału ze swojego ciała
Zatrzymałam się, widząc zabójczy wzrok mojej mamy. Zapłaciła, a ja posłusznie
podreptałam za nią do wyjścia. Przed budynkiem czekał czarny samochód z
przyciemnianymi szybami. Zerknęłam na mamę, żeby utwierdzić się w przekonaniu,
że będę dziś traktowana trochę inaczej niż zwykle. Od strony kierowcy wysiadł
facet w garniturze i zanim zdążyłam chociaż chwycić klamkę, on już otwierał
przede mną drzwi. Kiwnęłam mu głową i uśmiechnęłam się w ramach podziękowania,
a on jakoś tak dziwnie się na mnie popatrzył, po czym złożył mi pokłon.
Zdębiałam, siedząc już w samochodzie. Mama wsiadła zaraz za mną nic nie mówiąc
ani nie siląc się na żaden gest. Kiedy drzwi się za nią zamknęły, spojrzałam na
nią wyczekująco.
- Chcesz coś wiedzieć? - spytała
wreszcie, nie mogąc już wytrzymać mojego nachalnego wzroku.
- Czemu dopiero teraz? Ciocia
mówiła o nich jak tylko się tu przenieśliśmy.. Mówiła, że Starszyzna już na
mnie czeka. Czemu minęło tyle czasu, żeby chcieli się ze mną spotkać? -
spytałam szybko.
- To nie tak, że oni nie chcieli..
- mama zawiesiła się na chwilę. - Wiesz.. Oni chcieli, żebyś się wszystkiego
trochę poduczyła.. Historii Podziemia, jego funkcjonowania, musiałaś popracować
nad rozwinięciem swojej mocy. Po prostu uznali, że teraz jest dobry moment na
poznanie ciebie - pokiwałam głową, myśląc, że nigdy nie zrozumiem staruszków. -
Musisz wiedzieć jeszcze jedno. Starszyzna nigdy nie pokazuje swoich twarzy.
Siedzą za gruba kurtyną i są podświetleni od tyłu, ale nie wychodzą, a jeśli
już muszą, to nie pojawiają się bez nieprzezroczystej zasłony na twarz. Nikt
nie wie czemu, ale każdy, kto próbował się dowiedzieć, tylko ich rozzłościł -
westchnęła nieco zmęczonym głosem. Pokiwałam głową. Ona też chciała tylko to
przeżyć. Westchnęłam, a raczej ledwo odetchnęłam przez zaciśnięty gorset.
Chciałam już lecieć do swojej jaskini.
Weszłyśmy do schodach do ogromnego
budynku, wzorowanego na stylu prosto ze starożytnych Aten. Hol był ogromny i
tak jak na zewnątrz, stworzono go na wzór starożytnych świątyń ateńskich.
Jedyną różnicą był chyba czerwony dywan i elektryczne urządzenia, takie jak
kamery albo winda. Minęłyśmy recepcję, windę i skierowałyśmy się do ogromnych
drzwi. Dwójka demonów płci męskiej, ubrana w garnitury, otworzyła przed nami te
dziwne wrota. Podziękowałam im grzecznie, czym zaskoczyłam ich tak, jak
kierowcę. Skłonili się nisko i zamknęli za nami drzwi. Rozejrzałam się
dyskretnie. Sala nie była duża. Pod przeciwległą ścianą siedziała trójka, jak
się domyślałam, Czcigodnych Starszych. Tak jak mówiła mama, zza zasłon nie było
widać nic oprócz ich cieni. Przed nimi, na dużych poduszkach, siedzieli prawie
wszyscy ze Starego Pokolenia. Wszyscy oprócz mamy i Rafaela. Podeszłyśmy do
pozostawionych na środku dwóch wolnych miejsc. Xenzetsu zerknął na mnie
zszokowany, otaksowując się od góry do dołu wzrokiem, ale nie powiedział nic,
kiedy ostentacyjnie go zignorowałam.
- Witajcie Czcigodni Starsi -
powiedziała mama, kłaniając się nisko.
- Dzień dobry - powiedziałam,
pozdrawiając ich skinieniem głowy.
- Witajcie - zagrzmiał głos faceta,
chyba tego siedzącego w środku. - Usiądźcie, Revi, Shion. Nie bój się
księżniczko. Zadamy ci kilka pytań i będziesz mogła odejść - po jego głosie
słyszałam, że się uśmiechał. Przewróciłam oczami. Jak ja pozwoliłam się tu
zaciągnąć.
