piątek, 11 marca 2016

Rozdział 19

Heya.
Jestem z dwoma rozdziałami.
Jakoś tak mnie wzięło na MSDW, więc to chyba tą książkę skończę jako pierwszą. 
A przynajmniej pierwszy tom. XD

***


  Po ucieczce od Daddy'ego poleciałam z powrotem w stronę stolicy. Zamknęłam oczy zakręciłam się w powietrzu, po czym zatrzymałam się nagle. Otworzyłam oczy i pomknęłam przed siebie. Dokładnie przeczesywałam ziemię wzrokiem. Długi, bardzo długi czas nie mogłam znaleźć nic odpowiedniego. Nagle się zatrzymałam. Spojrzałam na wioskę pode mną, rozejrzałam się i znów na nią spojrzałam. Wzruszyłam ramionami i runęłam w dół. Podniosłam się z piaskowej drogi, wytrzepałam pobieżnie spodenki i koszulkę, po czym spojrzałam przed siebie. Kilka małych domków, chyba z dziewięć. Wszystko ładne, zadbane, ale wyraźnie staroświeckie. Uśmiechnęłam się. To to miejsce. To tu chciałam zostać. Podeszłam do jednego z większych domów jak na tamte standardy i zapukałam do drzwi. Nic nie usłyszałam. Po chwili poczułam zbliżającą się z tylu wrogo nastawioną energię. Nie zrobiłam nic. To nawet nie był demon. Poczułam, że mam nóż przy gardle.

  - Nie ruszaj się - usłyszałam. - Powoli połóż plecak na ziemi. Powoli - spełniłam prośbę napastnika. - Ręce do góry. Kim jesteś i czego tu szukasz?

  - Jestem Ren Sudcliff - powiedziałam cicho. - Zgubiłam się i chciałam zapytać o drogę.

  - Kłamiesz - stwierdził męski głos. - Jesteś demonem, więc gdybyś się zgubiła, poleciałabyś wysoko i zobaczyła gdzie jesteś – warknął, przyciskając nóż do mojej szyi.

  - Uciekam z domu. Byłam w ogromnym lesie, o tam - wskazałam do tyłu. - Ale mnie znaleźli, więc musiałam uciec dalej. Znalazłam to miejsce i miałam nadzieję, że ktoś by mnie przygarnął, ale skoro to jakiś problem to pójdę dalej.

  - Nigdzie nie idziesz - oświadczył koleś, zabierając ostrze z mojego gardła. - Nie chcę konfliktów, po prostu nie ufamy obcym. Wątpię, żebyś miała jakieś złe zamiary skoro pozwoliłaś się obezwładnić człowiekowi.

  Zdębiałam. Wciąż trzymając ręce w górze, odwróciłam się powoli. Stanęłam oko w oko z chłopakiem. Był wyższy ode mnie. Jego oczy miały barwę gorzkiej czekolady, włosy czarne, prawie jak węgiel. Jego skóra stanowiła kontrast do tego połączenia. Miała dość jasny odcień. A może tylko mi się tak wydawało? Po chwili mój wzrok przyciągnął tatuaż. Wąż wyglądał jakby pełzał po jego skórze. Na szyi było widać tylko jego głowę. 

- Człowiek? - spytałam cicho i robiąc krok do tyłu. - Co w podziemiach robi człowiek? - szepnęłam. Chłopak wzruszył ramionami. 

- Sprowadzili mnie tu, nie wiem po co, nie wiem czemu. Nic nie powiedzieli, tylko mnie tu rzucili – powiedział, wzruszając ramionami. Przytaknęłam powoli, potwierdzając, że rozumiem to, co właśnie usłyszałam, choć nie rozumiałam z tego nic. Chłopak zakręcił kilka razy nożem w powietrzu, po czym schował go do skórzanego pokrowca przytwierdzonego do pasa. Wsadził ręce do kieszeni, odwrócił się i bez słowa odszedł. Po kilku krokach przystanął i obejrzał się na mnie. - Idziesz? - spytał. Pokiwałam głową szybko, chwyciłam plecak i podbiegłam do chłopaka, który ruszył już dalej. Podreptałam za nim do małej, ale przytulnie wyglądającej chatki. - Na jaki mniej więcej czas chcesz tu zostać? - spytał otwierając drzwi. Wzruszyłam ramionami, udając zamyślenie. 

  - Wystarczy mi do końca wakacji – powiedziałam, stając niepewnie w progu. Mężczyzna ruchem ręki zaprosił mnie do środka. Zamknęłam za sobą drzwi, po czym zostałam zaprowadzona do jednego z trzech pokoi. - Mieszka pan tu sam? – spytałam, kładąc delikatnie plecak na podłodze. 

  - Nie mów do mnie per pan. Jestem Josh – powiedział, po czym pokiwał głową. – Tak, mieszkam sam. A teraz powiedz mi czy jesteś wegetarianką czy masz na coś uczulenie, czy coś w tym stylu?
  Spojrzałam na niego zdziwiona.

  - Skoro masz tu chwilę mieszkać, to muszę coś o tobie wiedzieć, szczególnie jeśli mam ci gotować - wytłumaczył. Powiedziałam, że mogę jeść wszystko, zdziwiona jego nadzwyczajną gościnnością, ale nie skomentowałam tego. Byłam zbyt leniwa, żeby sama sobie gotować, jeśli mógł robić to za mnie ktoś inny.

  Mężczyzna o imieniu Josh pokazał mi gdzie znajdowała się łazienka, gdzie kuchnia i salon, po czym kazał mi iść się umyć. - Porządnie - zaznaczył. – Nie chcę być nie miły, ale śmierdzisz.

  - To pewnie przez to, że spędziłam chwilę w lesie – mruknęłam, kiwając głową. Siedząc w wannie, pomyślałam, że będę musiała mu jakoś pomóc, żeby odwdzięczyć się za schronienie. Myślałam nad sprzątaniem, ale pamiętając jak u mnie ono wygląda, zrezygnowałam. Nie chciałam przecież zniszczyć mu domu. Mogłam spytać czy mogę gotować, ale skoro sam zaproponował.. Ostatecznie mogłam mu w tym pomóc. Uśmiechnęłam się. To był dobry pomysł.

  Umyta, ubrana, z mokrymi włosami, klejącymi się do pleców i ramion,  podążyłam do kuchni. Josh kazał mi usiąść przy stole. Chwilę potem przede mną wylądował talerz pysznie pachnącego makaronu w mięsnym sosie. Po spróbowaniu dania zrezygnowałam również z gotowania. Moje potrawy nie były nawet w 1/3 tak dobre jak to, co ugotował on.

  Po posiłku spytałam Josha w czym mogłabym mu pomóc, żeby się odwdzięczyć za przyjęcie mnie pod swój dach.

   - Nic nie musisz robić. Nie jesteś pierwszą ani ostatnia osobą, którą przyjmuję. Ty tylko tu jesz i śpisz. Rób co chcesz, kiedy chcesz. Tylko, żeby w nocy było w miarę cicho, żebym mógł spać - powiedział ziewając. Pokiwałam głową, powoli odzyskując wiarę w ludzi. Siedzieliśmy jeszcze chwilę przy stole. Josh zrobił nam kawę, po czym stanął do zmywania. - Chciałbym coś o tobie wiedzieć, skoro mamy mieszkać dwa tygodnie pod jednym dachem. Kim jesteś? - odezwał się nagle. Popatrzyłam w swoją kawę. Trzeba było kłamać.

  - Jestem Ren Sudcliff, mam 16 lat i pochodzę z rodzinki, która nie jest do końca zwyczajna. W sensie.. Są trochę nienormalni. Uciekłam, bo nie mogłam już wytrzymać porównywania mnie do starszej siostry. Nie umiem ani walczyć, ani nie jestem jakaś wybitnie inteligentna. Mam mało mocy, jestem słaba i dlatego czułam się jak wyrzutek - powiedziałam wciskając kubek w dłoniach. Josh pokiwał głową.

  - Nie musisz wracać po końcu wakacji. Możesz zostać ile chcesz - powiedział nagle.

  - Dziękuję. Nie będę nadużywać pana.. twojej dobroci. Poza tym, muszę wrócić. Mam obowiązki - westchnęłam. Chwilę jeszcze porozmawialiśmy, po czym podziękowałam bardzo wylewnie za przygarniecie mnie i wybiegłam z domu. Popędziłam w stronę pustego pola, którego było tu od groma po czym wystrzeliłam w górę i poleciałam jak najszybciej i jak najdalej od domu Josha. Jeszcze tego brakowało. Ktoś wpadł na mój trop. Ktoś leciał w moja stronę. Był jeszcze daleko, ale wolałam nie ryzykować. Zakręciłam kilka razy, po czym zanurkowałam między drzewa ogromnego lasu, w którym koczowałam ostatnie dwa dni. Złożyłam skrzydła, kiedy tylko wleciałam między liście. Siła odrzutu nie pozwoliła mi spokojnie chwycić gałęzi, więc tylko odrapałam sobie dłonie. Kilka razy odbiłam się od konarów i z głuchym trzaskiem upadlam na ziemię. Podniosłam się z niejakim trudem i ignorując pulsujący ból całego ciała, zaczęłam biec przed siebie. Kompletnie wyciszyłam moc. Ktoś, kto mnie gonił, co raz bardziej się do mnie zbliżał. Skuliłam się pod ogromnym drzewem i zamknęłam oczy. Był co raz bliżej. Jeszcze bardziej wyciszyłam moc. I jeszcze bardziej. I jeszcze. Zadrżałam. To był mój ojciec z Xenzetsu i Matthiasem. Byli centralnie nade mną. Wytrzymałam oddech. Słyszałam ich rozmowy. Wiedzieli, że tu się ukryłam. Po chwili jednak polecieli dalej. Odetchnęłam cicho. Nie mogłam teraz nigdzie iść. Musiałam czekać. Spojrzałam w górę. Co ja miałam teraz zrobić? Wstałam, otrzepałam się z igieł i liści, splunęłam na ziemię i skoczyłam, chwytając się najniżej rosnącej gałęzi. Podciągnęłam się raz i drugi. Pulsujący ból zadrapań i nowo tworzących się siniaków lekko mnie dekoncentrował, ale po chwili.. Zamknęłam oczy i zaczęłam robić ćwiczenie odruchowo. Oczyściłam umysł, czerń otuliła mój mózg, otworzyłam oczy. Wszystko było dobrze. Mimo ciężaru, który czułam w piersiach, podciągałam się raz po raz. Poczułam pieczenie, ból.. Moje mięśnie płonęły. Zacisnęłam zęby i podciągnęłam się jeszcze kilka razy, po czym zeskoczyłam na ziemię. Ćwiczyłam tak jeszcze godzinę, może dwie. Nie wiem, straciłam rachubę. Wiem tylko, że byłam trochę zmęczona i spocona. Wzięłam głęboki wdech i zamknęłam oczy. Nie wyczuwałam nikogo, kogo bym znała w promieniu 6 kilometrów od mojego położenia. Uśmiechnęłam się, otworzyłam oczy, rozłożyłam skrzydła i wzbiłam się w powietrze. Spojrzałam za siebie, po czym przyspieszyłam i poleciałam w stronę domu Josha.

  Do końca wakacji wyglądało to mniej więcej tak, że wstawałam rano, dostawałam pożywne śniadanie, pomagałam Joshowi, nawet jeśli tego nie chciał, jadłam obiad, a po obiedzie szłam zwiedzać. Tak przynajmniej myślał Josh. Tak naprawdę spędzałam kilka godzin na morderczych treningach. Co dwa dni robiłam przerwę na medytację, ochłonięcie i odpoczynek mięśni. Wieczorem szłam się najpierw umyć. Josh nie pozwalał mi brać czegokolwiek i iść do pokoju. Miałam czysta i pachnąca siedzieć z nim przy stole podczas kolacji. Każdy posiłek jedliśmy razem i rozmawialiśmy, nie patrząc na kulturę czy cokolwiek innego. Dzięki temu przypomniał mi jak to jest jeść z kimś, jak to jest rozmawiać z kimś o tym jak minął dzień, jak to jest dzielić się zabawnymi historyjkami. Po kolacji zazwyczaj szłam spać. I tu znowu, to tylko podejrzenia Josha. Czekałam aż zaśnie, żeby wymknąć się na conocną naukę poruszania się w ciemnościach, z lataniem włącznie. Kiedy uznawałam, że już starczy, przystawałam na chwilę, żeby sprawdzić czy nikomu nie zachciało się znowu mnie szukać po nocach. Przez dwa tygodnie mój skaner wydłużył swój promień do 7 kilometrów. Efekty trenowania w lesie zobaczyłam o wiele szybciej, niż kiedy wymykałam się do jaskini. Kiedy wszystko, co miałam zrobić tego dnia zrobiłam, szłam spać, prawie totalnie wykończona.

  - Ren! Ren, wstawaj! - usłyszałam krzyk. Na początku nie zareagowałam, nadal nie przyzwyczajona do tego, jak nazywał mnie Josh. Po chwili jednak otworzyłam szybko oczy. Nie był to normalny krzyk , którym byłam codziennie budzona. Słyszałam w nim strach. Poderwałam się na równe nogi, prawie wyważyłam drzwi mojego pokoju.

  - Co jest?! - zawołałam spanikowana, stając w progu kuchni. Josh spojrzał na mnie przestraszony.

  - Idziemy, chodź – powiedział, zbierając torbę, chwytając mnie za nadgarstek i ciągnąc za sobą. Nagle wyczulam o co mu chodziło. Dotarli tu.

  - Padnij! – wrzasnęłam, ciągnąc Josha za rękę w dół i przypierając go do podłogi. Okno w kuchni rozprysło się w tym momencie na miliony kawałeczków, a na drewnianej podłodze stanął nie kto inny jak.. - Max.. – szepnęłam, zaciskając pięści. Zwrócił twarz w moja stronę, a jego oczy błysnęły jaskrawą żółcią. Powoli wstałam i zasłoniłam ramieniem Josha. - Uciekaj - szepnęłam, nie odwracając wzroku od przybysza.

  - Co? Nie mogę Cię tak zostawić - powiedział przejęty, podrywając się na równe nogi. Zacisnęłam zęby. Max ruszył w naszą stronę. Odepchnęłam Josha jak najmocniej dałam radę. Uwolniłam moc i zatrzymałam Maxa. Spojrzałam na gospodarza przepraszająco się uśmiechając. – Przepraszam, że Ci skłamałam. Uciekaj. On jest tu po mnie – powiedziałam, po czym uderzyłam łokciem w szczękę Maxa. Zanim zdążył się otrząsnąć, kopnęłam go w brzuch, po czym szybkim ruchem go obezwładniłam. Trzymając jego ręce i siedząc na jego plecach uśmiechnęłam się z wyższością. - Nadal niczego się nie nauczyłeś. Nie jesteś dla mnie przeciwnikiem.

  - Może on nie, ale Gin i ja już tak - usłyszałam za sobą. Zanim zdążyłam cokolwiek zrobić, Matthias mnie obezwładnił, a Gin wprowadził do mojego obiegu niewielką ilość swojej mocy, żeby zakłócić przepływ mojej. Zasyczałam, wyrywając się dziko. - Spokojnie. Nie wierzgaj tak, dziecko, bo będę musiał Cię skrzywdzić - syknął Mat.

  - Ja pierdzielę. To tu byłaś cały czas? - Gin rozejrzał się. - Jakim cudem nikt Cię nie znalazł?

  - Nie rozumiem czemu uciekłaś. Mogłem jeszcze zrozumieć wymykanie się z lekcji i te nadgodzinne treningi Ale ucieczka z domu? Jak będziesz królową to mając problem też uciekniesz? - westchnął Mat, odwracając mnie w stronę drzwi i pchając moje ciało w ich stronę. Zacisnęłam zęby, zapierając się z całych sił. Gdybym mogła użyć mocy, nie mieliby ze mną szans.

  - Chwila.. Królową? - usłyszałam głos Josha. Odruchowo opuściłam głowę.

  - No tak, Shion nie lubi zbytnio chwalić się swoim statusem - westchnął Gin, pomagając podnieść się Maksowi. – Tak, Shion jest księżniczką i uciekła z domu.

  - A więc Shion, nie Ren. Ciekawie się zrobiło - westchnął Josh. - Chcecie może zabrać jej rzeczy? - zwrócił się do Gina, który tylko kiwnął głową i podążył za gospodarzem do pokoju w którym spałam. Poczułam jak coś mnie w środku ściska. Nie wiem na co liczyłam. Na to ze mnie obroni? Przecież to człowiek. Sam nie dałby rady jednemu demonowi, nie mówiąc o trzech. Poza tym, znał mnie półtora tygodnia. Jeśli by się nie wydało, że kłamałam, może próbowałby coś wskórać, ale w tej sytuacji byłam zupełnie sama. Pociągnęłam nosem, rozluźniając mięśnie. Poddałam się. Nie miałam już zamiaru walczyć.

  - Co jest? Nie będziesz już wierzgać? - spytał mat. Pokręciłam głową. - Nie będziesz próbowała uciec? - znów pokręciłam głową. Nie miałam po co i gdzie uciekać. Gdybym spróbował, oni i tak by mnie dogonili, bo w tym stanie nie mogłam nawet latać. Poza tym i tak dzisiaj miałam wracać do domu.

  Mat mnie puścił, a ja rozmasowałam nadgarstki. Spojrzałam prosto na niego.

  - Poćwicz jeszcze ten chwyt, bo gdybyście mi nie zablokowali mocy, to bez problemu bym się uwolniła - powiedziałam beznamiętnie, stając przodem do brata. Spojrzałam na niego, po czym odwróciłam wzrok. Brak soczewek, niepomalowane włosy. Jeszcze mnie takiej nie widzieli, a szok na twarzy Matthiasa mówił mi, że niedługo będę musiała dowiedzieć się co mi jest. Na szczęście Mat o nic nie zapytał. Wiedział, że mu powiem, ale w swoim czasie. Nie naciskał. - Sami mnie znaleźliście? - spytałam cicho. Pokiwał głową.

  - Dwa tygodnie temu lecieliśmy wtedy z tatą. Wtedy miał wrażenie, że Cię wyczuł, ale nikogo nie znaleźliśmy na polach ani w lesie. Tata poleciał z powrotem do stolicy, a ja wróciłem tutaj do wioski i przeszukałem każdy dom - zawiesił się pocierając kark. - Ten facet co tu mieszka..
  - Josh - poprawiłam. Matthias kiwnął głową.

  - Tak, Josh. Spytałem czy nie widział nikogo obcego krążącego niedaleko. Stwierdził, że nie. Zaprosił nas na herbatę trochę pogadaliśmy. Wtedy właśnie coś wydało mi sie dziwne. Zdawało mi sie ze gdzieś już słyszałem o Ren Sudcliff,  którą podawał za swoja kuzynkę. Kiedy już miałem wychodzić spojrzałem w głąb domu w tamtą stronę - wskazał na sypialnie. - Podczas przeszukiwania domu nie znalazłem nic podejrzanego, ale w tamtym momencie zobaczyłem coś znajomego. Wtedy nie mogłem określić co to dokładnie było, więc pomyślałem, że po prostu za bardzo się martwię i widzę za tobą ślady już wszędzie.. - zawiesił się, bo w tym momencie z pokoju wyszedł Gin z moim plecakiem. Max nadal stał pod ścianą, ale kiedy Gin i Mat kiwnęli do siebie głowami, ruszył wreszcie dupsko. Mat zaczął mnie pchać w stronę drzwi, ale zatrzymałam go.

  - Dajcie mi chwilę – powiedziałam, patrząc na całą trójkę. Podeszłam do Josha, który stał oparty o ścianę pokoju, który zajmowałam. – Przepraszam, że Ci skłamałam. Nie chciałam żeby to tak wyszło..

  - Nie ma sprawy. Musiałaś mieć powód, żeby ukrywać swoją tożsamość.. i swoją siłę. Nie jesteś słaba w żadnym stopniu – powiedział, uśmiechając się. - No to.. Zapraszam kiedyś, jak będziesz chciała wpaść.. Do zobaczenia – szepnął, wyciągając ramiona. Przytuliłam go.

  - Tak. Do widzenia – powiedziałam, pociągając nosem. Przechodząc przez próg jeszcze mu pomachałam, po czym Mat zatrzasnął za nami drzwi. Gin podszedł do mnie i wyciągnął ze mnie swoją moc. Rozłożyłam skrzydła i zamachałam nimi kilka razy. Mat, Max i Gin stali już gotowi, żeby mnie gonić, ale ja nie miałam zamiaru uciekać. Pozwoliłam im wystartować jako pierwszym, a sama dostosowałam się do ich tempa. Było ono dość wolne jak dla mnie. Podleciałam do brata i szturchnęłam go ramieniem. - No to, w jaki sposób odkryłeś gdzie jestem? - spytałam.

  - Na czym skończyłem?

  - Na tym, że coś zauważyłeś wychodząc od Josha – powiedziałam, a Mat kiwnął głową.

  - Nie przeszukałem jego domu dokładnie. W każdym budynku szukałem zresztą oczywistych śladów jak twoje porozrzucane ubrania czy po prostu ciebie siedząca na kanapie.. Nie jestem zbyt dobry w poszukiwaniach - uśmiechnął się. - Wróciłem do domu. Następne półtorej tygodnia szukaliśmy cię dosłownie wszędzie. Wtedy poszedłem do Twojego mieszkania. Zobaczyłem zdjęcie stojące na biurku i wszystko zaczęło się układać w całość. Przecież Ren Sudcliff to była twoja adopcyjna matka. To, co wtedy przyciągnęło moja uwagę, to moc pulsująca zza tamtych drzwi. Taka sama jak pulsowała w twoim pokoju. Wszystko przez rzeczy, które zabrałaś ze sobą. Zgarnąłem dwójkę pierwszych demonów jakie zobaczyłem i od razu zorganizowaliśmy akcję. Nic więcej się nie działo - powiedział wzruszając ramionami. Pokiwałam głową. Miałam wielką ochotę spytać czy mogę polecieć pierwsza, ale nie chciałam pokazywać jak szybko umiem latać. Dla swojego bezpieczeństwa wolałam na razie to zachować w tajemnicy. Westchnęłam cicho, ale podążałam za nimi - za swoim bratem, za przyjacielem i za wrogiem którym nie chciałam żeby był.


  Kiedy wlecieliśmy na teren stolicy poczułam się dziwnie. Nie było mnie tu dwa tygodnie, a już czułam, że nie chcieli mnie tu. To miasto mnie odrzucało. Zacisnęłam zęby, odsuwając tą myśl od siebie. Teraz musiałam się zmierzyć prawdopodobnie z całym sztabem wkurzonych demonów składającym się ze Starego i Młodego pokolenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz