-Po co mnie tu zawołałeś? - spytała drżąc na całym ciele od przejmującego zimna. Była 1 nad razem, a mgła ograniczała widoczność. Dziewczyna potarła zaspane oczy.
-Musimy się rozstać - powiedział z ironicznym uśmiechem. Zastygła.
-Hę? Jak to? Czemu? Coś zrobiłam nie tak? - zaczęła się plątać, ale zaraz głos uwiązł jej w gardle. Jimi odwrócił się na pięcie i odchodził właśnie teraz. Łzy pociekły jej po policzkach. Tak, dawno nie płakała. Czemu czuła taką pustkę? Przecież każdy bywa czasem sam. Wydawało jej się, że to sen. Bo to tylko sen prawda? To tylko sen. Jutro Jimi stanie pod jej oknem i zacznie ją wołać, bo jak zwykle zaśpi... NIE! To nie sen! On odchodził!
-Jimi! - wrzasnęła padając na kolana trzęsiona spazmami płaczu. Chłopak odwrócił głowę na dźwięk swojego imienia. Oniemiała. To musiało być przewidzenie.. Zobaczyła, że on też płacze.. Na pewno jej się to przewidziało..
A jednak to była prawda.. Trzymał rękę przyciśniętą do ust, żeby jeny nie usłyszała jak szlocha. Czemu to musiało się stać? Czemu musiał udawać dupka? Czemu musiał ją tak zranić? Czemu?! A teraz biegł nie zważając na mgłę, by się nie odwrócić i zawołać ten ostatni raz, że ją kocha... A kochał ją nad życie.. I właśnie dlatego musiał ją zranić. Lepiej, żeby teraz trochę popłakała i nazywała go dupkiem, niż żeby się załamała, gdy go zabraknie. Był chory, bardzo chory.. Umrze w ciągu tygodnia jeśli nie wcześniej. Lekarze nie znaleźli dawcy, więc umrze.
Będąc już daleko od dziewczyny padł na kolana i zaczął płakać.. Nie ukrywał łez skapujących na chodnik tworzących mokre plamy.
-Jeny! - wydarł się w przestrzeń. - Kocham cię! - wykrzyczał. Nagle usłyszał kroki... Goście ze szpitala pewnie już go znaleźli... Ale załatwił już wszystko, co trzeba. Teraz mogą go zabrać.
-Jimi! - ktoś krzyknął kilka metrów dalej. Poczuł, że się podnosi. Nie panował nad swoim ciałem. Po prostu wstał i czekał. We mgle zamajaczyła sylwetka.
-Jimi! - krzyczała raz po raz biegnąc za nim. Nagle go zobaczyła. Klęczał z opuszczoną głową. Nagle poderwał ją do góry i wrzasnął... Wrzasnął, że ją kocha. - Jimi! - krzyknęła jeszcze raz. Wstał i odwrócił się w jej stronę. Biegła na niego. Złapała go za poły bluzy i przyciągnęła do siebie. Przytuliła chłopaka bardzo mocno. Zaczęła mówić coś niezrozumiałego, a na koniec dodała:
-I że cię nie opuszczę aż do śmierci... - podniosła głowę i odsunęła się od chłopaka, który zamarł.
-Ale ja umrę w ciągu tygodnia.. - szepnął. Przytuliła go jeszcze raz.
-Umrzemy razem - powiedziała powstrzymując łzy. Poczuła, że Jimi też powoli podnosi ręce. Po chwili przycisnął ją mocno do siebie.
-I że cię nie opuszczę aż do śmierci - szepnął jej we włosy.
* * *
Rano jeszcze raz wytykał sobie, że jej nie zostawił. Teraz będzie cierpieć o wiele bardziej. Nagle do sali wszedł lekarz.
-Znaleźliśmy dawcę. Za kilkanaście minut robimy przeszczep - uśmiechnął się. Jimi patrzył szczęśliwy na lekarza. Nie będzie musiał jej opuszczać. O Boże, jak bardzo ją kocha!
Jednak ona nie przychodziła już tydzień. A co jeśli coś sobie zrobiła? Nie! Nie myśl tak. Tego dnia wychodził ze szpitala i kończył 20 lat. Za kilka tygodni Jeny skończy 19.
Smutny i zaniepokojony otworzył drzwi do mieszkania, które dzielił ze swoim przyjacielem. Wszystko było wysprzątane, a z kuchni dochodził do niego zapach omletu.
-Cześć Roni! - zawołał idąc do swojego pokoju. Gdy wszedł do środka, zaniemówił. W pomieszczeniu stało podwójne łóżko, a pod nim leżały walizki. Usłyszał kroki. Ktoś stanął właśnie w drzwiach i zarzucił mu chustkę na oczy. Pozwolił zaprowadzić się do salonu. Kiedy przekroczył jego próg, zdjęto mu okrycie z głowy. Stała tam jego cała rodzina, która powinna akurat być w Stanach. Był też Roni, jego przyjaciel. Odwrócił się ze łzami w oczach. Za nim stała Jeny. Płakała bardzo mocno.
-Wszystkiego najlepszego, kochanie - wyszeptała drżącym głosem. Dziś była też ich druga rocznica, a on nie miał dla niej żadnego prezentu. - Powiedziałam, że umrzemy razem, tak? Ale najpierw musimy się razem zestarzeć.. - po jej policzkach potoczyły się nowe łzy.
-To Jeny była dawcą - powiedział Roni stając obok nich. Złapał oboje za ramiona i przycisnął ich do siebie.
Po wzruszającym obiedzie rodzina musiała wracać, a Roni szedł na nocną zmianę do pracy.
-A ty..? - spytał.. nie.. Chciał spytać, ale słowa ugrzęzły mu w gardle.
-Wprowadziłam się, więc nie miałam czasu do ciebie przyjść.. - powiedziała zbierając talerza. Gdy już posprzątała, Jimiego nie było.
Po 15 minutach wrócił. Ona zmywała. Poczekał więc. Gdy już wycierając ręce odwróciła się, ukląkł przed nią z pierścionkiem w ręku.
-Wyjdziesz za mnie? - spytał bez zbędnych ceregieli. Kiwnęła z uśmiechem głową.
* * *
70 lat później
* * *
-Co z prochu powstało, niech w proch się obróci. W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.. Amen - powiedział kapłan. Leżeli w jednej trumnie, spleceni dłońmi.
-Mamo, mamo.. Czemu dziadek i babcia się nie ruszają? - spytała sześcioletnia Jen ze łzami w oczach. Obok Marii, mamy małej Jen, stała najstarsza córka Jimiego i Jeny, Lucy z dużym brzuchem, trzymając jedną ręką dziesięcioletnią Mery, a drugą swojego męża. Dalej stał Max, młodszy brat Lucy i Marii.
Roni stał nad trumną. Od trzech lat nie mógł mówić, ale w myślach wciąż mówił do swoich zmarłych przyjaciół. W tym samym czasie Maria, Lucy, Max i Roni pomyśleli:
-Dotrzymali obietnicy i umarli razem...
***
Taki one shot na osłodzenie życia... Jeśli chcecie więcej to piszcie.. Jestem otwarta na tematy do one shotów.. Mogę pisać też na zamówienie ;)
Wasza Luza ;D
środa, 24 lipca 2013
czwartek, 4 lipca 2013
Rozdział 9 część I
Kilka dni później
Kiedy wyleczyłam Matthiasa, przypomniałam sobie przepowiednię. Przecież wszyscy mieli zginąć... Siedząc w swoim pokoju przykryta kołdrą oplatając ramionami kolana czułam się bezpiecznie jak nigdzie. Okna zostały już naprawione, więc było ciepło. Nagle usłyszałam pukanie do drzwi po półtorej godziny błogiej samotności. Westchnęłam ciężko. Wygrzebałam głowę spod okrycia. W drzwiach stał nie kto inny, jak Matthias.
-Kocham cię - zahuczało mi w głowie. Chłopak tymczasem podszedł do łóżka i usiadł na nim po turecku.
-Co tam, młoda? - spytał. Do tej pory nie zauważyłam jak dorosły ma już głos. Poczułam, że pieką mnie policzki. Ja chyba... - Co się stało?
Z...
Poczochrał mnie po głowie robiąc głupią minę.
Zwariowałam. Na 100%. On jest moim bratem! Heloł! To nie jest normalne! Ale jak na to spojrzeć to co w tym domu jest normalne? .... Fuck.
-Co chciałeś? - spytałam mając nadzieję, że nie usłyszał drżenia mojego głosu.
-Cóż... - podrapał się po głowie wzdychając. - Co do tego co ci powiedziałem.. To prawda, ale nie odsuwaj się ode mnie, okej? Proszę...
-Huh? - zdziwiłam się. A czemu miałabym?
-Jestem twoim bratem... - rozłożył ręce szeroko. - To powinno być dla ciebie nienormalne, nie?
-A co w tym domu jest normalne? Wskaż jedną rzecz - prychnęłam ukradkiem pożerając chłopaka wzrokiem. Piękny..
-Umówisz się ze mną? - spytał wbijając wzrok w podłogę. To pytanie było tak niespodziewane jak kartkówka z matematyki u Łysego.
-Możemy spróbować - zaryzykowałam, ale zaraz się powściągnęłam. - Czekaj! Cofam!
-Hę? O co chodzi? - spytał zdziwiony nie wiedząc czy się cieszyć czy płakać.
-Co z Rebeccą? - spytałam marszcząc brwi i wyciągając przed siebie oskarżycielski palec. Mat mruknął coś odwracając głowę od mojej twarzy. - Co? Nie słyszę - warknęłam nie dowierzając w niewierność swego brata. Chyba, ze nie jesteśmy rodziną, wtedy to zrozumiem.
-Zerwaliśmy dwa dni temu - powiedział głośniej. Zastygłam w oczekiwaniu na ciąg dalszy. Cofam poprzednie słowa o niewierności. - Bo powiedziałem jej, że mi się podobasz.. - mój brat nie jest niewierny. On po prostu jest dupkiem.
-O matko.. Jaki idiota... - Westchnęłam waląc się otwartą dłonią w czoło. Jak można być tak głupim? Zerwać z dziewczyną mówiąc, że podoba mu się inna. Tak potrafi tylko Matthias. Westchnęłam jeszcze raz. - Idź na dół i poczekaj. Zaraz przyjdę.
-Nie odpowiedziałaś mi na pytanie - burknął cały czerwony. Coś we mnie zawrzało.
-Powiedziałam, że masz iść na dół, to grzecznie idź na ten cholerny dół - warknęłam podnosząc się. Wyszłam na korytarz z Matem i skierowałam się w stronę schodów. zatrzymałam się przy pierwszych drzwiach.
-Mat.. - zwróciłam się do chłopaka, który spojrzał na mnie nieprzytomnie. - Dół jest tam - wskazałam palcem schody. Wtedy chłopak otrząsnął się i poszedł gdzie mu kazałam. Odczekałam kilka chwil i szybko poszłam w głąb korytarza. Zapukałam w drzwi.
-Kto? - spytała znudzonym głosem.
-Ja - odpowiedziałam bezbarwnie nadal czując jak pieką mnie policzki.
-Wlazł kto stoi - zaśmiała się otwierając drzwi.
-Ratuj mnie mistrzu! - zawołałam przytulając się do Rebeccy. Bez słowa głaskała mnie po głowie.
-Co się stało? - spytała kiedy usiadłam już bez jej pomocy, bo z wrażenia nawet ustać nie mogłam.
-Mat mnie kocha... - wydusiłam ze łzami w oczach. - To przeze mnie się rozstaliście. Zawsze muszę coś zniszczyć. Przepraszam Reb. Naprawdę chciałabym nie przynosić pech innym, ale...
-To nie było przez ciebie - wtrąciła kiedy zrobiłam przerwę na oddech. Popatrzyłam na nią zdziwiona , ale w jej oczach odnalazłam tylko szczere rozbawienie. - Chodziliśmy ze sobą tylko dla zakładu, który oboje przegraliśmy. Mieliśmy wytrzymać razem dwa miesiące, a przez to, że dołączyło do nas tyle osób, zapomniałam o tym. I tak na zakończenie... Nie wiem co ci naopowiadał Mat, ale to ja z nim zerwałam.
Kiedy skończyła, ja siedziałam z rozbawionym wyrazem twarzy. Zaczęłyśmy się śmiać z tego dziwnego nieporozumienia.
-A więc... Rebecco. Zechcesz mi udzielić błogosławieństwa? - spytałam ledwo tłumiąc śmiech. Wiem... Demon i błogosławieństwo. Trochę dziwacznie brzmi, ale przecież można też być błogosławionym przez wszystkich niezależnie od sytuacji, ani wyznania. To jest tak jakby dobre życzenie, czy coś w tym stylu.
-Błogosławie cię Shion. Masz moje błogosławieństwo, więc zapierdalaj jak mały samochodzik po nowej drodze życia.. - zaśmiała się Rebecca. - Co ja mówię? Samochód? Po drodze życia? Pff! Poprawka. Zapieprzaj jak króliczek z Djurasel po autostradzie kiedy bachory wiszczą, że batyryjki się spsuły.
-Dzięki Reb - cmoknęłam dziewczynę w policzek i wybiegłam na korytarz. Na schodach zauważyłam, że Rebecca wybiega z pokoju i woła Evę, Gabriella i Oliviera. - Mat! - zawołałam wpadając do salonu.
-Odpowiedź - zażądał stając przede mną w drzwiach. Odchrząknęłam.
-Kiedy pierwsza randka? - spytałam przechylając głowę w bok. Mat zastygł na chwilę, by zaraz podnieść mnie do góry i zacząć wirować po pokoju. Piszczałam jak małe dziecko. Nagle chłopak potknął się i upadliśmy na podłogę. Przytuliłam się do niego kurczowo, żeby nie zauważył jak bardzo czerwona jestem.
-Puść mnie.. Dusisz. - wychrypiał. To oczywiste, że udawał, więc tylko pokręciłam głową szurając czołem po jego klatce piersiowej. Kiedy w miarę się uspokoiłam, rozplotłam ręce i usiadłam na kolana Matthiasa. - Nigdy nie sądziłem, że się zgodzisz.. Myślałem, że będziesz się brzydzić czy coś...
- Powiedz to... - zażądałam przerywając chłopakowi jego bezsensowne domysły. Spojrzał na mnie zdziwiony. - Powiedz to co powiedziałeś kiedy cię leczyłam.. - powiedziałam wyjaśniając. Mat zrobił się czerwony na twarzy i zaczął się jąkać.
-Ko-ko-ko-ko-ko-koch-kocham ci-cię.. - wyjąkał wreszcie. Zbliżyłam twarz do jego twarzy.
-Ja ciebie chyba też - szepnęłam. Nasze oddechy się mieszały, a na policzki wypłynął rumieniec. Moje wargi już, już miały zetknąć się z ustami Matthiasa, kiedy nagle...
-MATTHIAS MA MAŁEGO! - wrzasnęła Rebecca wpadając do pokoju w rytmie Harlem Szejka, a po jej obu stronach Gabriell i Olivier tańczyli Gangnam Style. Na końcu do pokoju wpadła Eva wrzeszcząc:
-Mother Fucker Gentelman! - kiedy zatrzymała się w pół kroku, zaczęła tańczyć z porem w ręku, obracając nim jak Miku Hatsune. Ryknęliśmy śmiechem. I tego mi najbardziej brakowało.
-Wy to macie, kurde, wyczucie czasu.. - wyjęczałam przez łzy rozbawienia.
-Shion... - usłyszałam szept czując ciepły oddech na szyi. - Powoli wstań i idź do drzwi..
Zrobiłam co powiedział Matthias i razem, trzymając się za ręce, zniknęliśmy z salonu. Wbiegliśmy na piętro i skierowaliśmy się do mojego pokoju. Mat puścił moją rękę i wyszperał z mojej szafy starą sukienkę* i rzucił ją na łóżko.
-Ubierz się w to - nakazał mi rzucając do tego krótką skórzaną kurtkę i moje ćwiekowe, skórzane bransoletki. - A do tego nałóż glany. Ja tez idę się przebrać.
Jeszcze nigdy nie zmieniałam ciuchów tak szybko. To chyba nawet był mój rekord. kiedy zawiązywałam sznurówki glanów, do drzwi ktoś zapukał. Policzyłam do dziesięciu i poleciałam otworzyć.
-Masz - Rebecca wepchnęła mi w ręce jakieś pudełko. Kiedy przyglądałam się podarunkowi, Eva i Reb wepchnęły mnie do pokoju. Pisnęłam cicho.
-Wiemy co knuje... - powiedziała Eva dziwnym głosem, ale zanim zdążyłam zapytać o co chodzi, Reb otworzyła wcześniej podane mi pudełko.
-Hilda dała nam to parę minut temu. Miałam ci to przekazać gdzieś z Nobu. Mamy całą noc wolny dom... - mówiła zdenerwowana Eva wyjmując z pudełeczka śliczny, srebrny nieśmiertelnik z moim imieniem, a obok na tym samym łańcuszku był pierścionek z wygrawerowaną czaszką w koronie i serduszkiem obok.
-Ouuu! - jęknęłam z zachwytem. - Jak ciocia wróci to jej podziękuję...
-To nie od Hildy - przerwała mi Rebecca. - Patrz na druga stronę nieśmiertelnika.
Odwróciłam zawieszkę.
-"Dla córci. Od mamy" - przeczytałam czując dławiące mnie łzy wzruszenia.
-Prawdopodobnie miałaś go na szyi kiedy zostałaś przyniesiona na Ziemię... - dodała Reb.
-Dobra. Starczy tego dobrego.. - westchnął Matthias wparowując do pokoju, podnosząc mnie do góry i wyskakując na dwór przez wcześniej otwarte okno.
CDN
Kiedy wyleczyłam Matthiasa, przypomniałam sobie przepowiednię. Przecież wszyscy mieli zginąć... Siedząc w swoim pokoju przykryta kołdrą oplatając ramionami kolana czułam się bezpiecznie jak nigdzie. Okna zostały już naprawione, więc było ciepło. Nagle usłyszałam pukanie do drzwi po półtorej godziny błogiej samotności. Westchnęłam ciężko. Wygrzebałam głowę spod okrycia. W drzwiach stał nie kto inny, jak Matthias.
-Kocham cię - zahuczało mi w głowie. Chłopak tymczasem podszedł do łóżka i usiadł na nim po turecku.
-Co tam, młoda? - spytał. Do tej pory nie zauważyłam jak dorosły ma już głos. Poczułam, że pieką mnie policzki. Ja chyba... - Co się stało?
Z...
Poczochrał mnie po głowie robiąc głupią minę.
Zwariowałam. Na 100%. On jest moim bratem! Heloł! To nie jest normalne! Ale jak na to spojrzeć to co w tym domu jest normalne? .... Fuck.
-Co chciałeś? - spytałam mając nadzieję, że nie usłyszał drżenia mojego głosu.
-Cóż... - podrapał się po głowie wzdychając. - Co do tego co ci powiedziałem.. To prawda, ale nie odsuwaj się ode mnie, okej? Proszę...
-Huh? - zdziwiłam się. A czemu miałabym?
-Jestem twoim bratem... - rozłożył ręce szeroko. - To powinno być dla ciebie nienormalne, nie?
-A co w tym domu jest normalne? Wskaż jedną rzecz - prychnęłam ukradkiem pożerając chłopaka wzrokiem. Piękny..
-Umówisz się ze mną? - spytał wbijając wzrok w podłogę. To pytanie było tak niespodziewane jak kartkówka z matematyki u Łysego.
-Możemy spróbować - zaryzykowałam, ale zaraz się powściągnęłam. - Czekaj! Cofam!
-Hę? O co chodzi? - spytał zdziwiony nie wiedząc czy się cieszyć czy płakać.
-Co z Rebeccą? - spytałam marszcząc brwi i wyciągając przed siebie oskarżycielski palec. Mat mruknął coś odwracając głowę od mojej twarzy. - Co? Nie słyszę - warknęłam nie dowierzając w niewierność swego brata. Chyba, ze nie jesteśmy rodziną, wtedy to zrozumiem.
-Zerwaliśmy dwa dni temu - powiedział głośniej. Zastygłam w oczekiwaniu na ciąg dalszy. Cofam poprzednie słowa o niewierności. - Bo powiedziałem jej, że mi się podobasz.. - mój brat nie jest niewierny. On po prostu jest dupkiem.
-O matko.. Jaki idiota... - Westchnęłam waląc się otwartą dłonią w czoło. Jak można być tak głupim? Zerwać z dziewczyną mówiąc, że podoba mu się inna. Tak potrafi tylko Matthias. Westchnęłam jeszcze raz. - Idź na dół i poczekaj. Zaraz przyjdę.
-Nie odpowiedziałaś mi na pytanie - burknął cały czerwony. Coś we mnie zawrzało.
-Powiedziałam, że masz iść na dół, to grzecznie idź na ten cholerny dół - warknęłam podnosząc się. Wyszłam na korytarz z Matem i skierowałam się w stronę schodów. zatrzymałam się przy pierwszych drzwiach.
-Mat.. - zwróciłam się do chłopaka, który spojrzał na mnie nieprzytomnie. - Dół jest tam - wskazałam palcem schody. Wtedy chłopak otrząsnął się i poszedł gdzie mu kazałam. Odczekałam kilka chwil i szybko poszłam w głąb korytarza. Zapukałam w drzwi.
-Kto? - spytała znudzonym głosem.
-Ja - odpowiedziałam bezbarwnie nadal czując jak pieką mnie policzki.
-Wlazł kto stoi - zaśmiała się otwierając drzwi.
-Ratuj mnie mistrzu! - zawołałam przytulając się do Rebeccy. Bez słowa głaskała mnie po głowie.
-Co się stało? - spytała kiedy usiadłam już bez jej pomocy, bo z wrażenia nawet ustać nie mogłam.
-Mat mnie kocha... - wydusiłam ze łzami w oczach. - To przeze mnie się rozstaliście. Zawsze muszę coś zniszczyć. Przepraszam Reb. Naprawdę chciałabym nie przynosić pech innym, ale...
-To nie było przez ciebie - wtrąciła kiedy zrobiłam przerwę na oddech. Popatrzyłam na nią zdziwiona , ale w jej oczach odnalazłam tylko szczere rozbawienie. - Chodziliśmy ze sobą tylko dla zakładu, który oboje przegraliśmy. Mieliśmy wytrzymać razem dwa miesiące, a przez to, że dołączyło do nas tyle osób, zapomniałam o tym. I tak na zakończenie... Nie wiem co ci naopowiadał Mat, ale to ja z nim zerwałam.
Kiedy skończyła, ja siedziałam z rozbawionym wyrazem twarzy. Zaczęłyśmy się śmiać z tego dziwnego nieporozumienia.
-A więc... Rebecco. Zechcesz mi udzielić błogosławieństwa? - spytałam ledwo tłumiąc śmiech. Wiem... Demon i błogosławieństwo. Trochę dziwacznie brzmi, ale przecież można też być błogosławionym przez wszystkich niezależnie od sytuacji, ani wyznania. To jest tak jakby dobre życzenie, czy coś w tym stylu.
-Błogosławie cię Shion. Masz moje błogosławieństwo, więc zapierdalaj jak mały samochodzik po nowej drodze życia.. - zaśmiała się Rebecca. - Co ja mówię? Samochód? Po drodze życia? Pff! Poprawka. Zapieprzaj jak króliczek z Djurasel po autostradzie kiedy bachory wiszczą, że batyryjki się spsuły.
-Dzięki Reb - cmoknęłam dziewczynę w policzek i wybiegłam na korytarz. Na schodach zauważyłam, że Rebecca wybiega z pokoju i woła Evę, Gabriella i Oliviera. - Mat! - zawołałam wpadając do salonu.
-Odpowiedź - zażądał stając przede mną w drzwiach. Odchrząknęłam.
-Kiedy pierwsza randka? - spytałam przechylając głowę w bok. Mat zastygł na chwilę, by zaraz podnieść mnie do góry i zacząć wirować po pokoju. Piszczałam jak małe dziecko. Nagle chłopak potknął się i upadliśmy na podłogę. Przytuliłam się do niego kurczowo, żeby nie zauważył jak bardzo czerwona jestem.
-Puść mnie.. Dusisz. - wychrypiał. To oczywiste, że udawał, więc tylko pokręciłam głową szurając czołem po jego klatce piersiowej. Kiedy w miarę się uspokoiłam, rozplotłam ręce i usiadłam na kolana Matthiasa. - Nigdy nie sądziłem, że się zgodzisz.. Myślałem, że będziesz się brzydzić czy coś...
- Powiedz to... - zażądałam przerywając chłopakowi jego bezsensowne domysły. Spojrzał na mnie zdziwiony. - Powiedz to co powiedziałeś kiedy cię leczyłam.. - powiedziałam wyjaśniając. Mat zrobił się czerwony na twarzy i zaczął się jąkać.
-Ko-ko-ko-ko-ko-koch-kocham ci-cię.. - wyjąkał wreszcie. Zbliżyłam twarz do jego twarzy.
-Ja ciebie chyba też - szepnęłam. Nasze oddechy się mieszały, a na policzki wypłynął rumieniec. Moje wargi już, już miały zetknąć się z ustami Matthiasa, kiedy nagle...
-MATTHIAS MA MAŁEGO! - wrzasnęła Rebecca wpadając do pokoju w rytmie Harlem Szejka, a po jej obu stronach Gabriell i Olivier tańczyli Gangnam Style. Na końcu do pokoju wpadła Eva wrzeszcząc:
-Mother Fucker Gentelman! - kiedy zatrzymała się w pół kroku, zaczęła tańczyć z porem w ręku, obracając nim jak Miku Hatsune. Ryknęliśmy śmiechem. I tego mi najbardziej brakowało.
-Wy to macie, kurde, wyczucie czasu.. - wyjęczałam przez łzy rozbawienia.
-Shion... - usłyszałam szept czując ciepły oddech na szyi. - Powoli wstań i idź do drzwi..
Zrobiłam co powiedział Matthias i razem, trzymając się za ręce, zniknęliśmy z salonu. Wbiegliśmy na piętro i skierowaliśmy się do mojego pokoju. Mat puścił moją rękę i wyszperał z mojej szafy starą sukienkę* i rzucił ją na łóżko.
-Ubierz się w to - nakazał mi rzucając do tego krótką skórzaną kurtkę i moje ćwiekowe, skórzane bransoletki. - A do tego nałóż glany. Ja tez idę się przebrać.
Jeszcze nigdy nie zmieniałam ciuchów tak szybko. To chyba nawet był mój rekord. kiedy zawiązywałam sznurówki glanów, do drzwi ktoś zapukał. Policzyłam do dziesięciu i poleciałam otworzyć.
-Masz - Rebecca wepchnęła mi w ręce jakieś pudełko. Kiedy przyglądałam się podarunkowi, Eva i Reb wepchnęły mnie do pokoju. Pisnęłam cicho.
-Wiemy co knuje... - powiedziała Eva dziwnym głosem, ale zanim zdążyłam zapytać o co chodzi, Reb otworzyła wcześniej podane mi pudełko.
-Hilda dała nam to parę minut temu. Miałam ci to przekazać gdzieś z Nobu. Mamy całą noc wolny dom... - mówiła zdenerwowana Eva wyjmując z pudełeczka śliczny, srebrny nieśmiertelnik z moim imieniem, a obok na tym samym łańcuszku był pierścionek z wygrawerowaną czaszką w koronie i serduszkiem obok.
-Ouuu! - jęknęłam z zachwytem. - Jak ciocia wróci to jej podziękuję...
-To nie od Hildy - przerwała mi Rebecca. - Patrz na druga stronę nieśmiertelnika.
Odwróciłam zawieszkę.
-"Dla córci. Od mamy" - przeczytałam czując dławiące mnie łzy wzruszenia.
-Prawdopodobnie miałaś go na szyi kiedy zostałaś przyniesiona na Ziemię... - dodała Reb.
-Dobra. Starczy tego dobrego.. - westchnął Matthias wparowując do pokoju, podnosząc mnie do góry i wyskakując na dwór przez wcześniej otwarte okno.
CDN
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)