- Jak idzie księżniczce w szkole? -
spytał kobiecy głos postaci po lewej. Mama już odchrząknęła chcąc odpowiedzieć,
ale.. - Nie chcę, żeby wypowiadała się jej matka. Panie Bateshi, proszę
odpowiedzieć na pytanie.
- Idzie jej naprawdę dobrze. Mimo,
że jest z nami niecały rok, rozumie niektóre rzeczy lepiej niż demony
wychowujące się tu od urodzenia - powiedział grzecznie. Kobieta po lewej
skinęła głową.
- Jak się u nas czujesz, Shion? -
spytał facet po prawej.
- Nie jest źle - zaczęłam, po czym
poczułam na sobie morderczy wzrok mamy. Zignorowałam to, uśmiechając się do
niej z wyższością. Czy ona myśli, że nie wiem jak trzeba gadać z takimi
typkami?- Na początku musiałam się przyzwyczaić do niektórych rzeczy, które
różnią Podziemia i Ziemię, ale idzie mi co raz lepiej, mimo, że nadal się uczę.
Nie tak łatwo przestawić się po 15 latach.
- To całkowicie zrozumiałe - odparł środkowy. Mama
spojrzała na tatę zdziwiona, a on tylko wzruszył ramionami. - W takim razie..
I tak minęły mi kolejne dwie
godziny. Oni pytali, a ja odpowiadałam tak, że moja mama miała ochotę mnie
zabić.
- Doceniam twoją szczerość,
księżniczko. Mam nadzieję, że będziesz przychodziła częściej - powiedziała
kobieta po lewej na pożegnanie, a ja odparłam, że nie ma sprawy, mogłam wpadać.
Wszyscy wstaliśmy, ukłoniliśmy się i wyszliśmy. Szłam przez budynek otoczona
Starszym Pokoleniem. Praktycznie wepchnęli mnie do samochodu, a sami wsiedli do
innych ustawionych pod ateńską świątynią. Jechałam sama, więc mogłam wreszcie
się odrobinę rozluźnić. Usiadłam, wyciągając nogi przed siebie tak daleko, jak
tylko pozwalało mi siedzenie przede mną. Trzasnęłam stawami palców i
przekręciłam kark tak, że coś w nim chrupnęło. Odetchnęłam ciężko. Wreszcie
rozluźniłam ramiona, które bezwładnie opadły na moje kolana. Teraz wyglądałam
jak chłopak w damskim ciele, który nie umie siadać w sukience. Uśmiechnęłam się
słysząc tą myśl. Była taka prawdziwa.
Samochód zatrzymał się powoli.
Sięgnęłam do klamki, ale znów się spóźniłam. Kierowca już otwierał przede mną
drzwi. Wysiadając, znów mu podziękowałam, a on uśmiechnął się do mnie. Weszłam
do holu i w ulgą zrzuciłam ze stóp szpilki. Na boso, trzymając buty w reku,
wsiadłam do windy. Kiedy reszcie trafiłam do swojego mieszkania, rzuciłam buty
w kąt. Zdjęłam sukienkę, gorset i nałożyłam bluzę. Przy naciąganiu na tyłek
dresów prawie się wywaliłam kilka razy. Wcisnęłam stopy w zniszczone już
adidasy i znów przebiegłam przez pokój. Pokonałam swoje łóżko, wybiłam się z
parapetu i wyskoczyłam przez okno. Rozłożyłam skrzydła i uderzyłam nimi, mocno
pchając powietrze za siebie. Popędziłam przed siebie. Widząc znajomą przerwę w
koronach drzew, zanurkowałam w dół. Z rozpędu wpadłam do stawu, wstrzymując
oddech. Zostając pod wodą, mocno pocierałam swoją twarz, żeby szpachla, którą
mi nałożyli w salonie, zeszła. W końcu, po siódmym zanurzeniu, udało mi się ją
odskrobać. Wytarłam twarz bluzą, którą miałam na sobie i podeszłam do ściany.
Otworzyłam tunel i weszłam do jaskini, maskując za sobą właz. Stanęłam na
skalnej posadzce i rozejrzałam się. Nic nie zostało naruszone lub przesunięte.
W powietrzu nie dało się wyczuć innej mocy niż moja, wody i gór. Bardzo mnie to
cieszyło. Uprzednio sprawdzając dla pewności każdy kąt pomieszczenia, zaczęłam
podnosić ciężary. Po trzydziestym siódmym powtórzeniu, pociemniało mi przed
oczami. Szybko odłożyłam sztangę na ziemie, pochyliłam się do przodu i zaczęłam
powoli i głęboko oddychać. Kiedy wreszcie mogłam coś zobaczyć, położyłam się
delikatnie na boku i zamknęłam oczy. Coś złego się ze mną działo. Coś czego
nigdy nie chciałam doświadczyć. Słabłam z każdą chwilą co raz bardziej. Wyjęłam
komórkę, chcąc zadzwonić do Evy albo Rebeccy, ale przypomniałam sobie. Nie
mogły wiedzieć gdzie znajdowała się moja kryjówka. Wstałam i chwiejnie
podeszłam do tunelu. Przecisnęłam się przez niego, otworzyłam właz i tracąc
równowagę, wpadłam do wody. Zamaskowałam tunel i na chwiejnych nogach wyszłam
ze stawu. Rozłożyłam skrzydła i wzleciałam powoli ponad drzewa. Trzymałam się
nisko, prawie dotykałam ich wierzchołków. Nagle usłyszałam wołanie, a po chwili
wyrósł przede mną Matthias.
- Źle wyglądasz - stwierdził
spokojnym głosem. Wyszeptałam, że mi słabo, po czym poczułam, że powoli
zaczynam spadać. Nie dałam już rady. Ostatkami sił utrzymywałam się w powietrzu
i tuż nad ziemią złożyłam skrzydła, by moje ciało uderzyło głucho o podłoże.
Patrzyłam tępo przed siebie na wpół otwartymi oczami. Mat kucnął i wziął mnie
na ręce. Zamknęłam oczy, kiedy poczułam, że zaczynamy się wznosić. Po kilku
sekundach chyba zemdlałam, bo nie pamiętałam co dalej się działo.
Otworzyłam oczy. Byłam w swoim
pokoju. Poznałam to po swoich spodniach leżących na krześle i reszcie ciuchów
leżących na, pod i naokoło biurka.
- Jak się czujesz? - spytał ktoś,
wchodząc do pokoju. Podniosłam się lekko na łokciach. Mat właśnie zamykał za
sobą drzwi. W rekach trzymał talerz z kanapkami i kubek z herbatą.
- Słabo. Nie mam sił -
powiedziałam, opadając z powrotem na poduszkę.
- Ja rozumiem, że możesz być zła za
to co mówili Xenzetsu, mama czy ktokolwiek ze Starszego Pokolenia i masz do
tego pełne prawo, ale to wcale nie znaczy, że możesz bezkarnie się wykańczać.
Nie zabraniam ci ćwiczyć, to dobrze, że chcesz być lepsza. Ni obchodzi mnie
zbytnio to, co odwalasz w szkole, ale mam jedną prośbę. Dbaj o siebie. Jedz
odpowiednio, wysypiaj się. To bardzo ważne przy tak intensywnym treningu -
Matthias usiadł na brzegu łóżka. Podniosłam się i wzięłam jedną kanapkę do
ręki. Po chwili talerz był prawie pusty, a kubek został opróżniony.
- Gin ci powiedział? - Mat kiwnął
głową, a ja usiadłam, obejmując kolana ramionami. - Wiesz o tym, prawda? -
spytałam bardziej dla zasady niż dla potwierdzenia swoich domysłów. Brat
spojrzał na mnie. - Wiesz, gdzie codziennie znikam, prawda? - Mat cicho
westchnął, po czym kiwnął głową. - To czemu im wszystkim tego nie powiesz?
Przecież oni prawie schodzą na zawał, kiedy mnie nie ma.
-Nie mówię, bo wiem, że tego nie
chcesz - odparł lekko. Spojrzałam na niego zdziwiona. - Nie chcę, żebyś się
przepracowywała, ale wiem, że żadna siła cię przed tym nie powstrzyma.
Oszczędzam nerwów i tobie i Starszemu Pokoleniu.. Młodemu zresztą też.
Uśmiechnęłam się lekko i
podziękowałam bratu. Dzięki temu, że utrzymywał mój sekret, mogłam chodzić do
swojej jaskini i nikt nie mógł mi tego zabronić. Po kilkunastu minutach, Mat
wyszedł, kategorycznie zabraniając mi wychodzenia dziś z domu i jakiegokolwiek
ćwiczenia. Zgodziłam się, choć nie bardzo mi pasował taki układ. No, ale czymś
musiałam się mu odwdzięczyć za dotrzymanie tajemnicy. Zresztą.. Jutro nie
musiałam iść już do szkoły, bo była sobota. Jeden dzień bez ćwiczeń by mnie nie
zbawił. Po zjedzeniu tego, co przygotował dla mnie Mat, zaczęłam odzyskiwać
siły. Wstałam i poszłam do salonu. Przejrzałam wszystkie swoje gry, po czym
stwierdziłam, że nie miałam już w co grać. Cóż się dziwić? Ostatnią grę kupiłam
jakoś trzy tygodnie temu i przeszłam ją w jeden dzień. Oceniłam swoje siły na
tyle, ile starczyłoby mi na całonocny maraton. Przeliczyłam pieniądze schowane
w poduszce leżącej na sofie. Stwierdziłam, że miałam ich wystarczająco dużo,
żebym mogła kupić trzy gry i jeszcze wystarczyłoby mi na jakieś jedzenie.
Spojrzałam z powrotem na sofę i zaśmiałam się cicho. Chowałam w niej tyle
rzeczy, że nie zdziwiłabym się, gdyby któregoś pięknego dnia wyszedł stamtąd
murzyn z całą rodziną. Przebrałam się i poleciałam do spożywczego. Masa
chipsów, kilka paczek karmelków i kilka butelek mleka czekoladowego. Pakując
ostatnią butelkę na wózek, kątem oka dostrzegłam postać, która pojawiła się
obok mnie. Odwróciłam głowę. On spojrzał na mnie. Patrzyliśmy sobie nawzajem w
oczy.
- Co ty tu robisz? - spytał, siląc
się na swobodny ton.
- Kupuję jedzenie na jednoosobowe
party, a co? - wskazałam na koszyk i odwróciłam się na pięcie. Pchałam koszyk z
niejakim trudem. Bądź co bądź, nie odzyskałam jeszcze nawet 1/4 swojej siły. On
nadal szedł za mną, jak cień. Mój najgorszy wróg, którego z wielką chęcią
uczyniłabym częścią swojej paczki, gdyby tylko chciał. Ktoś, kto nienawidził
osób, które miały więcej pieniędzy niż przeciętniacy i uprzykrzał im życie.
Ktoś kto myślał, że takie osoby nie mają problemów. Ktoś, kto myślał, że
wszystko da się rozwiązać pieniędzmi i pięściami. Ktoś, kto tych pieniędzy nie
miał, więc używał tego, co mu zostało. Ktoś, kto na ziemi byłby przykładem
definicji człowieka żyjącego w przekonaniu, że wszystkie stereotypy równają się
prawdzie. Ktoś, kto wszystko musiał zdobywać własnymi rękoma, więc była prawie
nie do złamania. Ktoś, kto nie przyjmował pomocy innych, martwiąc się o swoją
dumę. Ktoś, kto nienawidził mnie tylko dlatego, że urodziłam się księżniczką.
Oto i Max Jensen Cooper, jeden z najlepszych uczniów Akademii, na którą ledwo
było go stać. Niósł w ręku mały, czerwony koszyk, w którym i tak prawie nic nie
było. Żal mi go było. Harował jak wół za marne pieniądze, wykańczał się i przez
to z dnia na dzień stawał się co raz bardziej gburowaty niż wcześniej. - Chcesz
do mnie wpaść? - usłyszałam. Max spojrzał na mnie zdziwiony. Sama nie
wiedziałam, kiedy te słowa padły z moich ust, ale co mi tam. Raz się żyje, a ja
potrzebowałam towarzystwa. Potrzebowałam osoby, która nie wiedziała o moim
konflikcie ze Starszym Pokoleniem.
- Czy to jakiś podstęp? A może
kpina? Chcesz mi pokazać, że jesteś lepsza ode mnie? - spytał spokojnie,
wykładając swoje zakupy na ladę. Pokręciłam głową, a on tylko się uśmiechnął. -
Nie wierzę ci..
- I masz rację - odparłam bez
emocji, a Max zerknął na mnie zaciekawiony. - Chciałam, żebyś mi coś ugotował,
bo ja nie umiem. Dlatego jem to tu - wskazałam na swoje zakupy, kłamiąc bez
mrugnięcia okiem. Max westchnął ciężko, kiedy ja płaciłam za siebie.
- Zgoda - mruknął, kiedy
wychodziliśmy ze sklepu. Bez słowa poszliśmy do apartamentowca. Nie leciałam,
choć tak byłoby szybciej. Powodem był stan Maxa. Ledwo trzymał się na nogach po
dzisiejszych lekcjach. Tak jak ja wcześniej. Podświadomie wiedziałam, że nie
jadł nic normalnego od dłuższego czasu, więc nie dałby rady latać. Wjechaliśmy
windą na moje piętro, a kiedy wysiedliśmy, szczęka Maxa rozsypała się po ziemi.
- No co? Zachodź - powiedziałam,
skopując buty w stronę ściany. Poszłam do kuchni, a chłopak podążył za mną.
- Nie tak wyobrażałem sobie
mieszkanie księżniczki. Myślałem, że będzie bardziej zadbane i.. - Max zawiesił
się szukając odpowiednich słów.
- Bardziej eleganckie? Wystrojone?
Błyszczące? Czystsze? - zaśmiałam się. - Takie rzeczy to nie u mnie. Nie mam
czasu sprzątać. Od 7 do 18 mam lekcje. Potem idę trenować, uczę się i idę spać.
W weekendy chodzę z chłopakami na piwo albo z dziewczynami połazić po sklepach,
choć szczerze tego nienawidzę. A jeśli chodzi o elegancję.. Nie lubię jej.
Drogie żyrandole i obrazy za miliony nawet mi się nie podobają. Wolę mieć plakaty
na ścianach i lampki choinkowe - zakończyłam swoją przemowę, rozpalając gaz na
kuchence pstryknięciem palców.
- Jesteś zupełnie inna niż inni
bogacze - przyznał Max, a ja postawiłam wodę na herbatę. Przygotowałam mu
wszystkie potrzebne rzeczy, pokazałam gdzie co jest, po czym położyłam przed
nim książkę kucharską, tak na wszelki wypadek, i zniknęłam w swoim pokoju. Z
braku innego zajęcia, zaczęłam zbierać z podłogi swoje rzeczy. - Gdzie jest...
- zaczął Max, przechodząc przez próg mojego pokoju. Spojrzałam na niego jakby
przyłapał mnie co najmniej na ukrywaniu zwłok. Popatrzył na górę ciuchów, którą
upychałam aktualnie do szafy, potem zwrócił wzrok na mnie. Stałam z pokerową
miną, nie ważąc się nawet ruszyć, nie wiedząc jak mam się w tej sytuacji zachować.
Max tylko prychnął, dusząc w sobie wybuch śmiechu. - Gdzie są przyprawy?
-W półce nad kuchenką - odparłam w
końcu. Demon wyszedł, a ja szybko upchnęłam wszystkie ciuchy w szafie i
przeszłam do kuchni. Kiedy Max był zajęty gotowaniem, ja wyjęłam kilka
ogromnych misek, których używałam do organizowania imprez na piętrze mojej
paczki, ulokowanym nad moim mieszkaniem. Wysypałam do nich chipsy i postawiłam
w salonie. Oddzielnie rzuciłam opakowania cukierków, a mleko czekoladowe
postawiłam pod stołem. Zasiadłam na sofie i czekałam. Wiem, nie wolno kłamać i
tak dalej, ale przecież Max nie musiał wiedzieć, że umiałam gotować prawie po
mistrzowsku.
Po jakimś czasie, demon wszedł do
salonu niosąc dwa talerze wypełnione po brzegi ryżem z warzywami w sosie ostro-kwaśnym.
Zjadłam wszystko co podsunął mi pod nos mój wróg. On sam jadł, jakby ktoś go
poganiał. Zaniosłam puste naczynia do zlewu i wróciłam z dwoma nowo kupionymi
grami w rękach. - W co chcesz zagrać? - spytałam.
- Żartujesz sobie ze mnie? - sarknął
Max. - Miałem ci tylko ugotować obiad. Teraz wychodzę.
- Nigdzie nie idziesz, no weź.
Zostań i zagraj ze mną - naburmuszyłam się. Max skrzywił się. Pewnie myślał o
mnie nieprzyjemne rzeczy. Bardzo nieprzyjemne. Nie wiedziałam czemu tak myślał,
ale widziałam to po jego oczach.
- Nie wystarczają ci twoi
przyjaciele? Musisz jeszcze brać się za mnie? - spytał lekko podenerwowany.
Ledwo powstrzymałam szeroki uśmiech. Nie ma tak Maksiu. Zbyt dobrze znam
ludzi, demony i ich emocje. Czytałam z ciebie jak z otwartej księgi i w kilka
sekund poznałam cię na wylot.
- Nie muszę, nie schlebiaj sobie - prychnęłam. Po prostu
mam ochotę z tobą pograć. Z nimi nie mam teraz najlepszych kontaktów -
powiedziałam lekko. Max zdrętwiał, ale po chwili pokiwał głową. Usiadł obok
mnie i wziął do ręki pada. Co prawda widziałam, że nie bardzo uśmiechało mu się
siedzenie tu ze mną, ale przynajmniej udało mi się go zatrzymać. Nie chciałam,
żeby wychodził. Nie teraz. Pierwszy raz od dłuższego czasu gadałam normalnie z
kimś innym niż ze sobą i moimi przyjaciółmi, więc nie zamierzałam dać temu tak
szybko się skończyć. Zaczęliśmy grać, ale po chwili znudziła nam się nowa gra.
Wzięliśmy jedną z moich starych gier, w której trzeba było po prostu rozgromić
przeciwnika. Wtedy dopiero zaczęła się jazda. Wrzeszczeliśmy z ustami pełnymi
przekąsek, skakaliśmy po kanapie, o mało nie zniszczyliśmy całego salonu. Kiedy
nadeszła pierwsza w nocy, pokój wyglądał jak po ataku bombowym, a my
siedzieliśmy na ziemi, oparci plecami o wywróconą sofę objedzeni, zmęczeni i
ledwo żywi.
- Hej, Max - zaczęłam. Zwrócił
twarz ku mnie. - To tak nie działa, że każdy kto ma pieniądze jest nieczuły,
kłamliwy, nieuczciwy i chciwy. Owszem, większość jest, ale nie wszyscy..
Max westchnął, przecierając twarz
dłonią.
- Tak do końca nie zmieniłem
jeszcze o tobie zdania. Możesz okazać się fałszywa - powiedział, znów wbijając
wzrok przed siebie.
- Wiem o co ci chodzi - zaśmiałam
się, by po chwili spoważnieć. - W takim razie będę z tobą szczera, dobrze? -
spytałam, a chłopak pokiwał głową. - Nie zaprosiłam cię tu dlatego, że nie
umiem gotować. Ogólnie, to mam kucharskie zdolności i nawet nieźle mi gotowanie
wychodzi.
- To czemu skłamałaś? - Max
zmarszczył brwi, siadając prosto i patrząc na mnie.
- Spokojnie, nie miałam niczego
złego na myśli - uspokoiłam go. - Po pierwsze, chciałam ci pokazać, że nie
wszyscy bogacze są tacy, za jakich ich bierzesz. Po drugie, zauważyłam, że
ostatnio jesz bardzo mało i wyglądałeś co raz gorzej, więc pomyślałam... -
zawiesiłam się i w tej chwili zrozumiałam swój błąd. Demon już stał na prostych
nogach, wbijając we mnie wściekłe spojrzenie.
- Więc o to ci chodziło! -
wrzasnął. Miałam szczęście, że moje mieszkanie było jako tako dźwiękoszczelne.
- Wiedziałem, do cholery, wiedziałem! Było ci mnie po prostu żal, tak?! To
dlatego mnie tu zaprosiłaś! - Max westchnął głęboko, powstrzymując kolejny atak
złości. Kiedy nawet nie próbowałam cofnąć swoich słów, spojrzał na mnie z
wyższością. - Nienawidzę, kiedy ktoś się nade mną lituję. Sam sobie daję
świetnie radę. Nie potrzebuję ani ciebie, ani twojej pokazowej dobroci.
Pomagasz demonom, które cię nienawidzą z wzajemnością. To nie jest normalne.
Nie wiem jak, ale cię rozgryzę i dowiem się, czemu tak robisz. Każdy z was, urzędasów,
jest zakłamanym gnojkiem. Wszystko robicie na pokaz - to mówiąc, wyszedł z
pokoju i wsiadł do windy. Spojrzałam pustym wzrokiem na niebo za oknem. Czarne
niego naznaczone milionami białych, świecących gwiazd. W tym miejscu rozpoczęło
się dziwne powiązanie mojego losu z losem młodego Coopera. Wstałam, wzdychając
ciężko. Nie wiedząc ani o połączonym losie, ani o tym co tak naprawdę działo
się za murami Ateńskiej świątyni, pogodziłam się z tym, że z Maxem Jensenem
Cooperem nigdy nie uda mi się dogadać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz