-Po co mnie tu zawołałeś? - spytała drżąc na całym ciele od przejmującego zimna. Była 1 nad razem, a mgła ograniczała widoczność. Dziewczyna potarła zaspane oczy.
-Musimy się rozstać - powiedział z ironicznym uśmiechem. Zastygła.
-Hę? Jak to? Czemu? Coś zrobiłam nie tak? - zaczęła się plątać, ale zaraz głos uwiązł jej w gardle. Jimi odwrócił się na pięcie i odchodził właśnie teraz. Łzy pociekły jej po policzkach. Tak, dawno nie płakała. Czemu czuła taką pustkę? Przecież każdy bywa czasem sam. Wydawało jej się, że to sen. Bo to tylko sen prawda? To tylko sen. Jutro Jimi stanie pod jej oknem i zacznie ją wołać, bo jak zwykle zaśpi... NIE! To nie sen! On odchodził!
-Jimi! - wrzasnęła padając na kolana trzęsiona spazmami płaczu. Chłopak odwrócił głowę na dźwięk swojego imienia. Oniemiała. To musiało być przewidzenie.. Zobaczyła, że on też płacze.. Na pewno jej się to przewidziało..
A jednak to była prawda.. Trzymał rękę przyciśniętą do ust, żeby jeny nie usłyszała jak szlocha. Czemu to musiało się stać? Czemu musiał udawać dupka? Czemu musiał ją tak zranić? Czemu?! A teraz biegł nie zważając na mgłę, by się nie odwrócić i zawołać ten ostatni raz, że ją kocha... A kochał ją nad życie.. I właśnie dlatego musiał ją zranić. Lepiej, żeby teraz trochę popłakała i nazywała go dupkiem, niż żeby się załamała, gdy go zabraknie. Był chory, bardzo chory.. Umrze w ciągu tygodnia jeśli nie wcześniej. Lekarze nie znaleźli dawcy, więc umrze.
Będąc już daleko od dziewczyny padł na kolana i zaczął płakać.. Nie ukrywał łez skapujących na chodnik tworzących mokre plamy.
-Jeny! - wydarł się w przestrzeń. - Kocham cię! - wykrzyczał. Nagle usłyszał kroki... Goście ze szpitala pewnie już go znaleźli... Ale załatwił już wszystko, co trzeba. Teraz mogą go zabrać.
-Jimi! - ktoś krzyknął kilka metrów dalej. Poczuł, że się podnosi. Nie panował nad swoim ciałem. Po prostu wstał i czekał. We mgle zamajaczyła sylwetka.
-Jimi! - krzyczała raz po raz biegnąc za nim. Nagle go zobaczyła. Klęczał z opuszczoną głową. Nagle poderwał ją do góry i wrzasnął... Wrzasnął, że ją kocha. - Jimi! - krzyknęła jeszcze raz. Wstał i odwrócił się w jej stronę. Biegła na niego. Złapała go za poły bluzy i przyciągnęła do siebie. Przytuliła chłopaka bardzo mocno. Zaczęła mówić coś niezrozumiałego, a na koniec dodała:
-I że cię nie opuszczę aż do śmierci... - podniosła głowę i odsunęła się od chłopaka, który zamarł.
-Ale ja umrę w ciągu tygodnia.. - szepnął. Przytuliła go jeszcze raz.
-Umrzemy razem - powiedziała powstrzymując łzy. Poczuła, że Jimi też powoli podnosi ręce. Po chwili przycisnął ją mocno do siebie.
-I że cię nie opuszczę aż do śmierci - szepnął jej we włosy.
* * *
Rano jeszcze raz wytykał sobie, że jej nie zostawił. Teraz będzie cierpieć o wiele bardziej. Nagle do sali wszedł lekarz.
-Znaleźliśmy dawcę. Za kilkanaście minut robimy przeszczep - uśmiechnął się. Jimi patrzył szczęśliwy na lekarza. Nie będzie musiał jej opuszczać. O Boże, jak bardzo ją kocha!
Jednak ona nie przychodziła już tydzień. A co jeśli coś sobie zrobiła? Nie! Nie myśl tak. Tego dnia wychodził ze szpitala i kończył 20 lat. Za kilka tygodni Jeny skończy 19.
Smutny i zaniepokojony otworzył drzwi do mieszkania, które dzielił ze swoim przyjacielem. Wszystko było wysprzątane, a z kuchni dochodził do niego zapach omletu.
-Cześć Roni! - zawołał idąc do swojego pokoju. Gdy wszedł do środka, zaniemówił. W pomieszczeniu stało podwójne łóżko, a pod nim leżały walizki. Usłyszał kroki. Ktoś stanął właśnie w drzwiach i zarzucił mu chustkę na oczy. Pozwolił zaprowadzić się do salonu. Kiedy przekroczył jego próg, zdjęto mu okrycie z głowy. Stała tam jego cała rodzina, która powinna akurat być w Stanach. Był też Roni, jego przyjaciel. Odwrócił się ze łzami w oczach. Za nim stała Jeny. Płakała bardzo mocno.
-Wszystkiego najlepszego, kochanie - wyszeptała drżącym głosem. Dziś była też ich druga rocznica, a on nie miał dla niej żadnego prezentu. - Powiedziałam, że umrzemy razem, tak? Ale najpierw musimy się razem zestarzeć.. - po jej policzkach potoczyły się nowe łzy.
-To Jeny była dawcą - powiedział Roni stając obok nich. Złapał oboje za ramiona i przycisnął ich do siebie.
Po wzruszającym obiedzie rodzina musiała wracać, a Roni szedł na nocną zmianę do pracy.
-A ty..? - spytał.. nie.. Chciał spytać, ale słowa ugrzęzły mu w gardle.
-Wprowadziłam się, więc nie miałam czasu do ciebie przyjść.. - powiedziała zbierając talerza. Gdy już posprzątała, Jimiego nie było.
Po 15 minutach wrócił. Ona zmywała. Poczekał więc. Gdy już wycierając ręce odwróciła się, ukląkł przed nią z pierścionkiem w ręku.
-Wyjdziesz za mnie? - spytał bez zbędnych ceregieli. Kiwnęła z uśmiechem głową.
* * *
70 lat później
* * *
-Co z prochu powstało, niech w proch się obróci. W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.. Amen - powiedział kapłan. Leżeli w jednej trumnie, spleceni dłońmi.
-Mamo, mamo.. Czemu dziadek i babcia się nie ruszają? - spytała sześcioletnia Jen ze łzami w oczach. Obok Marii, mamy małej Jen, stała najstarsza córka Jimiego i Jeny, Lucy z dużym brzuchem, trzymając jedną ręką dziesięcioletnią Mery, a drugą swojego męża. Dalej stał Max, młodszy brat Lucy i Marii.
Roni stał nad trumną. Od trzech lat nie mógł mówić, ale w myślach wciąż mówił do swoich zmarłych przyjaciół. W tym samym czasie Maria, Lucy, Max i Roni pomyśleli:
-Dotrzymali obietnicy i umarli razem...
***
Taki one shot na osłodzenie życia... Jeśli chcecie więcej to piszcie.. Jestem otwarta na tematy do one shotów.. Mogę pisać też na zamówienie ;)
Wasza Luza ;D
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz